Ferie poniedziałek, 29 stycznia 2007

Marzę o wynalezieniu urządzenia do pomiaru emocji człowieka. Marzę sanki.jpgsobie oczywiście teoretycznie i czekam, aż wynajdzie ktoś inny. Udowodniłabym wtedy, że na ferie najbardziej na świecie czekają nauczyciele, a nie uczniowie. Sobotę i niedzielę przeleniuchowałam, jeśli można tak nazwać dni spędzone na sprzątaniu, szorowaniu, praniu i gotowaniu. Mam zapas prawie na cały tydzień: gar bigosu z grzybami, śliwkami suszonymi i winem a jakże, michę sałatki jarzynowej i na najbliższe dwa dni - wiaderko białego barszczu na zakwasie. Jednak sprzątanie jest jedyną czynnością, której nie da się połączyć z budową nowego miasta w cywilizacji egipskiej (Faraon, a jakże.) Ponieważ, gotując, udało mi się skończyć kolejną misję, mam przekonanie o leniuchowaniu. Ciekawa rzecz, takie przekonanie…
Przed feriam zapytałam, kto z klasy III wyjeżdza. Okazało się, że najwyżej pięć - sześć osób. To mało. Ja z dzieciństwa po prostu nie przypominam sobie ferii spędzanych w mieście. Zawsze gdzieś wyjeżdzałam. Oczywiście wyjazdy organizował klub, w którym trenowałam, a ja za wyjazdy nie płaciłam. To było socjalistyczne “wspieranie wypoczynku dzieci i młodzieży”. Że czasy były niewolne? Owszem. Nie chciałabym, aby tamten rodzaj rządów wrócił. Ale warto byłoby, w ramach “polityki prorodzinnej państwa” (nowy slogan, ale przecież znów tylko slogan) zastanowić się nad sensem ferii, przerw w nauce, jeśli spędzane mają być w blokowiskach, po bramach, w dyskotekach lub po prostu przed ekranem telewizora czy komputera. Wcale nie chodzi mi o to, żeby młodzież zaprzęgnąć do roboty, wręcz przeciwnie. Niech wypoczywa, ale aktywnie, gdzieś na świeżym powietrzu, z dala od domowych pieleszy i przyzwyczajeń. Że chodzi mi o hartowanie i harcerskiego ducha? Troszeczkę może i tak. Moje doświadczenia z wycieczek szkolnych mówią, że młodzież staje się wygodnicka, marudna, niezaradna przy tym i roszczeniowa. Ginie duch dobrej zabawy, pomysłowość, tolerancja dla ludzi i akceptacja dla warunków, jakie stworzyła okazja.
Tak… jak już wysłałam młodzież na ferie, mogę ze dwa dni poleniuchować. Może nawet jakiś film obejrzę bez prac na kolanach, sprawdzanych w przerwie reklamowej, z poczuciem winy, że już dawno powinnam je oddać sprawdzone. Ciekawa rzecz, takie poczucie winy…A potem - do roboty. Mam coś około 180 prac. Spróbuję obliczyć, po ile ich mi przypada na jeden dzień w te “wolne dni”. Nie znoszę sprawdzania!

Wypadek poniedziałek, 22 stycznia 2007

Niedzielny konkurs na Wielkiej Krokwi w Zakopanem skończył się dramatem czeskiego skoczka. Nieszczęśliwy skok, poryw wiatru i upadek zarejestrowały kamery. Człowiek staczał się po zeskoku jak manekin, widzowie zamarli, a on nie otrzepał się potem i nie wstał, tylko pozostał na śniegu. Na telebimach i ekranach telewizyjnych publiczność napawała się powtórkami upadku w zwolnionym tempie, ukazującymi każde drgnięcie, każde odbicie się od podłoża, każdy piruet masakrowanego ciała. Myślałam, że zwymiotuję. Odeszłam od telewizora i przestałam oglądać konkurs. Dla mnie się skończył. I to nie z powodu upadku Jana Mazocha, tylko właśnie przez te sadystyczne powtórki. Do końca dnia można było obejrzeć je jeszcze wielokrotnie we wszystkich wiadomościach. Dziś - są na wszystkich portalach internetowych jako minifilmiki do pobrania.
Mam wrażenie, że jeszcze w XX wieku wykształcił się nowy gatunek człowieka: homo macabricus, żywiący się krwią, padliną i tragedią. Obrzydliwy ten typ zamieszkuje głównie klimatyczną strefę umiarkowaną, a zatrudniony bywa w dużych agencjach prasowych i telewizyjnych. Ma skłonności sadystyczne: czerpie satysfakcję z mdłości widza. Jest rodzajem wampira, który zaraża przez ukąszenie. Rośnie więc grono równie obrzydliwych oglądaczy, którzy tymi powtórkami właśnie się napawają. Co jakiś czas zapotrzebowanie na makabrę zwyżkuje - i wtedy fotografuje się kieszonkowym aparatem stracenie terrorysty albo zamieszcza film z ucinania głowy zakładnikowi przez jakiegoś terrorystę.
I tu moja puenta: Nie widzę żadnej różnicy między okrucieństwem tego terrorysty, a okrucieństwem tego, który to ogląda. Howgh.

Po studniówce niedziela, 21 stycznia 2007

Studniówką żyje się w szkole około miesiąca: dwa tygodnie przed i dwa tygodnie po. Tuż przed trzeba dokonać gorączkowo ostatnich zakupów, umówić fryzjera (nawet chłopaki, rzecz jasna), przygotować program studniówkowy, a przede wszystkim zdobyć partnera (partnerkę), jeśli się nie ma stałej pary. W naszej szkole jest z tym nieco problemów, gdyż deficyt dziewcząt jest zauważalny, więc chłopaki popadają czasem w postawę abnegacji: “Skoro wszystkim na tym zależy, to właśnie mnie nie”. I potem siedzą na studniówce przy stole, rozgladają się naokoło konspiracyjnie i równie konspiracyjnie wychylają coś w ukryciu. To coroczny standard “męskich” zachowań, sporadycznych, tajemnych i obarczonych poczuciem winy. (A dobrze im tak!) “Nie mam partnerki, bo ja jestem macho.” Chlup! Nie to mnie jednak w tym roku zadziwiło.
Studniówka odbywała się w fatalnym klubie Oskar, mieszczącym się w pokomunistycznym “kontenerze blaszanym”. Po ścianach i lustrach ściekała skraplająca się para wodna, przypalony bigos uwieczniał się w powietrzu, a zespół, przygrywający do kotleta, ilością decybeli zagłuszał swoje marzenia o sławie i lepszym życiu. Ale ja nie zamierzam krytykować organizacji, bo sama się do niej nie przyczyniłam, więc jako osobie zaproszonej - nie wypada. Ja chcę pochwalić młodzież za poloneza, gronu podziękować, że program satyryczny odebrało z właściwą sobie wielkodusznością, a przede wszystkim chcę skupić uwagę na zmianie obyczajów młodzieży.
Jeszcze rok temu wspólne palenie z nauczycielami przy popielniczce w szatni było nie do pomyślenia. Pamiętam, że rzekłam moim wychowankom, że muszą na tę noc wyleczyć się z nałogu i nie stawiać mnie w głupiej sytuacji, żebym nie musiała też nerwowo reagować i psuć sobie zabawy. Taki był warunek i wszyscy się do tego zastosowali. Skąd w ogóle wiedziałam, że palą? Nie tylko stąd, że to naprawdę banalne dla osoby posiadającej powonienie - rozpoznać palacza. Rownież stąd, że wcześniej zaprosili mnie na jedną z osiemnastek i wtedy niektórzy wyciągnęli papierosy. Ponieważ po pierwsze: ja też paliłam; po drugie: zaproszenie było dowodem zaufania - nie miałam żadnego ruchu. Natomiast na studniówce - zastosowali się do reguł.
Cóż wydarzyło się w tym roku? Młodzi ludzie, świadomi obecności dwudziestu nauczycieli, w tym pani dyrektor i swoich wychowawców, stanęli w kółeczku wokół popielniczki i stworzyli smog godny tego nad Tamizą. Kiedy pogoniłam towarzystwo, obrzucili mnie niechętnym i nieco zdziwionym spojrzeniem.
O, nie, misie pluszowe! Nie daję zgody na to, że czarne jest białe!

Klasówka piątek, 19 stycznia 2007

Dzisiaj moja II c pisała wypracowanie z romantyzmu. Bardzo się tym przejmowałam, bo to chyba najważniejszy dział w programie języka polskiego. Poza tym od kilku już lat sprawdziany robię według formuły maturalnej, więc za każdym razem dzieciaki mierzą się z kwestią zdam - nie zdam. I jeśli tak (w każdym przypadku) , to dlaczego. Zapisuję to sobie od pierwszej klasy w każdym roczniku (w Excelu, oczywiście), wyliczam średni przyrost umiejętności każdemu uczniowi w zakresie języka, stylu i realizacji tematu (czytaj: zapamiętywalności lekcji), no i w ogóle dużo nad tym myślę i przygotowuję się czasem bardziej niż moi uczniowie (trzeba wybrać dobre fragmenty i upisać model odpowiedzi ). A tu proszę: zaglądam do “świętego zeszytu” w pokoju nauczycielskim z działaniami na jutro i co widzę? Mam zakończyć lekcję o 20 minut wcześniej, bo jest jakaś uroczystość przed pamiątkową tablicą na murze szkoły i mam sprowadzić klasę. No oczywiście, że szlag mnie jasny trafił, bo w dzienniku od dwóch tygodni stoi jak wół zapisane ołówkiem: praca klasowa. Dwie godziny razem mam tylko raz w tygodniu, a za tydzień to będzie ostatni dzień przed feriami i nie godzi się robić klasówek, no po prostu nie godzi się. Musiałabym więc przenosić termin o całe tygodnie. Nie na darmo jednak po ostatnim zawale płuc biorę tony leków uspokajających, trenuję jogę i szkolę się w kojącym oddychaniu. Więc nabrałam powietrza…- i znalazłam rozwiązanie, do którego jednak potrzebna mi była zdolność komunikacyjna, czyli możliwości techniczne i zdolność ludzka, czyli zwykła uczniowska solidarność. (Powinniśmy po prostu przyjść do szkoły kwadrans wcześniej.) I wiecie co? Wszystko zadziałało. Dzięki, Rafał :) Zawsze się zastawiam, jak moi uczniowie podchodzą do klasówek z polskiego. Próbuję przypomnieć sobie własne lata szkolne i przychodzą mi jakoś na myśl tylko te nieliczne, które kończyły się mniejszym czy większym niepowodzeniem. Na ogół zbierałam piątki. Szczęściara? Pewno tak. Nie przypominam sobie, żebym jakoś nadmiernie (albo w ogóle) zakuwała, a wziąwszy pod uwagę, że dwa razy dziennie trenowałam, na naukę nie miałam zbyt wiele czasu. Uczyłam się głównie w drodze po schodach z szatni do klasy.
Wśród niepowodzeń klasówkowych jak zadra siedzi w pamięci jakiś sprawdzian z fizyki. Nie mam najmniejszego pojęcia, z jakiego działu to było. Wróciłam wtedy z jakichś zawodów po kilkudniowej nieobecności i jak śliwka w kompot - wpadłam prosto na klasówkę. (To musiała być pierwsza klasa, bo później miałam indywidualne nauczanie razem z grupą innych pływaków.) Pani psor stała w drzwiach pracowni i popalała papierosa na korytarzu, a my skrobaliśmy coś na kartkach. W pamięci głównie białe plamy. Przed nosem na ławce zeszyt. Jeden jedyny raz w życiu - pomyślałam sobie i spróbowałam zajrzeć do odpowiedniej notatki z lekcji. Skończyło się zawałem - albo przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. Z klasówki dostałam 3, najgorszą i chyba jedyną taką ocenę. Kochałam fizykę i panią Walas miłością absolutną. W międzyczasie chciałam nawet zostać fizykiem jądrowym. Pani profesor, przepraszam za tamten jedyny raz.
Wspominam swoją historię z zadumą nad światem. Nie, nie chcę powiedzieć, że młodzież się zmieniła i teraz to są same niemoralne bachory, idące na łatwiznę. Wtedy też ludzie ściągali. Polska normalka szkolna. To ze mną zawsze coś było nie tak. Dla mnie to była kwestia honoru. Nie wyobrażałam sobie, żebym mogła skapitulować przed jakimś intelektualnym zadaniem. Może nie skoczę wzwyż 2 metrów, ale zadanie z fizyki - to pikuś. Trzeba tylko trochę pokombinować. Zawsze wierzyłam, że jak skupię się wystarczająco, to rozwiążę każde zadanie, zrobię każdą pracę. Wierzyłam, że zdolności i umiejętności podlegają rozwojowi, nigdy nie myślałam, że mi się nie uda. Jak czytam w najnowszych publikacjach psychologicznych - to jest właśnie droga wielu ludzi do sukcesu. Czego państwu serdecznie życzę.

Trochę kabalistyki na początek roku czwartek, 18 stycznia 2007

Dwa i siedem to dziewięć. Dziewięć to liczba boska. Zapowiada nam się zatem boski rok, pełen niezwykłych idei i niespodziewanych ingerencji sił metafizycznych w rzeczywistość ziemską. Oby to tylko nie były jakieś komety. Do cudów ludzkość jest już przyzwyczajona, z kometami jeszcze sobie nie radzimy.

Dziewiątka jest symbolem doskonałości (3 x 3, czyli potrójna trójka), symbolem sumy trzech światów: nieba, ziemi i piekła. Będziemy więc mieć niebiańskie marzenia, ziemskie możliwości i piekło na ziemi.Tak podejrzewam. Albowiem sceptyczna dość jestem. Szczególnie w zakresie możliwości osiągnięcia jedności z Bogiem (którymś).

Moglibyśmy spojrzeć na rzeczywistość bez sumowania cyfr z daty 2007. Nadal będzie to dobra wróżba. Dwójka jest jeszcze liczbą niedoskonałą, niespokojną, oznaczającą jednak mnogość możliwości (pierwsza liczba podzielna, przeciwstawna do jedynki), ale już siódemka to bajer i szczęście! To symbol kosmosu, boskości i świętości, doskonałości i równowagi, wieczności i harmonii. Czego wszystkim serdecznie życzę.

Można by zapytać, co te liczby oznaczają dla przyszłości szkoły polskiej i światłego Ministra Edukacji. Co dla szkoły, to bliżej mi nie wiadomo; natomiast dla ministra… Odpowiedź musi być jasna i jedyna: zagładę. On nie mieści się w wymienionych kategoriach, więc owładnięta proroczym duchem wieszczę, że jego dni na urzędzie skończą się w sromocie i poniżeniu. Zostanie skazany na pięć lat ciężkich robót za działanie na szkodę państwa i narodu oraz banicję zaraz potem. Albo równolegle. (Przecież te roboty mógłby wykonywać na Syberii, w krainie z wielowiekową tradycją, he, he.)

Tak, zdecydowanie tak. Jeśli rok 2007 chce zapracować na swoją markę, niech nam przyniesie właśnie to. Tego życzę przede wszystkim sobie.