Czarna rozpacz piątek, 23 lutego 2007

Błogość niemyślenia i nierobienia nic przerwał mi oczywiście kolejny “szok rzeczywistości”. W portalu internetowym, a dzień później w gazetach całej Polski czytamy, że znów w szkole wrze. Uczniowie wrocławskiego gimnazjum nakręcili i umieścili w sieci kolejny przerażający filmik. Pozwolę sobie przytoczyć opis zdarzenia, bo własnych słów mi brak:
“Krótki film zaczyna się ujęciem, na którym 14-latka wymiotuje. Później uprawia seks ze starszym chłopakiem. Na koniec, w tle, słychać trzy razy powtórzone słowo “k…”. Wyświetlają się podpisy: imię i nazwisko uczennicy, klasa i szkoła, do której chodzi. Filmik ma tytuł “The story about a Kurwa” i na internetowym serwisie Google - video znalazł się w poniedziałek wieczorem. Nie wiadomo, kto go tam umieścił, ale informacja błyskawicznie rozeszła się wśród uczniów.”
Wiadomo natomiast, co następuje dalej: link do strony z filmem w ciągu jednego popołudnia zna cała szkoła i wszyscy znajomi. Następnego dnia dziewczyna z filmu jest obiektem ubawu całej szkoły. Smutne, typowe, częste ostatnio i coraz mniej dziwne. Dlaczego więc się tym zajmuję? Czy mam zamiar grzmieć, że nieładnie, że skandal, powtarzając za innymi mediami: co teraz będzie z “dziewczynką”?

Mam zamiar, oczywiście. Ale nie tylko o to mi idzie. Zjawisko grupowej agresji, potrzeba kanalizowania frustracji na jednym, najsłabszym osobniku w grupie, to zjawisko znane psychologii czy socjologii nie od dziś. Myślę, że taką funkcję pełnił od starożytności błazen: śmieszny z natury, ułomny jednocześnie fizycznie i umysłowo, szaleniec, głupiec podpierający się kijem. Instytucja błazna, ewoluując w dworskiego trefnisia, karła-zabawkę czy wreszcie w cyrkowego lub estradowego komika, dostarczała ludziom uciechy, pomimo panującej dżumy, strachu przed wojną czy lęku o przyszłość z powodu kolejnej powodzi. Człowiek potrzebuje takiej kanalizacji lęków, dlatego sięga dziś po głupawe lub rubaszne komedie, niewybredne dowcipy (o blondynkach lub policjantach np.) - a w dobie internetu i Big Brothera - po podglądactwo. Interesujące więc dla psychologa byłoby pytanie, jakie to lęki koją owi gimnazjaliści w tak przerażającej formie. Socjolog dodałby, że błazen pomimo wszystko cieszył się nietykalnością w swojej grupie, nikt nie próbował zadręczyć go na śmierć, a nawet przeciwnie - miał on pewne przywileje. Ja jednak nie jestem psychologiem, lecz pedagogiem. Interesuje mnie, co robiła owa 14-latka w nocy sama na alkoholowej “imprezie”? W jakim stanie dotarła do domu? Gdzie byli jej rodzice? Czy ona sama nie miała świadomości nazajutrz, że została de facto zgwałcona? Co z tym zrobiła? Jaki jest poziom jej edukacji seksualnej i w ogóle samoświadomości?

Jasne, że nie chcę “dokładać” ofierze tego obrzydliwego dowcipu (rozumiem, że ktoś, kto to nagrywał, uważał wszystko za dobry dowcip.) Nie chcę stawać po stronie moralnego świata i mówić “sama się prosiła”. Mam tylko jedno małe pytanie: Czy odrobina rozumu w głowie i wyobraźni to by komuś zaszkodziła?

Pozostaję z nadzieją, że sprawców “zdarzenia” dosięgną służby prokuratorskie (współżycie z nieletnią to przestępstwo!) i internetowe. Nie może być bowiem tak, że rozwój technologiczny posłuży właściwie tylko zwyrodnialcom, żeby mogli się lepiej bawić. Anonimowość w sieci jest zapewne przyczyną kolosalnej popularności internetu, ale wygoda nie może zastąpić ludzkiego poczucia odpowiedzialnośći (za siebie i innych). Nawet stado wilków przestrzega pewnych reguł. Czy jesteśmy gorsi niż stado?

Czarna dziura czwartek, 22 lutego 2007

Właśnie siedzę sobie w domu na zwolnieniu lekarskim i odpowiadam sobie na pytanie, co robią dzieciaki, jak ich nie ma w szkole. Otóż właśnie. Jestem sama przykładem tego, że nic nie robią. Ale jak tu cokolwiek robić, kiedy z nosa leci, gardło i zatoki bolą, oczy łzawią i najchętniej człowiek śpi. W dzień i w nocy. Coś tam “człowiek” poczyta, trochę “poklika”, coś sprawdzi, obiad ugotuje i dzień przeleci. Jak tu w takim “czasie chorobowym” uzupełniać lekcje, nadtrabiać zaległości lekturowe i pamiętać o zadanej na pojutrze pracy domowej z woku albo z angielskiego? Na razie to ja się skupiam na tym, żeby pamiętać, że w poniedziałek mam wrócić do szkoły. Mam wrażenie, że wpadłam w jakąś czarną dziurę, która wysysa ze mnie całą energię. Ciekawe, co jest po tej drugiej stronie wszechświata? A jak by tak zatracić się w tym nicnierobieniu i to sprawdzić?

Mundurki - reaktywacja piątek, 16 lutego 2007

Kontynuacja szaleństwa mundurkowego. Minister “nie nakazuje, ale będzie się przyglądał, jak dyrektorzy wdrażają jego zalecenie”. To skandal przekraczający moje wyobrażenie o choćby pozorach normalności w naszym kraju. Minister rządu posługuje się szantażem, wykorzystując do jego rozpropagowania wolne media. Jakiś dyrektor w powiatowej szkółce w Zadupiu Wielkim mógłby ewentualnie tej wypowiedzi ministra nie słyszeć, no, ale skoro podały media - to święte. Więc dyrektor mundurki wdroży, ze strachu przed szantażem. Bo celem szantażu jest właśnie wywołanie strachu i zachowań konformistycznych. Uważam, że właśnie środowisko szkolne jest skażone konformizmem straszliwie. Dziwi mnie to o tyle, że przecież jest to środowisko inteligenckie, wykształcone i dość pewne swego (nauczyciele podobno są np. okropnymi pacjentami, strasznie chcą wszystko wiedzieć i dyskutują na temat opcji leczenia). Skąd więc ów konformizm?Czyżby z lęku o posadę, byle jaką, ale zawsze?

Łatwo mi sobie podkpiwać z ludzi martwiących się o jutro, kiedy sama takiego lęku nie odczuwam. Czyżbym chorowała na brak wyobraźni? Skoro można odwołać bez powodu dyrektora OKE, to można i zwykłego nauczyciela?

Miałam jednak po raz ostatni poruszyć temat mundurków, nurtujący mnie albowiem od dawna. Zastanawia mnie, kiedy różni rozsądni ludzie w telewizji, nagabywani w wyżej wymienionej sprawie, odpowiadają: “Czy ja wiem? W zasadzie nie mam nic przeciwko. Jeśli minister zaleci, to ubiorę dziecko w mundurek” !!!!!!!!!!

Ludzie, ratunku! Czy leci z nami ktokolwiek rozsądny? Czy wszyscy rodzice tego kraju są na tyle niewydolni wychowawczo, żeby poruczali swoje pacholęta światłej opiece Wielkiego Reformatora? Czy nikt z państwa nie rozumie idei i celów uniformizacji? Wyliczmy zatem miejsca i organizacje, które wymagają jednolitego umundurowania: grupy szturmowe NSDAP, więzienia, obozy koncentracyjne, wojsko, zamknięte ośrodki odwykowe lub resocjalizacyjne, państwo chińskie. Proszę nie podrzucać mi innych przykładów, jak np. harcerstwo, bo mi się wywód zamąci. We wszystkich tych miejscach idea przyświeca jednaka: zdpersonalizować człowieka, podporządkować, uczynić go istotą o ukształtowanej od nowa ideologii i moralności (armii, partii, wychowawców), złamać wolę i niepodległość jednostki, stworzyć ogniwo kolektywu. Mogłaby i szkoła posłużyć się tą metodą, ale to rozwiązanie niesie za sobą ujawnione przez holocaust skutki: przemocy, poniżania, szczucia na siebie więźniów. Metoda jest skuteczna: tworzy istoty wyprane z osobowości, posłuszne, bezwolne. Czy takich obywateli potrzeba w wolnej, demokratycznej Polsce XXI wieku?

Jak mówię: metoda mundurowa jest skuteczna, ale musi być prowadzona pod kontrolą prawną i psychologiczną, w wyjątkowych wypadkach, kiedy zawiodły inne sposoby wychowawcze. W ogromnej większości - skutkuje dobry przykład, szczerość i zaufanie we wzajemnych relacjach wychowawców i wychowanków. Że co, że naiwna jestem? Nie ma złych dzieciaków, tylko bardzo skrzywdzone. (To stwierdzenia nie ma nic wspólnego z naiwnością Gombrowiczowskich belfrów, przekonanych o “niewinności” uczniów. Ja sobie wyobrażam ich “zdemoralizowanie”.) I tej filozofii będę się trzymać.

Zero tolerancji i Freud piątek, 9 lutego 2007

Jakoś dawno już nic nie było słychać o nowych i jeszcze nowszych pomysłach ministra naszego resortu. Dziś natomiast gruchnęło, że od września, a jakże, z pompą i hukiem rusza program Zero tolerancji… i oznacza to szarpnięcie cugli w polskiej szkole.

Brrr, zimno mi się robi, jak pójdę tropem obrazu powyższej metafory. Ludzie to nie mają za grosz wyobraźni, kiedy stosują pewne związki frazeologiczne. Właśnie ujrzałam ministra edukacji, jadącego kurcgalopkiem na kobyle oświaty i szarpiącego ostro za cugle. Chabeta wryła się kopytami w grunt, aż kurz poszedł do nieba. Walcząc o oddech, miotnęła zadem, kopnęła kopytami w tył, a łeb schyliła. Jeździec, tracąc równowagę, przefiknął do przodu, kobylątko natomiast, uwolniwszy się od ciężaru, poszło spokojnie paść się na zielonej łączce. W tym czasie zdezorientowanego nieco ministra, gramolącego się z czworaków, wyminęły wszystkie ekipy z zaprzyjaźnionego Wyścigu Pokoju. 50 lat później kobyłka, znudziwszy się samotnym spacerowaniem, pozwoliła się dosiąść i pogalopowała za innymi.

Obrazek czytelny do bólu. Oświata polska ledwie już zipie. Niedoinwestowanie, tak zwany nabór negatywny (podobno nauczycielami zostają tacy życiowi nieudacznicy, którzy nie załapali się już nigdzie indziej), konkurencja dla szkoły ze strony internetu i rozrywek medialnych, dramatyczny poziom frustracji niedopłaconych nauczycieli - to przyczyny narastającego lawinowo problemu. Jeśli ktoś teraz spróbuje nam szarpnąć cugli, to cały ten system się rozleci. Ja rozumiem, że cugle w zamyśle ministra mają być szarpnięte głównie uczniom, ale … Za długo pracuję już w tym zawodzie, żebym nie mogła wyobrazić sobie scenariusza zdarzeń. Jak zwykle program ministerialny okaże się kolejną próbą papieru. To my, nauczyciele, wyprodukować będziemy musieli tony dokumentów, spawozdań i ankiet ewaluacyjnych. To nam każą ustalić cele, metody i zakres działań dydaktycznych. To my będziemy musieli opracowywać strategie, badać wyniki oraz to wszystko zaprotokołować. (A jakże, w szkole się wszystko protokołuje. Piórem. W dobie techniki cyfrowej!) I nic z tego nie wyniknie. No bo co ma wyniknąć w naszej np. szkole? Rada Rodziców ustali, że nie wchodzimy w interes mundurkowy, a komórki i tak są na cenzurowanym. Więc co się zmieni? Jedno: wysiądzie już zupełnie kopiarka. (Ankietę: Co sądzisz o agresji w szkole? trzeba będzie powielić dla każdej klasy!)

W taki oto sposób odwracamy kota ogonem. Bo przecież zmiany w polskiej szkole są potrzebne. Jednak w środowisku rośnie bierny opór przeciwko zmianom, wprowadzanym przez człowieka pozbawionego moralnego autorytetu. A my - Polacy - w biernym oporze jesteśmy mistrzami.

Jeszcze słówko zatem o Freudzie. Czy zauważyliście, w jaki sposób przyjęła się nazwa ministerialnego programu Zero tolerancji dla przemocy w szkole? Otóż w formie skrótu myślowego. Uwielbiam skróty myślowe, gdyż na dobrą sprawę odwzorowują struktury ludzkiego umysłu. Może właśnie odkrywają utajone manie, lęki lub kompleksy? Zero tolerancji! Nie będzie w ogóle niczego! Ktoś ma jeszcze jakieś wątpliwości co do kierunku, w którym zmierzamy?

My na zielonej trawce, a wszyscy z radosnego Wyścigu Pokoju zmierzają co koń wyskoczy do świątyni wiedzy. Kiedy my tam dotrzemy?

Agresja piątek, 2 lutego 2007

Lenistwa ciąg dalszy. Nawet nie zajrzałam do klasówek. Duch buntowniczy we mnie się obudził i założył związki zawodowe. Od razu dwa. W obronie praw pracowniczych niewolniczo wykorzystywanych duchów wewnętrznych. Ponieważ w głębi serca przyznaję mu rację, musiałam pójść na kompromis i podpisać porozumienie: przez tydzień żadnego sprawdzania.
W międzyczasie oglądam siatkówkę i piłkę ręczną, której zresztą nie lubię. Gdzie szczypiorniakowi do elegancji siatkówki! No ale Polacy grali o finał, musiałam więc z patriotycznego obowiązku pokibicować. I zadumałam się nad męską naturą…. Tak, tak, proszę państwa. Kiedy ogląda się konkursy piękności na wybiegu, rozmyśla się nad tajemnicą piękna ciała kobiety; kiedy ogląda się mecze sportowe, dochodzi się do wniosku, że jak faceci nie otłuką sobie facjaty, to im czegoś w życiu brakuje. Tym bardziej ugruntowałam swoją miłość do siatkówki, jako dyscypliny cywilizowanej, polegającej na inteligencji rozegrania, dynamice zbić, piękna parad w ataku i sprawności w obronie. Siatkówka to dyscyplina polegająca na szybkości i harmonii zarazem. Nawet faceci są jakby foremniejsi, przystojniejsi. Pod siatką też iskrzy, też czasem skaczą sobie do oczu, ale zasada decorum obowiązuje: bez kontaktu z wrogiem, bez przelewu krwi, bez szarpania się i nawet bez agresywnego zaglądania sobie w oczy. Ktoś to mądrze wymyślił. Zostało piękno sportu, jest widowisko, nie ma przemocy. W tym kontekście obyczaj stawiania naprzeciw siebie zawodników przed walką bokserską - wygląda co najmniej groteskowo. Dwaj zwaliści faceci z połamanymi nosami (w szlafrokach zresztą!) patrzą sobie głęboko w oczy i zioną nienawiścią. (Mają się tak napatrzeć, żeby znienawidzieć? Ale to było w komedii Chęcińskiego! Nie w życiu!) Przypomina to szczucie na siebie psów albo podniecanie kogutów przed walką. Ale, niestety, dotyczy przecież ludzi, jakże uprzedmiotowionych, jak poniżonych w tym uprzedmiotowieniu. A wokół rozentuzjazmowany tłum, drący się wniebogłosy, dający swoje przyzwolenie na mord w biały dzień .

Człowiek jest bestią, a instynkt mordu nie tylko tli się w nim pomimo kagańca kultury, ale powiedziałabym, że płonie wielkim płomieniem, tym większym, im ten kaganiec piękniejszy.
Przepraszam piłkarzy ręcznych, bohaterów zaraz naszych narodowych (nawet jeśli nie wygrają z tymi Niemcami w finale), ale właśnie ich dyscyplina, oglądana jedynie przez chwilę i świeżym okiem, skłoniła mnie do tych rozmyślań o agresji.