Odlecieli w siną dal sobota, 28 kwietnia 2007
Odeszli, odpłynęli, pochłonęła ich nieznana przyszłość. Już nie
należą do tego miejsca we wszechświecie na Anstadta 7, szukają sobie innego. Przed nimi kilka miesięcy wyjątkowej swobody, odpoczynku, przedłużonych wakacji … Już im zazdroszczę.
Już nie trzecioklasiści. W tej chwili abiturienci, za chwilę absolwenci, jeśli kiedykolwiek łaskawie sobie o “Dwunastce” przypomną. Szkoła opustoszała, jak gdyby cały hałas czynili właśnie oni. I teraz jest właściwy czas pożegnania. Potem - spotkamy się już tylko bardzo oficjalnie na maturach.
Normalną koleją rzeczy XII LO wypuściło w świat kolejny rocznik. Ani lepszy, ani gorszy od poprzednich, jeśli brać pod uwagę jakieś średnie dydaktyczne czy co. Średnie jeszcze o niczym nie decydują. Kim zostaną nasi uczniowie? Co uczynią ze swoim życiem? Jak przygotowaliśmy ich do tego życia? To, że poradzą sobie na egzaminach - to pewne. Taką wiarę dają nam coroczne doświadczenia. Nasi sobie radzą i już. Ważniejsze dla mnie jednak pytanie wiąże się z ich prywatnym szczęściem, satysfakcją z wyboru kierunku studiów czy drogi zawodowej.
Kochani maturzyści! Powtarzałam wam zawsze: o czym innym marzyłam jako dziecko (medycyna, a jakże! albo fizyka jądrowa), co innego studiowałam (filmoznawstwo), co innego stało się moim zawodem. I niczego nie żałuję! I potrafię cieszyć się pracą, codziennym kontaktem z młodymi ludźmi, rejwachem na przerwach, szalonym tempem pracy, wyznaczanym przez 45-minutowy rytm dzwonka… Radość i zadowolenie odnajdziecie w sobie, nie w świecie, jeśli poczujecie kiedykolwiek, że wasza praca ma jakiś ogólniejszy sens. A przyszłość w dobie technologii cyfrowej…! Jak bardzo chciałabym - ja: dziecko science fiction - być na waszym miejscu! Nowe zawody, nowe wynalazki, nowy styl życia… Ciekawa jestem tej przyszłości, za którą wy bierzecie odpowiedzialność.
Lećcie, orły - sokoły - anioły jasne… Lećcie na świat.
Nieznośna ciężkość bytu sobota, 21 kwietnia 2007
Maturzyści przygotowują się do egzaminu ustnego z języka polskiego, który polega na
prezentacji przygotowanej przez siebie wypowiedzi na określony temat. Nauczyciele przygotowują się do maratonu, który przeżyć można chyba tylko dzięki kondycji długodystansowca. Spójrzmy:
Czy ktoś ma sposób, żeby rozwiązać ten kierat? Zaznaczam, że uważam prezentacje za ważny rodzaj egzaminu i nie należę do zwolenników ich odwołania. Nie narzekam również na rodzaj pracy, którą należy po prostu wykonać i już. Zastanawiam się tylko, czy Państwowa Inspekcja Pracy, MEN i tak zwany zwykły obywatel zdają sobie sprawę z obciążenia i stresu, w jakim pracują nauczyciele egzaminatorzy w tym majowym okresie; czy dyskusje na temat, czy należy nauczycielom zapłacić za egzaminowanie – nie zawstydzają tych, którzy je prowadzą. Oraz: co odpowiedzieliby owi „zwykli obywatele”, gdyby ktoś kazał im pracować w takim systemie.
No to sobie ponarzekałam.
Zdrada, mości panowie! środa, 18 kwietnia 2007
Trzecie klasy na wylocie. Oceny wstawione, klasyfikacja zakończona. Ostatnie dni z klasą, z kolegami i nauczycielami. Czas pożegnań i przygotowań do najważniejszego egzaminu w dotychczasowej karierze: matury, dawniej zwanej egzaminem dojrzałości. Nauczyciele po nocy wypisują świadectwa, arkusze uczniów, uzupełniają dzienniki i statystyki. Zbierają fotografie na świadectwa, drobne opłaty i dziesiątki różnistych dokumentów uzupełniających. Egzaminatorzy wypisują protokoły maturalne, poloniści sprawdzają konspekty i bibliografie. Gorączka powtórek. Ulga i radość z zakończenia jakiegoś etapu w życiu. Strach przed egzaminem.
Nam, belfrom, wydaje się, że dobrze wiemy, co wy czujecie, drodzy maturzyści. Ale czy wy kiedykolwiek zastanawialiście się, co czuje wychowawca, który żegna klasę? Patrzymy nas was z miłością, bo wypięknieliście, wyrośliście, wydorośleliście. Sprawdza się także stara zasada, że dzieci sprawiające kłopoty kocha się najbardziej, bo z nimi wiążą człowieka niewidzialne nici potężnych zależności.
Nie wierzę, żeby taki rodzaj przywiązania był tylko moim udziałem. Może nauczyciele mężczyźni przeżywają to inaczej. My – baby – zawsze będziemy trochę matkować naszym wychowankom. Martwimy się o wasze egzaminy, chciałybyśmy wszystkiego dopilnować i być przy was, żebyście się mniej denerwowali - albo co… Pewno to my denerwujemy się więcej. Przychodzimy więc w tym ostatnim tygodniu pełne niepokojącego wzruszenia, chcemy się pożegnać, dać sto dobrych rad i może jeszcze szaliczek…
No i właśnie. Czekają na nas puste ławki. Nasze rady i troskę możemy sobie w buty wsadzić, dla polepszenia statystyki wzrostu. Młodzież, dla której w ostatnim tygodniu chodziłyśmy na rzęsach, sprawdzając, dla wyciągnięcia oceny, sterty prac oddawanych pół roku po terminie, pozostaje w pieleszach domowych, oglądając teleranek albo co tam innego akurat leci.
Przeżywamy to co roku. I co roku boli tak samo. Jak zdrada.
Fiołsna piątek, 13 kwietnia 2007
No żesz przyszła nareszcie. Zarzuciła trelem ptasząt i świergotem wczesnoporannym, zasłała dywanem seledynowej trawy, roztoczyła paletę barw forsycji i tamaryszków. Wiosna w sensie. Fiołsna. I wszyscy powariowali na raz-dwa-trzy. Ja wiem: to kwestia światła. Ostre wiosenne słońce - znaczy - czyni ludzkość zafiołsnowaną na amen. No bo spójrzmy na obrazy rzeczonego fioła:
- Budzi się ludzkość godzinę wcześniej (czas letni) i jakoś żyje, nawet ta część ludzkości, która zwykle przysypia na pierwszej lekcji.
- Okna ludzkość otwiera, a działanie to symboliczne jest, więc i serca otwierają się na oścież.
- Ludzkość rozpoczyna nagle miłość bliźniego, no może nie każdego bliźniego, ale na pewno jakiegoś jednego.
- W kolejce samochodów na Jaracza ludzkość życzliwie wpuszcza oczekujące samochody z podporządkowanej chcące wjechać, no wpuszcza.
- Ta wpuszczona do kolejki ludzkość miga dziękczynnie światłami!
To niesłychane wszystko jest! Prawda, że objaw fioła?
Prawda, że nie lubię Miłosza? Mówiłam, wszyscy wiedzą. A tu na wiosnę odgrzebał mi się (sam, jak bum cyk cyk) jeden prawie jedyny jego wiersz, który lubię.
O, szczęście! widzieć irys
Kolor indygo jak kiedyś suknia Eli
i delikatny zapach, jak zapach jej skóry
O, jaki bełkot żeby opisać irys,
który kwitł, kiedy nie było żadnej Eli
i żadnych naszych królestw
i żadnych krajów.
I co wy na to?
