Powakacyjny remanent piątek, 31 sierpnia 2007

Wakacje skończyły się. Nastąpił koniec i kropka. Pierwsza rada pedagogiczna za mną, czyli nowy rok szkolny puka do drzwi. A właściwie już nawet wpakował się do przedpokoju.

Dokonałam bilansu zysków i strat minionych dwóchbilans.jpg miesięcy.

Po stronie zysków:

  • Nauczyłam się znowu czegoś nowego. Przygotowując różne artykuły odwiedziłam milon rewelacyjnych stron www: od antropologii po prawo.
  • Zbudowałam coś, z czego jestem dumna, choć widzę braki tu i ówdzie.
  • Przyleciał do mnie gołąb pocztowy i już został. Mam teraz gołębia i stosy efektów jego przemiany materii. Cóż, mój gołąb - mój problem.
  • Przeczytałam tylko kilka książek; mniej, niż sobie zaplanowałam. Ale każda książka wzbogaca.
  • Odbyłam podróż na wyspę palmową, jak co roku zresztą. Że co, że tylko układając 1000-elementowe puzzle? No trudno, nie można mieć wszystkiego w życiu.
  • Na końcu, choć akurat to najważniejsze: dzięki tej stronce miałam okazję gadać z kochanymi ludźmi, czasem się spierać, czasem odbierać ciepłe słowa, ale zawsze z przekonaniem, że istnieje między nami jakaś więź. Na ogół byli to uczniowie i absolwenci, ale niekoniecznie tylko oni.

Straty:

  • Dwa miesiące. Tylko dwa? Pesteczka.

Kochane dzieciaki oraz wszyscy ci, którzy tu zaglądacie! Dziękuję, że pomogliście mi przetrwać wakacje w Łodzi. Wasze odwiedziny uważam za dowód przyjaźni. A teraz nastąpi przerwa.

Przerwa nie jest ostateczna ani jakoś konkretnie określona. Muszę zastanowić się, co robić dalej w związku z postanowieniem Sądu Najwyższego, uznającego aktualizowane strony internetowe za działalność prasową. To znaczy ja wiem, co zrobić, tylko jeszcze nie wiem, jak.

Czasami obywatele stwierdzają, że prawo ma się nijak do rzeczywistości. Prawem obywateli jest dyskutować o prawie, ulepszać je tak, by nikogo nie krzywdziło a zapewniało ład społeczny. Ale obowiązkiem obywatela jest przestrzegać prawa i pracować na rzecz tego ładu. Zawsze wam to mówiłam, walcząc z wami o porządek w bufecie :) .

Na razie chyba zawieszę aktualizowanie serwisu do czasu, kiedy zgodnie z obowiązującym prawem dokonam w sądzie rejestracji stronki.

 

Wasza redaktorka dziennika. Lub czasopisma :)

Perypetii lekturowych cd. piątek, 24 sierpnia 2007

Hmmm, jak by tu powiedzieć… mamy tego, no, nowszy kanon lektur szkolnych.

Nowy, nowszy, najnowszy - niedługo zabraknie tradycyjnych form stopniowania przymiotnika do nazywania kolejnych pomysłów ministerstwa. W skrócie ewolucja listy lektur przedstawia się następująco:

  • Lektur było dużo (czasy liceum 4-letniego)
  • Zalecono czytać niektóre lektury we fragmentach, nie w całości (po reformie struktury szkolnictwa, liceum 3-letnie, mniej godzin).
  • Zrobiło się zamieszanie, bo większość nauczycieli próbowała nadal realizować lektury po staremu.
  • Ujęto kilka lektur, wprowadzono więcej powieści we fragmentach. Przyszła pierwsza matura, poloniści nauczyli się wyrabiać na zakrętach, nie wywalając się o własny ozór.
  • Przyszedł pan Giertych. Zrobiło się groteskowo. Dołożył Dobraczyńskiego (na pewno), Sienkiewicza (podobno), pisma papieskie i pamiątki o papieżu. Acha, jeszcze Wyznania św. Augustyna i Obronę Sokratesa. No i hit wszech czasów: Noce i dnie Dąbrowskiej. Wyrzucił za to klasyków: Goethego, Dostojewskiego, Kafkę, no i oczywiście tego wstrętnego Gombrowicza.
  • Polska inteligencka zaczęła pomstować. Giertych niewiele sobie z tego robił. Dopisywał co chwila z łaski do kanonu po jednym nazwisku, wreszcie wszyscy wyrzuceni wrócili; inteligenci i obrońcy kultury rozpoczęli natomiast licytację, kogo by tu jeszcze wpisać w grono zasłużonych i godnych uwiecznienia w podręcznikach.
  • Grono zasłużonych pęczniało. Stanowisko wspólne inteligencji: Gombrowicz musi wrócić; Giertych musi odejść.
  • Koalicję szlag trafił, zmieniono ministra edukacji. Nowy minister przyklepał: wracają wyrzuceni pisarze; zostają “dodatki” Giertychowe z wyjątkiem Dobraczyńskiego: pisma papieskie, pamiątki o papieżu, święte wyznania i wspomnienia oraz Sienkiewicz w wersji XL tudzież Dąbrowska. No i dodał coś od siebie, słuchając głosu uaktywnionej inteligencji: a to Konrada Wallenroda, a to Schulza, eliminując również dotychczasowy zapis o czytaniu wielu lektur we fragmentach. Ach, jeszcze słynny Robinson Crusoe - lektura godna każdego licealisty. Tak, tak, do lektur liceum, moi państwo. I jeszcze kilka rzeczy, których mi się już nawet nie chce wymieniać. Gombrowicz do kanonu podstawowego nie wrócił.absurd.jpg

Wnioski?

To nie jest minimum programowe.

Zrobiło się tragicznie. Giertych zwyciężył. Rozłam między rzeczywistością nastoletniego ucznia a wymaganiami szkolnictwa sięgnął absurdu.

Babski bunt poniedziałek, 20 sierpnia 2007

Dzisiaj się zbiesiłam. Powiedziałam światu i rodzinie “Dość tego”, wsiadłam w samochód i pojechałam w siną dal. Zostawiłam rodzinę z rozdziawionymi gębusiami. Mama? Sama? Do miasta? A po co? I co z obiadem?

Zajechałam aż na Pietrynę. Udało mi się znaleźć cudem miejsce na bezpłatnym parkingu, zostawiłam więc samochód i poszłam. Tak, właśnie: wyprowadziłam sama siebie na spacer.

Mam wrażenie, że jestem domowym sprzętem, dajmy na to robotem kuchennym z funkcją prania i mycia podłóg. Nikogo nie interesują moje marzenia, pragnienia czy potrzeby. Rodzina denerwuje się, gdy znów mam migrenę (No co z tym obiadem?), gdy chcę, żeby zabrano mnie do Manufaktury, bo chciałabym coś zobaczyć, albo na obiad do Sphinksa, bo tam jest pycha piwo korzenne. Sama też nie pójdę przecież do kina. To instytucja, do której chadza się w celach towarzyskich. Do pubu? Którego z dwóch, jakie znam? I po co? żeby zawyżać drastycznie średnią wieku? Przecież nie na podryw.

Więc został mi tylko dziki spacer. Nielegalny. Zbuntowany.

Było pięknie. Oglądałam witryny (każdą po kolei!), ludzi, warzywa na straganach ulicznych. Oglądałam nawet śliczne łódzkie kamienice, dla których nastały chyba lepsze czasy. Widziałam młode Turczynki i zakochane pary, łysych facetów i baby starsze ode mnie (naprawdę istnieją!), przymierzyłam z piętnaście różnych ciuchów, kupując tylko trzy z nich (doceńcie za hart ducha). Z mijanych pizzerii dochodziły zapachy oregano, z kawiarenek- kawy, czekolady i wanilii. Świat miał jakieś przesterowane kolory, zbyt jaskrawe, żeby to była rzeczywistość.

Czy ja tam naprawdę byłam? Muszę jutro wrócić, żeby sprawdzić.

Bez nadmiernego optymizmu, bez fanfar i podskoków radości anonsuję, jedynie dla porządku, zmianę na stanowisku Ministra Edukacji.  Bo jak tu się radować, kiedy oświata długo będzie lizać rany zadane jej przez nawiedzonego R.W.Reformatora.  Przypomnę tylko skromnie, że właśnie ten upadek prorokowałam na początku roku (mój pierwszy wpis)

Romana Giertycha zastąpił prof. Ryszard Legutko, bardziej naukowiec niż polityk, jak mówią o nim media. Wierzyć chcę, że przecież “Ryśki to fajne chłopaki”. Jednak są pewne standardy, które zniszczył Roman Wielki i “nic nie będzie już tak jak dawniej”. Mam tylko nadzieję, że przecież gorzej niż  za Giertycha być nie może.

Nowy minister jest konserwatystą (o, matko!), filozofem (strach się bać, co wymyśli), ale też profesorem akademickim. To chyba do czegoś zobowiązuje. Poza tym z reformą i nową maturą zna się od dawna, nie jest dyletantem w sprawach oświaty - no jakoś to będzie. “Po czynach ich poznacie”. Ten konserwatyzm mnie tylko nieco niepokoi. Nieufnie patrzę  na ludzi, którzy żyją według hasła: ”Nasi przodkowie pluli pod wiatr, to i my mamy pluć”.  Ja chcę wizjonera przyszłości, który zasypie przepaść między młodzieżą a oświatą, szkolnictwem,  przepaść, która poszerza się z każdym rokiem bardziej. Mianowanie Giertycha na stanowisko ministra tego ważnego resortu było dowodem, że premier naszego kraju też tej przepaści nie widzi.

Szkoła potrzebuje nowej myśli, nowej idei, która sprawiłaby, że młodzież w dobie internetu,  cyfrowych mediów, globalizacji, wolnego przepływu towarów, ludzi, usług i technologii - zechce jeszcze siedzieć kilka godzin dziennie w jakichś zapyziałych salach lekcyjnych, budować nieaktualne modele atomowe, słuchać o siódmym powstaniu Spartakusa albo tłuc na pamięć strukturę kabaretowych parlamentów.

Konserwatysta wizjonerem przyszłości? No way, jak mawiali starożytni Amerykanie.

Na zawsze sobota, 11 sierpnia 2007

Żartujemy. Bawimy się. Kochamy. Kłócimy. Wściekamy na polityków. Prowadzimy prywatne wojenki. Dzwonimy do przyjaciół. Uczymy. Zdajemy egzaminy lub je oblewamy….

A obok nas przechodzi anioł śmierci. Czasem tylko muśnie skrzydłem, częściej jednak nie daje ostrzeżeń. Nie można mu pokazać figi, bo to nie jest anioł krotochwilny.

Wróciłam z pogrzebu. Płaczę i jestem smutna. Olga powiedziała:

- Pani profesor, to nie tak miało być!

Bo to nie tak miało być. Miał marzenia i plany, miał życie przed sobą. Miał 26 lat.

swieczka.jpg

Fotografia identyfikacyjna sobota, 4 sierpnia 2007

Ja jestem oczywiście ciągle młoda, ale mój dowód osobisty zestarzał się na tyle, że muszę mu zrobić kompletną restaurację. A raczej wymienić na nowy. Do kwestionariusza osobowego, składanego w Urzędzie Miasta, muszę dołączyć dwie fotografie, ujęte z lewego półprofilu, z odsłoniętym uchem. Więc poszłam do fotografa.

Dawniej wizyta u fotografa wywoływała we mnie panikę. Wiadomo było, że zostanę na tym kawałku kartonika odstawiona tak, że mnie rodzona matka nie pozna. Odbiór fotografii po tygodniu dostarczał adrenaliny lepszej, niż skok na bungie albo pranie kolorów w pralce automatycznej: nigdy nie wiadomo było, jak to się skończy.fotografia.jpg

Więc poszłam do fotografa z lękiem.
Na miejscu starsza pani, niepokojąco podobna do czarownicy, zaskoczyła mnie propozycją wejścia do łazienki i poprawienia makijażu (jak gdybym nie strawiła całego przedpołudnia na charakteryzacji). Na miejscu był zakładowy puder i kredka do warg, którymi wzgardziłam (miałam własne, a jakże), natomiast po mnie właścicielka zakładu poprawiała nimi pewnego pryszczatego młodzieńca. Rozmawiała przy tym ze wszystkimi klientami, oczekującymi tymczasem w kolejce, zapraszając ich do wejścia do wnętrza atelier, żeby pogapili się na tych, co akurat podlegają jej czarownym zabiegom. Siadając na fotografowym taborecie zażartowałam:
- Ten drugi profil mam chyba lepszy.
Nad moją głową krzyknęła do syna, krzątającego się w studiu obok:
- Bogdan, obrócisz profile na ‘czternastce’!
Syn wystawił głowę, obciął mnie od stóp do głów i mruknął
- Dobra.
Poczułam, że żaden z moich profili chyba nie był lepszy. Po kilku minutach mogłam na zamontowanym obok monitorze wybrać sobie siebie: uśmiechniętą albo nie, wyszczerzoną, poważną, zezowatą albo cud-miód-jakoś-tam-wyglądam. Włosy oczywiście sterczały nie tak jak trzeba, kołnierzyk pod szyją się przekrzywił, a niedoskonałości urody było, oczywiście, więcej niż w naturze. Musiałam mieć niewyraźną minę, bo czarownica pocieszyła mmnie:
- Nie martw się, lalunia, zaraz syn się tobą zajmie.
- Matko boska! - pomyślałam. - Co też to miałoby oznaczać?

Wiecie oczywiście, co było potem. Pan Bogdan powiększył mi dekolt, ucinając kawałek bluzki, przygładził włosy, przekręcił profil (prawy zamiast lewego), wyrównał niedoskonałości cery… Na ekranie komputera, rzecz jasna. Wyszło nieźle nawet.

W XXI wieku fotografia w dowodzie odobistym to jednak chyba przeżytek. Bo czy w dobie technologii cyfrowej jest ona jeszcze jakąkolwiek drogą do identyfikacji człowieka? Przecież można z nią zrobić wszystko! Chyba niezadługo doczekamy jakiejś rewolucyjnej zmiany w tym zakresie. Co to będzie? Odciski palców? wzór siatkówki? wszczepiane pod skórę chipy? a może genotyp zakodowany zamiast fotografii? I co to oznacza dla człowieka? Zwiększy poczucie bezpieczeństwa czy raczej przekonanie o inwigilacji? Czy będzie jeszcze można roztopić się w tłumie, występować gdziekolwiek incognito, zachować odrobinę anonimowości?