Ene, due, like, fake… Wybory wrześniowe sobota, 29 września 2007

Wrzesień w szkole kończy wypełnianie deklaracji maturalnych. Jest z tym trochę zabawy.

Najpierw trzeba znaleźć w sieci wzór deklaracji, potem wypełnić, w końcu wydrukować. Niektórzy robią to w zupełnie innej kolejności, skutkiem czego wychowawcy zamieniają sie w grafologów i odszyfrowują uczniowskie bazgroły. Umiejętność wpisywania personalnych danych w cztery rubryki przekracza czasem możliwości 18-latków. Trudnością jest także dokładne przepisanie tematu prezentacji, bez wymyślania własnych wariacji. To akurat dowód zdolności twórczych, tkwiących w narodzie. Nie zginiemy.

Można by zapytać, czy prezentacje maturalne mają sens, czy wybór tematów tak wczesny, we wrześniu, czyli de facto po dwóch latach nauki - ma sens. Czy sens jest w ogóle w stawianiu na drodze młodego człowieka do wiedzy i wykształcenia - jakichś progów czyli egzaminów. Już spieszę z ujawnieniem swojego stanowiska: owszem - jest w szaleństwie tym sens i metoda. Każdy, kto napisał samodzielnie jakiś referat na trudny temat, jakąś badawczą pracę magisterską- wie, że jest to doświadczenie intelektualne ważne dla poczucia własnych możliwości, dla podbudowania swojej wartości. Że rozwija, a nie niszczy.

Rektorzy szkół wyższych prześcigają się ostatnio w pomysłach na ujęcie pracy biednym doktorom, którzy “muszą sprawdzać te wszystkie kompilacyjne, niesamodzielne prace magisterskie”. Jak uczyli, tak mają, chciałabym powiedzieć. Zniesienie prac magisterskich czy prezentacji maturalnych to ten sam problem: wyrażenie zgody na to, że wokół panuje nieuczciwość i nieudolność. To tak, jakby odwołać dekalog, ponieważ wszyscy dookoła kradną. Prawda, że głupie? Uczciwość jest wartością samą w sobie. Jeśli mnożymy płatne szkoły wyższe, w których lądują wszyscy ci, którym niezbyt chciało się uczyć, a za to mogą zapłacić za indeks, no to mamy rezultaty. To, oczywiście pewne uproszczenie, ale i pewien trop. Polska należy do tych krajów, w których notuje się dynamiczny wzrost osób z wyższym wykształceniem. Pięknie. Cieszymy się wszyscy. Przyjmijmy tylko do wiadomości mechanizmy, jakie ten dynamizm wywołują. Kasa, interes, jak zwykle. Okazuje się, że na snobistycznym pragnieniu posiadania dyplomu wyższej uczelni - można nieźle zarobić. Czy ktoś wie, ile jest w Łodzi szkół wyższych? Czy wiecie, w jaki sposób zalicza się na tych płatnych kierunkach kolejny rok? Czy istnieje weryfikacja studenckiej wiedzy inna, niż obecność na zajęciach (zresztą też niekoniecznie)?
Oczywiście - znam gorsze snobizmy. Ten ma akurat sporo punktów pozytywnych.

A prezentacje maturalne? Który temat wybrać? Czy lepiej z literatury, czy z języka? A może o sztuce w związku z literaturą? Co to jest ta nieszczęsna bibliografia przedmiotu?

Spokojnie, pozwólcie płynąć sprawom swoim nurtem. czas_plynie.jpgZobaczycie, że teraz, po dokonaniu wyboru - zaczniecie powoli dostrzegać wokół siebie mnóstwo elementów z tym tematem się wiążących. To ma właśnie tak działać. Ani Krakowa, ani prezentacji nie da się zbudować w godzinę. Trzeba o tym trochę pomyśleć, ponosić problem w sobie. Wpaść na kilka genialnych rozwiązań. Doczytać coś, co podsunie nowe wątki. Poznać cudze stanowiska w tej sprawie. Tylko tak “donoszona” praca sprawi, że podczas rozmowy egzaminacyjnej będziecie spokojnie czekać na pytania komisji, że porozmawiacie z nią rzeczowo i elokwentnie i nie zabraknie wam słów, a potem będziecie z siebie dumni.

Obiecuję.

Szkolna wycieczka piątek, 21 września 2007

No tak. Wrzesień się zaczął, czyli kotła część pierwsza.

Dyrekcja nowa życzy sobie pracy tyle samo co dawna, tylko więcej.

Dzieciaki się drą na przerwach tak, że myśli swoich człowiek nie dosłyszy. Wiadomo, przyszło gimnazjum.
Kosze na śmieci okazują się pojemnością swą niewystarczające, zatem droga do pracowni P2 polega na przedzieraniu się przez pokłady geologiczne odpadków wszelakich.

Młodzież rozochocona wakacjami przypomina sobie o statutowym prawie swym do przedsiębrania wycieczek, więc trwa wyścig.

Przy wyścigu wycieczkowym Tour de France to jest mały pikuś . Rzecz rozgrywa się następująco. old_blue_bus.jpg

Klasa dowiaduje się, że ma prawo. Wychowawca dowiaduje się, że z prawa młodzież rezygnować nie zamierza. Ustala więc z rodziną, że porzuci ją na okres trzech dni, niech sobie radzi sama, bo ojczyzna wzywa. Wycieczka z przyszłością narodu w Bieszczady to ostatecznie obowiązek wobec ojczyzny. Wychowawca rozpoczyna wyścig do biur podróży, które w terminie wrześniowym zechciałyby jakieś godziwe warunki znaleźć i zaproponować. A że wszystkie szkoły wyjeżdżają właśnie we wrześniu, no to nie ma lekko. Jeśli jest to wychowawca klasy starszej, wdraża ją do życia w społeczeństwie i każe uczniom po biurach podróży przelecieć samodzielnie.
Młodzież rozpoczyna kaprysznie. Nie tu ani nie tam, innym autokarem (najlepiej trzypiętrowym z wideo), biuro turystyczne zaczyna się na A, więc to niedobrze. Cena za wysoka, a komfort za niski. A w ogóle dlaczego tylko trzy dni? I chyba ktoś żartuje, wzbogacając program wycieczki o jakieś wizyty w muzeum.

Wychowawcy się powoli odechciewa, tym bardziej, że jeśli umówi się przypadkiem wreszcie z uczniami, to nijak nie idzie dogadać się z rodzicami. A przecież rodzice to sponsorzy wycieczki, więc dogadanie się jest jak najbardziej pożądane.

Czas płynie, wrzesień się kończy. Piękna pogoda odchodzi razem z końcem lata, więc zaczynamy przygotowywać młodzież, aby na wycieczkę zabrała narty. Może uda się wyjechać w styczniu.

Ważną częścią wyścigu wycieczkowego jest zapewnienie opieki drugiego albo i trzeciego nauczyciela. Wiadomo, że dyrekcja musi zwolnić na wyjazd kilku pedagogów. W szkole powstaje wtedy luka obsadowa i kłopot z organizowaniem zajęć gotowy. Czasem zatem dyrekcja ma muchy w nosie. (Mam nadzieję, że przypadłość ta obca będzie dyrekcji naszej.)

Nie wszyscy nauczyciele chcą jednak jeździć na wycieczki. Trwa zatem wyścig do tych, którym pojechać się jeszcze chce. Żadna to bowiem atrakcja: tłuc się po Polsce do na ogół znanych już sobie miejsc, wykonywać obowiązki opiekuńcze przez 24 godziny na dobę, zostawić swojemu biegowi sprawy domowe i inne prywatne, a po powrocie nadrabiać zaległości programowe, no bo przecież czas płynie, a matura tuż tuż. Poza tym młodzież rzadko rozumie, że wycieczka nie jest dobrą okazją do demonstrowania zachowań, nazywanych przez mnie “syndromem psa zerwanego z łańcucha”. Wyjazd jest zatem dla nauczycieli stanem ciągłego czuwania, dla młodzieży - czasem włączenia rozumu stadnego, czyli wyłączenia własnego.
Ja mam na razie na stanie dwa wyjazdy wycieczkowe.

O rozwoju wydarzeń będę informowała. Jeśli wrzesień przetrwam.

Przyszło nowe czwartek, 13 września 2007

kasztan.jpgKto z was nie lubił początku roku szkolnego? W obłożonych świeżych zeszytach zawsze pomieszkiwała jakaś nadzieja, że tym razem, w tym roku, to już na pewno chwycimy się ze światem za bary, no i wygramy, rzecz jasna. Przypomina mi się to moje dziecięce, nieuchwytne, ale wyraźne przekonanie, że świat należy do mnie, że samym pępkiem owego świata się jest. Ma ono mocny związek z zapachem jesieni, dywanem liści kasztanowych pod nogami i słodkim ciężarem nieotwartych jeszcze podręczników.  W nich mieszkała tajemnica, która miała być odkryta.

Nowy rok szkolny uważam za otwarty :)  . A co, mogę go sobie otworzyć na własnym blogu, prawda? Nie muszę do tego zapraszać oficjalnych Bardzo Ważnych Osobistości.

Przyszłość narodu przyszła do klas pierwszych.  Klasy pierwsze podejrzanie sympatyczne w tym roku. Jedna jakaś taka zorganizowana, druga ciepła i otwarta - żadnej pozy, udawania Greka ani much w nosie. Żeby nie chwalić dnia przed zachodem, jak mawia  prof. Bartoszek, na razie jeszcze nie wpadam w zachwyt. Poczekam do pierwszego zadania twórczego, które, jak zwykle, postawi biedaków przed abstrakcyjnym tematem. Zobaczymy, jak sobie poradzą.

Klasa druga, jak każda druga co roku, przeżywa swoje trudne dni.  Ostatnio w jakiejś rozmowie stwierdziłam, że gdyby matury były o rok wcześniej, to mielibyśmy zdawalność na poziomie 10%. Serio serio. Musimy przez to razem przejść, jak przez odrę w dzieciństwie, i tyle.

A trzeciaki … We wrześniu zdaję sobie zawsze sprawę, jak bardzo jestem do nich przywiązana. I we wrześniu najbardziej martwi mne rozstanie z nimi. Kiedy dogadujemy się w lot, bez słów rozumiemy swoje myśli, kiedy potrafimy rozwiązywać napięcia między nami w jakiś  cywilizowany sposób - bo oni wreszcie dorośli, a ja już nie muszę niczego im udowadniać - to przychodzi czas rozstania. I smutno mi bardzo. Ale nie przejmuję się za bardzo, bo z doświadczenia już wiem, że do maja zdążą doprowadzić mnie nie raz do rozpaczy, białej gorączki oraz szału bitewnego amen.

Mam również całkiem nowych, nieznanych sobie trzeciaków, którzy są zatem skrzyżowaniem klasy pierwszej z ostatnią.  Trochę muszę spróbować się z nimi na rękę, trochę traktować jak dorosłych, trochę kupić ich sympatii (poczytam im wiersze!) -  oj, nie będzie lekko!

Jeśli zamiast o niebieskich migdałach, odpoczynku albo o czymkolwiek myślę o szkole, znaczy, kurczę, jest wrzesień.

P.S. O nowej dyrekcji nie wypada mówić. Przyszła i to też jest nowe. I na pewno coś zmieni.

P.S. O rejestracji stronki też już nawet nie wypada  mówić. Wszyscy wokół pukają się w głowę. Parlamet się rozwiązał, prawo nie zmieniło.  Media, nagłaśniając sprawę, ukazały absurdalność pewnych przepisów i obnażyły niewydolność systemu stanowienia prawa. Moje praworządne postanowienie zawisło zatem w prawnej próżni. Wniosek od Pawła gotowy, czeka w szufladzie.  Zobaczymy, co zmieni nowy sejm.