Ferie na grzyby? wtorek, 19 lutego 2008

kalendarz3.jpgNo więc mamy nowy pomysł na reorganizację życia oświatowego. Nawet już się coś podejrzanie spokojnie zrobiło i wyglądałam zmian. Ostatecznie były, hm, minister przyzwyczaił nas do wstrząsów, więc co jakiś czas wręcz potrzebuję mocnego akcentu, bo jakaś taka osowiała chodzę.

Tym razem walnęło we Wrocławiu. Stowarzyszenie Dyrektorów Szkół Średnich (notabene nie ma już takiej kategorii, są “szkoły ponadgimnazjalne”) zaproponowało matury w lipcu, skrócenie wakacji, za to dołożenie ferii jesiennych.

No i się zaczęło.

Kochane społeczeństwo zajęło natychmiast stanowisko: Dobrze tak tym darmozjadom, nauczycielom, jasne, że wakacje mają za długie, a bachory niech się uczą dłużej, bo nic tylko przed komputerem siedzą. Wystarczy im wszystkim miesiąc latem, jak każdemu.
Nauczyciele swoje: W życiu nie widzieliśmy na oczy dwóch miesięcy wakacji. Podczas wakacji sprzątamy pracownie, liczymy książki w bibliotece, robimy egzaminy poprawkowe, przygotowujemy pracę na nowy rok szkolny, a przede wszystkim wyjeżdżamy do pracy na jakiś kolonie, żeby zarobić na własny wyjazd. Przecież z nauczycielskiej pensji nie wystarczy na życie, a cóż dopiero na wczasy.

Pracownicy uczelni też się włączają: No my to już w ogóle nie będziemy mieli wakacji, bo przecież cała rekrutacja przeniesie się na sierpień. A w ogóle to nie zdążymy do końca września z ustaleniem list przyjętych, bo na świadectwa trzeba przecież długo czekać.

Dyrektorzy szkół mają mocne argumenty: Organizacja pracy w szkole w maju jest kwadratową fikcją. Połowa nauczycieli obsługuje ustne matury, druga część pracuje w łączonych grupach. Trudno to nazwać prawidłowym procesem dydaktycznym. To działania pozorne, na przeczekanie.

Jak w tragedii - wszyscy mają swoje racje. Jak ich pogodzić?
Moim natomiast zdaniem przeniesienie matur na koniec roku szkolnego nie byłoby złym rozwiązaniem. Wydłużyć rok szkolny maturzystom, skrócić wszystkim (np. połowa czerwca jako koniec roku.) Daje to normalny tryb pracy w maju - dla całej szkoły. Koniec czerwca - matury, początek lipca - sprawdzanie. Jednak pomysł ferii jesiennych uważam za kompletną pomyłkę. Ferie (wakacje) potrzebne są latem, kiedy słońce i woda, i inne rozrywki lata nas nęcą. Z praktyki szkolnej wiem, że najwięcej efektywnych działań robi się właśnie w I semestrze, w tym długim okresie jesiennym, nieprzerywanym żadnymi feriami. Później - właściwie pracujemy tylko w paroksyzmach, z doskoku. W naszym kalendarzu mamy co jakiś czas krótkie przerwy- na złapanie oddechu wystarczy.

A co na ten temat sądzą szanowne “bachory”?

Wspólnota pachnie adrenaliną niedziela, 3 lutego 2008

Dzisiaj byłam na meczu. Normalnie. To znaczy ruszyłam zwłoki sprzed komputera i zawiozłam się do jakiejś hali sportowej. Widziałam fajnie grających w siatkę facetów, słuchałam, jak krewni na trybunach awanturują się z sędzią, czułam wzbierającą w kibicach adrenalinę. Bezcenne.

Na sali było zimno. Zawodnicy rezerwowi marzli w cienkich dresach. Dla trenera jedno plastikowe krzesełko w kolorze przybrudzonej bieli, kompletnie nie na miejscu. Żadnych statystyków z laptopami. Żadnych bębnów i telewizji też żadnej. Tłum reporterów został w TVN-ie.

Na szczęście w trakcie meczu kibiców przybywało. Głównie mężczyźni.

Przypomniały mi się zielone lata i zawody pływackie przy pustych trybunach. No bo kto fascynowałby się zawodami dzieci? Kilkoro rodziców co bardziej zaangażowanych, jakaś koleżanka z klasy – to wszystko. A potem: w razie porażki – gorzkie samotne łzy w szatni, w razie zwycięstwa – równie samotna chwila euforii. Wygrane dają człowiekowi moc gigantów i na chwilę przenoszą w inną, upojną rzeczywistość: taki lot na Marsa. Zwykle jednak porażki bardziej się pamięta. Och, przepraszam, to porażki dają człowiekowi moc gigantów!

A przecież mogłoby być tak pięknie! Nie, nie chcę zakładać klubu cheerleaderek.razem.jpg Marzą mi się jednak międzyszkolne rozgrywki (w cokolwiek), gromadzące całą szkołę, w których kibicujemy sobie wzajemnie. Jedni są dobrzy w nogę, drudzy w chemię. Ale sprawność fizyczna, harmonijny rozwój, zdrowie, jakiś hart ciała – należy się każdemu. Do tego może jakieś poczucie wspólnoty, niekoniecznie rywalizacji, lecz właśnie więzi, charakterystycznej dla ludzi, którzy mają wspólną pasję. Nie bez powodu sporty zespołowe lub sztafety cieszą się popularnością nadzwyczajną w naszym narodzie indywidualistów. Tej metafizycznej wspólnoty poszukujemy, bo nam bez niej źle po prostu.

Amerykański system szkolny oferuje młodzieży znakomitą bazę treningową, kontraktuje nauczycieli-trenerów, którzy przyjeżdżają do koledżów i stają się dla młodych chłopców autorytetami, wzorami. Nasze szkoły oferują dzieciakom na ogół jedną zapyziałą salę gimnastyczną. Albo i nie (tak, tak, aluzja!). Nasi trenerzy – wyjeżdżają do Emiratów Arabskich, żeby na życie godziwie zarobić, bo za nauczycielską pensję siedzieć w obskurnych halach i wdychać zapach syzyfowego potu nikomu się nie chce.

Tak jak mnie nie chce się sprawdzać tych klasówek. Ja chcę jeszcze raz na mecz!

 

PS. Tę notkę dedykuję tym polskim trenerom, którzy jeszcze nie wyjechali do Emiratów, lecz ganiają z wyrośniętymi bądź nie dzieciakami po różnych halach. :)