Uwaga! Nie czytać. poniedziałek, 30 lipca 2007

wodatransform.jpg 

Piasek w klepsydrze czasu
przesypane ziarno
biały pył
Popełniam błędy aby go zatrzymać…

Demony nadstawiają uszu

Woda nieuchwytne srebro
świetlista smuga wspomnień
między palcami bezpowrotna
płynie Zanurzam w niej dłonie

Demony się cieszą.

Kupka popiołów na stosiku marzeń
w popiele ślady donikąd
strużka krwi z niczyjego serca
Ciągle rani

Demony  pojękują z rozkoszy.

Egzaminacyjna niewiadoma poniedziałek, 23 lipca 2007

Niby wiemy, że jesteśmy świetni. Niby wszyscy nam powtarzają, że się dostaniemy. Kończyliśmy dobrą szkołę, matma i fizyka na wysokim poziomie (o polskim nie wspominając, bo to się rozumie samo przez się:)). A jednak spać przed dzisiejszym ogłoszeniem wyników nie bardzo mogliśmy. Prawda?los.jpg

Bo egzaminy to czasem zwyczajny fart, czasem przypadek. Poza tym spotykamy samych najlepszych z różnych szkół, czasem z różnych miast. Czy będzie wśród tych najlepszych miejsce dla nas?

Niepewność w takiej sytuacji to oczywiście rzecz oczywista. Poza tym boimy się zapeszyć. Nie wolno być zbyt pewnym siebie, żeby nas los (???) nie pokarał…

Drodzy moi, kochani, absolwenci! Oczywiście, że bycie studentem wymarzonego kierunku to wielka sprawa. Macie wielkie marzenia i plany na przyszłość, które, według was, zrealizują się tylko wtedy, jeśli się dostaniecie tu czy tam. Ale czy na pewno tylko wtedy? Czy lepiej dostać się na architekturę lub medycynę i pilnie studiować przez 5-6 lat w mieście Łodzi, czy też może lepiej nie dostać się i wyjechać np. na misję do Afryki, uczyć murzyńskie dzieci angielskiego i mycia rąk, rozdawać ulotki na temat higieny i szczepionek i uratować kilka murzyńskich istnień?

To jest notka dla tych, którzy, być może, nie dostaną się na studia. Świat nie kończy się w tym momencie. Świat się dopiero zaczyna, ze studiami czy bez.

Gratulując serdecznie szczęśliwcom przypominam, że nie jest ważne to, czy studiowaliśmy, lecz to, jakimi ludźmi jesteśmy.

A może wszyscy podzielicie się ze mną planami na przyszłość?

Trzy zero dla premiera czwartek, 19 lipca 2007

Po dzisiejszej konferencji prasowej zakładam fanklub premiera Jarosława Kaczyńskiego! Serio! Żadnej ironii.kaczka.jpg

Na konferencji pan premier, w doskonałym humorze będąc, żartami z rękawa sypiąc, z dystansem do głupoty tego świata - z pełnym luzem i jakby mimochodem - zaznaczył, że właśnie ma zamiar wydać własne “rozporządzenie zmieniające rozporządzenie ministra edukacji” w sprawie nowego kanonu lektur. Sytuacja już sama w sobie na tyle komiczna, żeby kucać ze śmiechu, no ale nie wiem, czy to właśnie ona rozbawiła pana premiera. W każdym razie do kucania się nie posunął.

Dziennikarz zagaił:
-Na wstępie chciałem podziękować, że nie będzie w lekturach tego pisarza z PRON-u, który tyle napisał…
-Skąd pan wie, o kogo mi chodziło? Może o Kraszewskiego, on też wiele napisał - wpadł mu w słowo premier.
-No…, nie…, mam nadzieję, że Kraszewski zostanie. Bardzo lubię jego bajki.
-To Krasicki pisał bajki, ale wszystko jedno. - premier był wspaniałomyślny i nieczepliwy.

Po chwili, po ogólnikowych wyjaśnieniach premiera na temat pozostawienia Gombrowicza i innych klasyków w kanonie, dziennikarz nie dawał za wygraną (nie wiem - ten sam albo inny, który przyszedł mu z pomocą) :
- Ale Kraszewski napisał Starą baśń !
- No tak, ale to jest powieść, nie bajka - ze stoickim spokojem odparł premier. - Lepiej pan zna literaturę wspołczesną niż XVIII i XIX wieku - dał szansę dziennikarzowi na zachowanie twarzy.

Premier jest człowiekem oczytanym: odróżnia teksty Ignacego Krasickiego - biskupa i poety czasów stanisławowskich, od utworów Józefa Ignacego Kraszewskiego - autora niezliczonych powieści historycznych XIX wieku. Pewno zatem i z Zygmuntem Krasińskim, poetą i dramatopisarzem romantyzmu, nie miałby kłopotu. Nie myli nazwisk, zna konteksty historyczne, ba! odróżnia powieść od baśni i baśń od bajki! Tym ostatnim podbił moje serce! Nie wiem, na jak długo, ale na razie - jestem zdobyta.

W trakcie jednej rundy premier zdobył zatem trzy trafienia w trzech pojedynkach: z dziennikarzem, z ministrem edukacji, no i ewentualnie ze mną. To ostatecznie on tu rządzi, no nie?

P.S. A co zrobić z głupkiem dziennikarzem? Czy do konferencji prasowej nie powinien się taki “erudyta” przygotować? A jak nie czytał lektur? Jak wam mawiałam, głupota zawsze sama się skompromituje.

Urodziny czwartek, 19 lipca 2007

Przychodzi taki moment na człowieka, że kolejny dzień urodzin nie przysparza radości. Zaczyna się ten moment jakoś tak koło 25 roku życia i nie opuszcza istoty ludzkiej do końca.

Oto mój bilans urodzinowy:

  • jeden mąż
  • jedna córka
  • jeden kot
  • jeden pies
  • jeden dom
  • szczypta rozumu
  • dwie tony obowiązków
  • cztery demony (osobiste)
  • 10 kg nadwagi

Szczytowym osiągnięciem moich dziesięciodniowych medytacji okolicznościowych było dojście do wniosku, że powyższe uzyski życiowe otrzymałam od losu w pakiecie. To znaczy, że tego szamponu nie kupię bez tego woreczka na lody.

Zatem może i mogłabym mieć nieco więcej rozumu, albo też mniej nadwagi, ale wtedy co innego wypadłoby z pakietu. Na przykład pies. Nie oddam psa! Wychodzi na to, że mam pokochać swoją nadwagę?!

kora3.jpg

Perspektywa transcendentna piątek, 6 lipca 2007

Kiedy czuję się najbardziej człowiekiem? Otóż wtedy, gdy uniosę wzrok ku chmurom. Spektakl, który rozgrywa się na niebie, przywodzi mi na myśl w ogóle pięknplaneta.jpgo naszej planety. Skoro myślę o planecie, to siebie zaczynam traktować jako przedstawiciela gatunku człowiek.  Innym momentem osiągania takiego transcendentnego dystansu do spraw jednostkowych jest chwila, kiedy po zmroku patrzę na łunę, rozciągającą się nad nocnym miastem. Człowiek potrafi rozświetlić  mrok, wydzierać tajemnice naturze, walczyć z klimatem, żyć pod wodą i na pustyni a nawet w kosmosie.

 Czy przetrwamy zbliżające się kłopoty klimatyczne? Czy zapewnimy wodę Afryce, uratujemy tonącą Holandię?  Czy żądza politycznych odwetów i pragnienie posiadania staną się ważniejsze od solidarności, dzięki której jesteśmy w stanie zbawić świat, czyli w końcu samych siebie?

Czy ludzkość ma świadomość bycia cywilizacją? Czy potrafimy działać w interesie planety, czy też jesteśmy tylko dzikim białkiem, poddanym prawom natury: żądzy krwi, posiadania, władzy?

Czy potężna władza internetu przyczyni się do zwiększenia wolności człowieka na świecie, czy też stanie się drogą do kolejnego zniewolenia? Czy wolna informacja w sieci to dobro, z którego skorzysta każdy przedstawiciel gatunku, czy może wykształci się nowa warstwa uprzywilejowanych, nowa elita, która zdominuje pozostałych, dając początek nowej strukturze społecznej?

No popatrzcie, jak się zadumałam… A wszystko przez pewną prezentację, którą dostałam drogą mailową. Oglądając te piękne zdjęcia, zdałam sobie sprawę, że ja właściwie zawsze myślę o Ziemi jako o planecie. Inaczej nie potrafię, bo od dzieciństwa podróżowałam po gwiazdach (z Lemem, ale nie tylko).  Raz w życiu zobaczyć w taki sposób Ziemię na własne oczy… Może się spełni; przyszłość jest przecież na wyciągnięcie ręki! Co jeszcze, poza podróżami chociażby w granicach naszego Układu Słonecznego, może uczynić ludzkość w przeciągu najbliższych 50 lat?  Dokąd zmierzasz, Ziemio? piekna-niebieska-planeta.pps

Start: wymyślajcie!

Sztuka na smutki niedziela, 1 lipca 2007

produkcja:          Irlandia , Wielka Brytania 

data premiery:    2005-09-03 (świat), 2006-10-27 (Polska)

reżyseria:            Neil Jordan

scenariusz:          Neil Jordan na podstawie: powieści Pata McCabe’a

zdjęcia:                Declan Quinn

muzyka:              Anna Jordan

grają m.in.:         Cillian Murphy (jako Patrick “Kitten” Brady) i Liam Neeson (jako ojciec Bernard)

Myślałam, że wakacje będą czasem samotności i nudy, a tu proszę: na samym wstępie przeżyłam pewien film… no bo nie mogę powiedzieć, że go obejrzałam. To znaczy oczy też były zaangażowane, ale to był film do słuchania sercem.

Śniadanie na Plutonie ma odjazdowy tytuł i cały jest odjazdowy. To irlandzka produkcja, więc nie ma hollywoodzkiego sznytu ani kiczu. Zamiast spektakularnego rozmachu zdjęć sensacyjnych jest ciekawa filmowa narracja w muzycznym rytmie. Czuje się więc esencję kina: opowiadanie historii, w kontrapunkcie obrazu i dźwięku, przez migawkowe obrazy z życia. A życie to jest udziałem pewnego młodego chłopaka. A może nie chłopaka? Najpierw wydaje nam się banalnie nieznośny jako dzieciak, potem zabawnie pajacujący jako nastolatek, a potem – potem robi się poruszająco i dramatycznie.

Bo Patrick Brady to istota krucha i delikatna, głęboko skrzywdzona patrick.jpgi przeżywająca swoje porzucenie w dzieciństwie. Matko, dlaczego ja tak osobiście odbieram takie filmy?!

Patrick nie znosi swojej przybranej matki, nie czuje się dobrze w swojej skórze, pragnie matki prawdziwej a utraconej i w hołdzie dla niej, z miłości do niej – poszukuje w sobie kobiecości. Tak jakby odnalezienie jej – właśnie w sobie – było jedynym sposobem na odzyskanie tej, która podrzuciła go pod drzwi kościoła

To jest film o inności i cierpieniu, o poszukiwaniu miłości i o rozpaczy, o potwornej samotności człowieka nieco innego od wszystkich, a który przecież też potrzebuje miłości, bliskości, zrozumienia. Na ten jednostkowy, prywatny dramat nakłada się atmosfera irlandzkiej katolickiej prowincji i piekło politycznej nienawiści. Oglądając film, zdałam sobie sprawę, jak naprawdę mało wiemy o sąsiadach z Europy, wcale nie tak odległych, jak potężnym motorem działania jest nienawiść etniczna.

Błazeńska poza daje Patrickowi  jakiś azyl, zapewnia miano dziwaka, zamiast miana zboczeńca czy tchórza. Jednocześnie – trudno nie ulec jego urokowi. Jest łagodny, piękny i delikatny, nie znosi słowa „poważnie” ani polityki czy strzelania. Wszyscy uważają, że urwał się z Księżyca, bo chyba naprawdę się urwał…

Film osadzony jest w realiach lat 70. XX wieku, ale niezbyt konsekwentnie, tak że podczas oglądania nie czuje się historyczności filmu, raczej przeciwnie, odbiera jak rzecz całkiem współczesną. Klimat filmu tworzy jednak muzyka – sztandarowe hity przełomu lat 60. i 70.: „Sugar Baby Love” The Rubbetes, „Breakfast on Pluto” Dona Patridge’a, „Honey” Bobby’ego Goldsboro czy wreszcie moje ukochane „Children of the Revolution” T-Rex. To trochę piosenki o miłości, bo Patricia „Kitten” uwielbia piosenki o miłości, a trochę piosenki o wolności z epoki rock and rolla, bo Patrick tej wolności też poszukuje.

To stary już film (2005), może wkrótce jakąś nocną porą pokaże go telewizja? Obejrzyjcie koniecznie. Chociaż u nas byłby akurat strasznie niepolityczny.