Halo, tu pasożyt społeczny… sobota, 22 października 2011

Być starszym to marzenie dzieci,
A przecież czas tak szybko leci,
Mija godzina za godziną,
Nim się spostrzegłeś rok upłynął!
I nowa bije już godzina,
Nowy rok szkolny się zaczyna,
(…)
Znów dni popłyną pracowite
Nad książką szkolną, nad zeszytem…
Życzę wam wszystkim na początek
Szkolnego roku samych piątek!

Jan Brzechwa, Nowy rok szkolny (fragm.)

No tak. Nowy rok szkolny otwieram w październiku, a i to tylko dlatego, że mnie niektórzy popędzają. :)
Powody mogą być dwa, oba niewarte wspominania: bycie leniem albo bycie zajętym. No bo nie można być chyba zajętym leniem?
Z powodu owego opóźnienia winna jestem jednak jakieś wyjaśnienia. Z konieczności - będą one autotematyczne.
Prowadzę tego bloga piąty rok, chociaż częstotliwość wpisów spada:). Tematów z życia szkoły nie ubyło, bo to tak, jakby powiedzieć że ze szkoły życia ubyło. To jest różnica fundamentalna, a dotycząca relacji: literatura (świat słowa) - a życie (świat rzeczywisty). Życie tematów dostarcza wciąż. Tylko co za sens jest pisać o tym, czego zmienić nie można? Jestem zatem przykładem osoby: a) zajętej; b) sfrustrowanej niemożnością naprawy świata; c) obserwującej kołowrót starych głupot i starych win  systemu oświaty w nowych kontekstach i konfiguracjach.
Otwierając tego bloga założyłam sobie pisarski kształt moich notek: to miały być felietony (aktualność, subiektywizm, satyra, lekkość, ironia i komizm językowy). Ot, takie ćwiczenie redakcyjno-stylistyczne, które sobie sama zadałam. Jak mi się to udawało, osądźcie sami.
Doszłam jednak do chwili, w której pewne elementy rzeczywistości bardziej mnie wściekają, niż śmieszą. I tak jakoś poczucie humoru mnie z nagła opuściło.
No bo jak tu z lekkością kolibra opisać zmiany wokół statusu nauczyciela, kształt nowej matury (to znaczy tej jeszcze nowszej),  zarobki nauczycieli w Europie (i odnieść je do polskich)? Jak przejść humorystycznie nad tematem 3 godzin pracy nauczyciela dziennie, jak to obliczyła jakaś tam agencja statystyczna? Belfer ostatnio został ogłoszony pasożytem społecznym, żywiącym się krwawicą porządnych obywateli. Zamyka się szkoły, łączy klasy, ludzi zwalnia.  Na dodatek minister od edukacji stwierdza, że nauczyciele są niedouczeni. Oraz leniwi. Dlatego za karę będą pracować o godzinę w tygodniu więcej (albo dwie, kto wie). Tylko żeby nie udawali!!! Wszystko ma być zapisane, udokumentowane! Efekt? Ci najbardziej leniwi - mają wszystko pięknie udokumentowane. Co to za robota, wypełnić kilka linijek? Ci co pracowali “ponad normę”, teraz pracują ponad normę + 2 godz.

Bardziej straszno niż skuczno, bardziej duszno niż nudno.

Belfer i szkoła. Wdzięczny temat Gombrowiczowski oraz październikowy, bo 14 października za nami. Czy w XXI wieku  ten tandem  (archetyp + instytucja kulturowa) jeszcze spełnia jakieś funkcje?

Komu potrzebny jest nauczyciel?  Komu potrzebna jest szkoła?

  • Dzieciaki same wszystko wiedzą najlepiej. A jak nie one, to wie Wikipedia.
  • Ryk zachwytu w w szkole odzywa się nie wtedy, gdy informuje się o nieoczekiwanym zastępstwie (matematyka albo fizyka w tym ścisłym liceum) - ale wtedy, gdy zwalnia się uczniów z lekcji.
  • Zadawanie ćwiczeń domowych jest rodzajem gry w “co mi zrobisz, jak mnie złapiesz?”
  • Nauczyciel to wróg publiczny. Gorzej mają tylko celnicy, którzy zapadają na depresje, bo “ich nikt nie lubi”. (Nauczyciele mają lepiej, bo dostają kwiatki w Dzień Nauczyciela, chociaż z roku na rok są to kwiatki skromniejsze. I nie od wszystkich klas.  Ale czy ktoś słyszał o Dniu Celnika?)
  • Dzień Nauczyciela zamienił się ostatnio po prostu w Dzień Bez Nauczyciela. Uczniowie mają wolne i zostają w domu, nauczyciele nie. Z okazji swojego święta mogą posprawdzać dzienniki albo polecieć do muzeum z garstką tych, których do szkoły przygnało jakieś poczucie przyzwoitości. Średnio siedem osób na klasę.
  • Całe społeczeństwo nosi w sobie traumę po szkole Antka, bohatera noweli Prusa z XIX wieku. Jest to jedyna lektura, jaką  społeczeństwo zna, dlatego ta trauma nie została dotąd  przepracowana :)
  • Właściwie od czasów Antka w szkole niewiele się zmieniło. Nadal dukamy aaaa, beee, ceee.  Nawet na etapie szkoły średniej.
  • Kant miał rację: ludzie boją się własnej i cudzej mądrości. Dlatego o własną nie zabiegają, cudzą gardzą.

Przez większość mojego zawodowego życia walę głową w mur. Mur ma kolor ludzkiej głupoty, biurokratyzmu, lenistwa i tchórzostwa, a ja mam na głowie koronę z guzów.

No cóż, może lepsza taka korona niż żadna?  :)

_____________________________________________________________________________________

W parę dni potem Antek poszedł pierwszy raz do szkoły. Wydała mu się taka prawie porządna, jak ta izba w karczmie, co w niej szynkwas stoi, a ławki były w niej jedna za drugą, jak w kościele. Tylko, że piec pękł i drzwi się nie domykały, więc trochę ziębiło. Dzieci miały czerwone twarze i ręce trzymały w rękawach; nauczyciel chodził w kożuchu i w baraniej czapce. A po kątach szkoły siedział biały mróz i wytrzeszczał na wszystko iskrzące ślepie.
Usadzono Antka między tymi, którzy nie znali jeszcze liter, i zaczęła się lekcja.
Antek, upomniany przez matkę, ślubował sobie, że musi się odznaczyć.
Nauczyciel wziął kredę w skostniałe palce i na zdezelowanej tablicy napisał jakiś znak.
— Patrzcie dzieci! — mówił. — Tę literę spamiętać łatwo, bo wygląda tak, jakby kto kozaka tańcował, i czyta się A. Cicho tam, osły!… Powtórzcie: a… a… a…
— A!… a!… a!… — zawołali chórem uczniowie pierwszego oddziału.
Nad ich piskiem górował głos Antka. Ale nauczyciel nie zauważył go jeszcze.
Chłopca trochę to ubodło; ambicja jego była podraźniona.
Nauczyciel wyrysował drugi znak.
— Tę literę — mówił — zapamiętać jeszcze łatwiej, bo wygląda jak precel. Widzieliście precel?
— Wojtek widział, ale my to chyba nie… — odezwał się jeden.
— No, to pamiętajcie sobie, że precel jest podobny do tej litery, która nazywa się B. Wołajcie: be! be!
Chór zawołał: be! be! — ale Antek tym razem rzeczywiście się odznaczył. Zwinął obie ręce w trąbkę i beknął, jak roczne cielę.

Bolesław Prus, Antek, 1880

Matura z koniczynką niedziela, 8 maja 2011

Jakoś trzeba się ogarnąć i skomentować tegoroczną maturę z polskiego. Ostatnio wszyscy wszystko komentują, a ja się ociągam.

Otóż ociągam się, bo świat przestał istnieć. Nie zauważyli Państwo? Jak to nie? Nic już nie istnieje NAPRAWDĘ. Wszystko istnieje dopiero wtedy, gdy ma profil na Facebooku.

Zatem, pod poniższą notką, powinnam również zamieścić hasełko:

Jeśli spodobała się Wam moja notka, odwiedźcie mój profil na Facebooku.

I banerek do klikania. I kilka reklamek, żeby pieniądzorki zarabiać. Na Facebooku.

Świat oszalał.

  • Radio ma swój profil na F.
  • Audycje telewizyjne
  • Gazety
  • Celebryci, dawniej zwani gwiazdorami
  • Politycy, wychodzący szerokim frontem do wyborców (cóż za kretyński frazeologizm!)
  • Prezydent. Nadal z  wąsami.
  • Wszyscy, którzy byli na Naszej-klasie, teraz pokasowali konta, zdradzili znajomych i przenieśli się na portal jeszcze głupszy.

Facebook stał się formatem umysłowym. Młodzi ludzie komunikują się hasłami: Lubię to! Kupują farmy i ofiarowują sobie świnki. Zapisują się do towarzystw adoracyjnych. Chodzi o to, żeby być w jak największej ilości. Towarzystwa adoracyjne są głupie, ale służą zapewne szerokiej identyfikacji. Każdy chce gdzieś należeć, a przecież do jakiejś  partii dzisiaj zapisać się to obciach.

Facebookomania ma swoje dwa oblicza: naiwności i cynizmu. Naiwniacy myślą, że  będąc na tym portalu (gdzie są wszyscy), trzymają rękę  na pulsie towarzyskich wydarzeń, wiedzą co i gdzie się święci. Cynicy - najzwyczajniej kręcą swoje interesy, wykorzystując owczy pęd naiwniaków. No ale tak chyba było zawsze i może nie ma co marudzić?To tak w kwestii życia wirtualnego

Jeśli drażni mnie portal F., to może powinnam być na T., G.L.  albo na jeszcze innym? Cóż złego jest w bywaniu w świecie?

Ano w bywaniu - nic. W iluzji bywania - wszystko.

Życzę Państwu spotkania jakiegoś człowieka. Niedługo będziemy zachowywać się jak Robinson na bezludnej wyspie: płakać ze szczęścia na widok śladu ludzkiej stopy…

 

A przechodząc do kwestii matury z polskiego: koniczynka oznacza szczęście po prostu. Którego Wam życzę.

Z zupełnie nieznanych mi bliżej przyczyn autorzy arkusza maturalnego odwrócili trend upraszczania matury: tegoroczna była raczej trudna. Moi wychowankowie nie zauważyli tego, może na szczęście, i byli po maturze bardzo radośni.  Jak tutaj stoję (siedzę), dam sobie głowę uciąć, że nie doczytali tematów do końca, nie zauważyli przy analizie wierszy polecenia: Wykorzystaj właściwe konteksty, albo że radośnie będą streszczać streszczenie Granicy .

A ja to (zapewne cała Polska napisała tak samo) będę musiała sprawdzać :(

Zainteresowanych informuję, że zamieściłam własną analizę porównawczą maturalnych wierszy, w tabeli, skrótowo, żeby się można było łatwiej rozeznać. kolorami zaznaczyłam obszary, odpowiadające tematowi. Modelu jeszcze nie widziałam, więc praca jest z głowy, czyli z niczego :)

Natomiast do analizy Granicy nikt mnie nie zmusi.  Jakie konsekwencje wynikają z zestawienia odmiennych spojrzeń na romans panicza ze służącą?

Takie, że nikt tego nie czyta. Wszyscy za to  są na Facebooku.

A ja wolę demotywatory.pl

Podwiązka z frakiem czwartek, 20 stycznia 2011

Styczeń to w szkolnym kalendarzu sezon studniówkowy. Prasa łapie się tematu jak najwcześniej, “otwierając sezon” już przy pierwszym balu. Potem, sukcesywnie, pojawiają się różnego kalibru ptaki dziennikarskie, od kaczek począwszy, a na kiwi nielotach skończywszy.

Oczywiście, numerem jeden jest wystawność balu. Przerabialiśmy więc już doniesienia o horrendalnych cenach “od pary”, od sukni, od fraka, od makijażu i … No więc doszliśmy do ceny “od faceta”. Handel ciałem kwitnie podobno w sieci i zakrojony jest na wielką skalę.

Proszę Państwa! Dożyłam czasów, kiedy kobiety kupują facetów. Facet na razie jest blondynem, ma 185 cm,  i kosztuje zaledwie 50 zł. Na Allegro! Niedrogo, że tak powiem :)

Mniej zorientowani, czyli wszyscy ci, którzy jeszcze do studniówki nie dorośli, nie wiedzą zapewne, że chodzi o wynajęcie partnera na bal.

Prasa ekscytuje się tematem, jak gdyby zapomniała, że instytucja żigolaka istnieje od zarania dziejów; albo przynajmniej od zarania dansingów. Fordanser zarabia na balach w wysokich kręgach towarzyskich, kiedy grubemu bankierowi nie chce się potańczyć ze swoją żoną. Na fordanserów pozwalały sobie dotąd podstarzałe gwiazdy, aby nie iść samotnie na galę wręczania Oscarów. Partner do tańca, do towarzystwa, do podania płaszcza w szatni; męskie silne ramię, broniące od ścisku i natrętnych wielbicieli, o zawianych wielbicielach nie wspominając.

No dobrze, facet czasem się przydaje, przyznam. :)

Niemniej w kwestii studniówek istnieje więcej prawdziwych problemów. Prasa, dla zapełnienia szpalt, zajmuje się tylko czubkiem góry lodowej.

Co roku problem studniówkowy rozwija się tak samo: Co ja na siebie włożę? Z kim pójdę? Z kim będę siedzieć  przy stole? Co będę robić, jak nikt mnie nie poprosi do tańca? Tańczyć poloneza czy sobie darować? (Trzeba chodzić na jakieś próby, pewno to za trudne). Szukać tych czerwonych podwiązek i majtek czy nie? Po co  mi 6 godzin nagrania filmu ze studniówki, przecież wystarczyłoby pół godziny! Iść do fryzjera czy czesać się samemu/ sama? I w ogóle: ile to będzie wszystko razem kosztować?

Ten blog widział już dyskusje postudniówkowe. Tym razem postanowiłam napisać coś przed.

Zatem: samotnie czy z kimś?

Szukać partnera za wszelką cenę, umówić się na randkę z nielubianym sąsiadem, udawać zaangażowanie i wyciągnąć go na studniówkę? Ściągnąć kuzyna z Białegostoku? Jest w odpowiednim wieku i może nie ma dziewczyny? Umówić się z kompletnie nieznanym chłopakiem, którego polecała koleżanka? No a może to Allegro? Ostatecznie zobaczę przynajmniej zdjęcie…

Co ma zrobić wyemancypowana dziewczyna, żyjąca w społeczeństwie parytetowym, idąca na bal?

No właśnie. Przeszłość i teraźniejszość, elegancja i luz, tradycja i  nowoczesność: dwie różne rzeczywistości spiknęły się w tym studniówkowym balu i machają rozpaczliwie kończynami.  Z jednej strony wszyscy powtarzają, że to wielki bal, więc trzeba być eleganckim/-cką: suknia, fryzura i szpilki…

Z drugiej strony - będzie didżej i normalne, młodzieżowe mocne uderzenie. Jak z tymi koafiurami podrygiwać przy techno  czy hip hopie? Poza tym, kiedy będzie wolny taniec - to co - żeglować do stolika i siedzieć tam jak kołek? Smutno i niewyraźnie trochę.

Odpowiadam: Liczmy na klasę didżeja. Naprawdę, powinien obserwować parkiet i towarzystwo. Widziałam już i zespół muzyczny, który zamordował studniówkę natrętnym techno, i znakomitych puszczaczy płyt, którzy z wyczuciem balansowali między rockiem a standardami tanecznymi, tworząc fajny klimat. Ci z klasą - nie przesadzają z wolnymi tańcami,  szczególnie na początku, bo one nie służą rozkręceniu zabawy. A te cztery wolne kawałki przeznaczymy na poprawienie makijażu :) . I naprawdę nie ma obowiązku poddawać się presji posiadania partnera. Mając 18 lat - można go jeszcze nie posiadać. To normalne. Dla obu płci.

Czy dziewczynie wypada wyciągnąć do tańca kolegę?
Odp.: Tak, wypada, bo jesteśmy w zamkniętym gronie.  Może nie na samym początku, żeby się  panowie oswoili, bo jak wiemy, oni niespecjalnie przepadają za tańcem. A przynajmniej oni nie wiedzą, że przepadają :) . Poza tym - doradzam tworzenie “kółeczek” ; załapią się do nich wszyscy samotni, którzy chcieliby potańczyć, można się w nich rozkręcić, jest się razem, z całą klasą. Zawsze właśnie na studniówkach najgorzej wychodzą ci z partnerami - siedzą i bawią się osobno. A przecież studniówka - to bal szkolny, kiedy jesteśmy w towarzystwie swoich codziennych znajomych.

Co zrobić z materiałową serwetką?
Odp. Położyć na kolanach. Ochroni suknię przed poplamieniem. Nie dotyczy to oczywiście papierowych serwetek, które służą do wycierania ust. Nie widelców! Zakładamy, że sztućce są czyste i nie pucujemy ich  do połysku serwetkami :).

Co zrobić z torebką/ dokumentami/komórką?
Odp: Przede wszystkim nie kłaść na stole. Niestety, eleganckie lokale nie rozwiązują dobrze tego problemu. Modne krzesła z obłymi oparciami nie służą powieszeniu na nich torebki, co, zresztą, podobno też jest nieeleganckie. Powinny być wieszaczki pod stołami, ale nie ma.  Można położyć je za sobą na krześle, większe pakunki (torby z kosmetykami, aktówki, telefony) należy zostawić w szatni. Mądrzy panowie od savoir-vivre’u twierdzą, że panie mają trzymać torebkę na kolanach. Niech sami trzymają. Moja suknia zawsze się od tego gniecie. Na balu nie odbieramy telefonów. Wzywamy komórką taksówkę albo szofera - dopiero na koniec.

Tańczyć w marynarce i się spocić - czy bez?
Odp: Absolutnie w marynarce! Tańczyć tak, żeby się NIE spocić. Co jakiś czas chwila przerwy, ochłonąć i tyle. Sala jest odpowiednia, nie będzie zaduchu. Najgorszym rozwiązaniem jest zdjęcie marynarki i podwinięcie rękawów. (Przy stole możemy, na chwilę, rozpiąć guzik marynarki. Jeden guzik).

Proszę panów, rękawy w białych koszulach to my podwijamy, jak postanowiliśmy w niedzielę siano roztrząchać albo gnojówkę wywozić! Czyli nigdy. To zwyczaj proletariacki, brukowy, niegodny wielkiego balu i kropka. Pod krawatem, w marynarce, z klasą do końca. Albo idziemy sobie na łąkę i kładziemy się w stringach na kocyku. Odpowiedni strój do sytuacji.

Czy odprowadzać partnerkę do stolika?
Odp: To zależy, skąd partnerkę “wzięto”. Jeśli poproszono przy stole - odprowadzamy do stołu. Jeśli stała z kimś pod oknem - odprowadzamy pod to okno. Natomiast jeśli zakręciliśmy się koło siebie w kółeczku na parkiecie - można się skłonić, podziękować - i odejść. Oczywiście: do absolutnej elegancji należy zapytanie w takim momencie: ” Czy cię gdzieś odprowadzić?” - zostawiając jej wybór. W innym wypadku może się na tym parkiecie poczuć trochę porzucona.

Jak się nie spocić? I co zrobić, skoro jednak?
Odp: Damie nie wypada się spocić w ogóle! Ma ograniczyć szaleństwo tańca do ram akceptowanych przez jej organizm.  Posiedzieć. Poprawić makijaż.  Wciąż pachnieć jak kwiat tuberozy. Panowie:  polecam antyperspiranty, bo do tego je wynaleziono.  :) Poza tym: chusteczka do dłoni (w drogeriach są specjalne jednorazowe chusteczki podróżne, ale mogą mieć ostry koloński zapach), raz na jakiś czas umyć dłonie zimną wodą i dokładnie wytrzeć. Moment podania ręki do tańca: newralgiczny! Dłonie powinny być suche. Przypomnijmy, że ilość spożywanych płynów też wpływa na pocenie się. Może przez chwilę mniej tej coca-coli?

Czy robić zdjęcie z podwiązką?
Odp.:To zależy. Jeśli chcemy rozpocząć w ten sposób karierę okładkową w show-biznesie, to  sprawdźmy, kto fotografuje. Doradzam od razu zaczynać od Palyboya. Co się będziemy rozdrabniać! Właściwie można nie tylko z sukienką zadartą do pępka, ale od razu bez sukienki.To nie są prawdziwe damy.

Jeśli dostrzegliście ironię, to dobrze. Nie mogę znieść cielęcej naiwności młodzieży, która daje się nabijać w butelkę przez media, poszukujące jak najbardziej skandalicznych chwytów i tematów: dzień wagarowicza, czerwona podwiązka, czerwone majtki, pijany nauczyciel …  Co jeszcze wymyślą, żeby zwiększyć czytalność i oglądalność?

Mam nadzieję, że na pierwszej stronie poczytnej gazety łódzkiej nie zobaczę uczennic czy uczniów XII LO, demonstrujących całej galaktyce czerwone “niewymowne”. A że partner na balu będzie wynajęty? Byle był w smokingu! Jak już kupujemy, to eleganckiego! :)

***

Ciekawe linki dla panów. Należy zacząć odróżniać. :)

Garnitur, smoking, a może frak?

Garnitur, frak czy smoking?

Przed świętami ludzie mają zawsze mnóstwo problemów. Zobaczyc cud...Jednym z nich jest kondycja zwierząt w szopce.

O co chodzi? Chodzi o szopkę na świeżym powietrzu, ustawioną w Słupsku, z menażerią egzotycznej maści, taką jak: lamy, osły, kuce i owce. No, może owce już nie tak egzotyczne.

Święta Bożego Narodzenia mają swoją tradycję. Podobno w Wigilię zwierzęta mówią ludzkim głosem, aniołowie zstępują i wszyscy ludzie są braćmi. Tak mówią podania ludowe. Rzeczywistość nie potwierdza tych danych,  no ale w coś trzeba wierzyć. Dlatego ludzie bacznie przyglądają się zwierzętom, założywszy, że pozostałych cudów raczej nie będzie.

Średniowieczny zwyczaj szopek narodził się trochę teatralnie, jako spektakl wędrownych kolędników, potem rozpowszechnił w kościołach w  XIII wieku, ale teraz idea powróciła do rynków, sklepów i targowisk, normalna kolej rzeczy. Bo szopka była zawsze elementem świątecznego widowiska. Można przyjść, pociągnąć osła za ogon i usłyszeć, jak wydaje odgłos paszczą. Można sypnąć w lamę śnieżkami i poczekać, czy się wkurzy. Zabawa na cztery fajerki.

Zieloni protestują, że zwierzętom jest zimno. Gdyby było to w lipcu - proszę bardzo. Można ciągnąć za ogon.  Inicjatorzy szopki podkreślają, że otrzymują dziesiątki tysięcy gratulacji od zadowolonych ludzi i że znają swoje zwierzaki z imienia.  Lamy nic nie mówią, przynajmniej na razie.

A ja sobie myślę, że współczesny człowiek niczym nie różni się od tego sprzed wieków. Że natura tłumu jest ciągle taka sama: popatrzeć, pocieszyć się w zbiegowisku, rozerwać się widokiem krwi, trupów, śmierci i drastyczności. Że idea intelektualnej idei bóstwa - metafizycznego Absolutu - jest temu tłumowi tak bardzo odległa, jak fizyka kwantowa. Wiara w cud narodzin Dzieciątka - nie ostoi się bez wizualizacji.

Święta to czas w obszarze sacrum, przeznaczony na odpoczynek i zabawę, owszem, ale i na kontakt z duchowym wymiarem. Gdzie współczesny człowiek zgubił swoją duchowość? Gdzieś między Biedronką a Atlas Areną. Ustawianie gigantycznych szopek duchowości nie zapewni.

Wesołych świąt wszystkim życzę.

A tu:  link do szopki wokół szopki

Natura człowieka na chorobie wtorek, 26 października 2010

Kim jesteś?Co roku, kiedy dochodzę z trzecimi klasami do “Jądra ciemności” Conrada, poświęcam się bezproduktywnemu zastanawianiu się nad naturą człowieka. Bezproduktywnemu, bo nic z tych rozważań nie wynika dla mnie na przyszłość.  Co innego, gdybym dochodziła do jakichś fundamentalnych wniosków i próbowała wykorzystać je w życiu.

Rousseau czy Conrad? Który z nich człowieka zdiagnozował trafniej? Dobry z natury, wrażliwy i posiadający sumienie - czy też niedoskonały, zadziwiający, nieprzewidywalny, ale  raczej bestia niż anioł, z wewnętrznym piekłem, z ohydą, z pustką moralną?…

Dlaczego niegodziwcy kradną, dyrektorzy prześladują pracowników, kochankowie zdradzają? Powinnam już przyjąć to jako zasadę świata.  Wrogowie będą knuć przeciw nam, tak jak knuli. Nic ich nie zmieni, nie pokochają nas przecież nagle. Głupcy - nadal będą czynić bezmyślnie, bo przecież nagle nie doznają oświecenia.  A uczniowie będą leniwi i nie sięgną po Conrada. A szkoda…

Takie oto bezproduktywne rozważania snuję, gdy siedzę w domu “na chorobie”. Trza się chyba ogarnąć, bo dłuższe rozmyślania mogą choremu dodatkowo zaszkodzić. :)

Salon maturzystów wtorek, 14 września 2010

Wróciłam właśnie z całodniowych wagarów, czyli wyjścia młodzież szkolnej na targi ofert edukacyjnych, zwane salonem maturzystów.

Idąc tropem językoznawczym, należałoby tytuł notki wyjaśnić. Otóż salon to eleganckie miejsce albo eleganckie towarzystwo. Można  być “gwiazdą salonów” lub “lwem salonowym”, można “prowadzić salon literacki” albo “wprowadzić gości do salonu”.  Jeśli jednak spojrzymy na dzisiejszą rzeczywistość, to słowa (tak jak i salony) mocno nam staniały.

“Salon fryzur” - to nazwa co drugiego zakładu fryzjerskiego. Czym różni się ’salon’ od ‘zakładu’?  W obu myją głowę i robią trwałą ondulację, tylko w salonie drożej każą płacić.

Widziałam już “salon książek” (Książki tylko o królach i książętach?) i “salon obuwia” (Tylko buty na obcasach?)

Jeśli poczekamy jeszcze trochę, będziemy mieli np. “salon jaj”. A co tam będzie? Może zaproponujecie wykładnię tej nazwy?

Wracając do dzisiejszej okoliczności, można by zastanowić się, jakie to elitarne towarzystwo zebrało się  w eleganckim i nowoczesnym budynku Wydziału Zarządzania UŁ.

Było to, niestety, towarzystwo zebrane nad wyraz tłumnie, a nawet spędowo. Już z definicji tłum jest czymś innym niż elitarny salon.  Młodzi ludzie w wieku poważnym, bo 18-letni, przetaczali się  przez stoiska szkół wyższych, biorąc jak sroczki wszystko, co tam dawano: smyczki, długopisy, katalogi i zakładki. W pięknych aulach wykładowych odbywały się prezentacje ekspertów Okręgowych Komisji Egzamfoto ze strony www.salonmaturzystow.plinacyjnych  na temat matury  z różnych przedmiotów. Młodzi ludzie nie słuchali jednak żadnych wykładów. Prelegent mówił, a wokół gadano, flirtowano, opowiadano dowcipy pełnym głosem, odbierano dzwoniące telefony. Raczej zabawa w remizie, niż salon. Powtarzałam sobie, że nie poszłam tam wychowywać młodzieży z całej Łodzi, ale nie wytrzymałam, kiedy jeden z siedzących na podłodze obok mnie  maturzystów (obcy) wyciągnął się na długość swoich 2 metrów, układając się słodko do snu.

Zadziałałam na niego belfrem :)

Po dzisiejszym dniu mam następujące refleksje:

  • Wiedza przestała być jakąkolwiek wartością dla młodych ludzi XXI wieku. Liczy się nie tyle kasa, bo to zawsze się liczyło, ale kolorowy gadżet i beztroska zabawa.
  • Szkoła  polska żyje w stanie takiego zapóźnienia cywilizacyjnego, że żal serce ściska. Oglądałam dzisiaj wyrzucane do koszy  tony kolorowych druków, bankomaty, kafelki, posadzki, metal i szkło - jak ja jutro wrócę do rzeczywistości szkolnej, w której nie ma papieru do kserokopiarek, komputery otwierają się po dwóch dniach od uruchomienia, nie ma podręczników dla nauczycieli, ale za to są miliony wymagań? I standardy egzaminacyjne.
  • System oświaty jest jednym wielkim światem absurdu. Z jednej strony narzeka się na brak pieniędzy na podwyżki dla nauczycieli i w ogóle na poprawę jakości kształcenia lub bazy szkolnej, a z drugiej setki tysięcy  wyrzuca się na zbędne programy, druki i inicjatywy. Dzisiaj przecież każda szkoła wyższa ma stronę internetową. Każdy może ściągnąć z niej potrzebne informacje rekrutacyjne. Po co jest zatem ten “salon maturzystów”, z powodu którego straciłam cały dzień lekcyjny?

Ach, zapomniałam. Strona internetowa nie da nikomu smyczki.

Anioły na walizkach czwartek, 2 września 2010

Zapewne zastanawiacie się, co ja teraz napiszę lub powiem.

A ja nic nie powiem.  Cicho sza! Ja gadam tylko z aniołami :)

Wróciłam do domu. Siedziały cichutko w kątku, w podróżnym kartonie, jak na walizkach. Jednemu przekrzywiły się tiulowe skrzydełka, drugi (druga?) z uśmiechem dźwigał kosz z kwiatami, trzeci przyciskał złoty dzwoneczek do piersi. I ten właśnie trzymał palec na ustach. Tsssss…. - zdawał się szeptać.

Moje zastępy anielskie. Spakowały manatki i wyjechały z Dwunastki na urlop, ale wrócą, jak tylko moja tegoroczna, nowa  “druga” wejdzie w obszary romantyzmu. Nie wiedziałam, jak to z nimi będzie. Trochę je pocieszałam, trochę taiłam przed nimi faktyczną dramaturgię zdarzeń. No bo jak tak mogłam im powiedzieć, że zostały wyrzucone na bruk, że bezdomne odtąd i bezrobotne będą?…

Ale drugie zastępy anielskie przyszły tym pierwszym na pomoc, więc wrócimy razem pięknie do P2 na pohybel głupocie i lenistwu uczniowskiemu :).

Spokojnie. Jeszcze nie zbzikowałam:) Tak tylko sobie obmyślam świat i najbliższą przyszłość. A to działanie wymagające skupienia i powagi.

Melduję się w każdym razie na posterunku, gotowa do wyzwań, do  marzeń i planów, i batalii na słowa w P2.

PS: Ojej!  Z wrażenia zapomniałam otworzyć nowy rok szkolny! No więc otwieram :)

Siódmy anioł a matura wtorek, 4 maja 2010

Dopiero co pożegnałam moich tegorocznych maturzystów, a oni już po maturze z polskiego.

W tym roku przyleciały do mnie trzy białe anioły i usiadły na parapecie w pracowni P2 - nowym, białym parapecie nowego  białego okna. Zrobiło się odświętnie i wzruszająco, i trochę smutno, nie wiedzieć czemu… Tłumaczyłam dzieciakom (?), że te anioły to dowód istnienia przestrzeni metafizycznej, wyraźnej więzi, która zawiązuje się między ludźmi.  Że istotą życia jest w ogóle relacja człowiek - człowiek. Że ta więź jest prawdziwa, choć niedotykalna. Że trwa, nawet gdybyśmy  nie chcieli…

Dowody? Państwo życzycie sobie jakieś jeszcze dowody na metafizykę? Poza tym, że ostatnio śniłam się Przemkowi? :)

Oto wtedy, gdy moi maturzyści biedzili się nad “Świętoszkiem”, wpadłam w sieci na wiersz Herberta. Mojego wielbionego Herberta. I ja tego wiersza dotąd nie znałam, uwierzycie? A dziś - proszę!

Ze specjalną dedykacją dla wszystkich “moich”, zawiedzionych tematami matury 2010, niezadowolonych z siebie, niedocenionych dotąd przeze mnie lub świat, z ambicjami, z piekłem wewnętrznych namiętności, presji, marzeń, planów i zamierzeń, z przekonaniem o własnej niedoskonałości, o niedosięganiu jakichś wysokich poprzeczek, sfrustrowanych podejmowanymi bez powodzenia próbami dosięgnięcia ideału (wszystko jedno jakiego):

Zbigniew Herbert: Siódmy anioł

Siódmy anioł

jest zupełnie inny
nazywa się nawet inaczej
Szemkel

to nie to co Gabriel
złocisty
podpora tronu i baldachim

ani to co Rafael
stroiciel chórów

ani także
Azrael
kierowca planet
geometra nieskończoności
doskonały znawca fizyki teoretycznej

Szemkel
jest czarny i nerwowy
i był wielokrotnie karany
za przemyt grzeszników

między otchłanią
a niebem
jego tupot nieustanny

nic nie ceni swojej godności
i utrzymują go w zastępie
tylko ze względu na liczbę siedem

ale nie jest taki jak inni
nie to co hetman zastępów
Michał
cały w łuskach i pióropuszach

ani to co Azrafael
dekorator świata
opiekun bujnej wegetacji
ze skrzydłami jak dwa dęby szumiące

ani nawet to co
Dedrael
apologeta i kabalista

Szemkel Szemkel –
sarkają aniołowie
dlaczego nie jesteś doskonały

malarze bizantyńscy
kiedy malują siedmiu
odtwarzają Szemkela
podobnego do tamtych

sądzą bowiem
że popadliby w herezję
gdyby wymalowali go
takim jak jest
czarny nerwowy
w starej wyleniałej aureoli.

***

Szemkel. Chodząca niedoskonałość. Przemytnik dusz z otchłani.  Niepasujący do chorału w zastępach. Odczuwam z nim niezwykłe pokrewieństwo.

Śmierć kończy wszystko. Wszystkie plany, wszystkie zaczęte sprawy, wszystkie polemiki i  spory.

A “umiera się w byle jakim momencie życia”.

Nie ma śmierci ważnej i nieważnej. Każda jest końcem istnienia, końcem człowieczej szansy. Niektóre śmierci są tylko głośniejsze od innych.

Wielki Piątek a teoria kwantowa piątek, 2 kwietnia 2010

Kilka tygodni temu w prasie przeczytałam ciekawy artykuł, przybliżający szerokim masom fizyczne prawdopodobieństwo albo nieprawdopodobieństwo istnienia takiej rzeczywistości, która jest kompletnie względna. Irracjonalna.  Niepewna i niemierzalna, niezdecydowana i niestuprocentowa :)

Z punktu widzenia religii teoria kwantowa  powinna być wyniesiona na ołtarze. Jest takim rodzajem opisywania rzeczywistości, że wszelkie mistyczne  tajemnice i dogmaty zdają się dziecinnie proste i do pojęcia.

>>Kwantowy świat to ocean niepewności. Nigdy nie jesteśmy pewni, gdzie aktualnie znajdują się rzeczy, ani w którą stronę i z jaką prędkością podążają. Gamow, znakomity fizyk jądrowy, pisał, że w tej krainie trzeba przyzwyczaić się do takich sformułowań, jak: “Ten przedmiot znajduje się głównie tu, ale częściowo tam, a nawet gdzie indziej” albo “Ta moneta jest w 75 proc. w mojej kieszeni, a w 25 proc. w pańskiej”. <<

Najbardziej podoba mi się wytłumaczenie superpozycji stanów, cechy obserwowanej przez fizyków w skali mikro, na poziomie atomów i kwantów:

>>Amerykański fizyk Hugh Everett sugerował, że za każdym razem, kiedy następuje superpozycja dwóch stanów, świat dzieli się na dwa równoległe światy, których historie od tej chwili biegną już oddzielnie. W jednym z tych światów kot Schrödingera żyje, w drugim jest martwy. Ale przyjęcie tego wyjaśnienia wydaje się podobne do gaszenia ognia benzyną - jest jeszcze bardziej zwariowane.<<

Wziąwszy więc pod uwagę, że skala makro (istoty i przedmioty ciutkę większe od fotonów) powinna być symetryczna i powtarzać model świata mikro - jestem kotem Schrödingera: zamkniętym w pojemniku z trującym gazem i trochę żywym, a trochę martwym. Trochę tu, a jednak gdzie indziej.

A nawet jak umrę, to będę żyła, w innym oceanie świadomości, może choćby na poziomie kwantowym.  Czyż to nie jest nieśmiertelność?

***

PS: Felieton niniejszy powstał pro publico bono, na potrzeby pewnej klasy, która nie zrobiła zadania o  felietonie. Będzie ćwiczeniem lekcyjnym, więc za wygłoszone tu banialuki autorka nie ponosi odpowiedzialności.  :) Wesołych świąt wszystkim odwiedzającym życzę.

Artykuł

Ciekawa strona