Nie pozwalam! czwartek, 28 sierpnia 2008

Dzisiaj nie będzie żartobliwie. Dzisiaj nie będzie felietonowo i lekko. Dziś będzie o filarach.

Filary, jak wiadomo, to takie podpory konstrukcyjne, bez których budowla może się zawalić. Potwierdzą to zapewne absolwenci architekci. W budynkach bywają ściany nośne, filary, wsporniki, belki główne i inne takie ustrojstwa, których istnienie jest gwarancją ładu w mikrokosmosie, zwieńczonym jakimś dachem. Być może nowoczesne technologie pozwalają na wyrzucenie filarów?

Notka nie jest o architekturze. Notka jest o języku. Przynajmniej na pierwsze danie.

W dzisiejszej łódzkiej gazecie codziennej na pierwszej stronie pojawił się tytuł:

Czy Dell odda łódzką firmę chińczykom?

(…) “Sunday Times podał, że Dell rozważa sprzedanie łódzkiej fabryki tajwańskiej firmie Foxconn. (…)

Nie mówcie mi, drodzy moi, że korektor zaspał. Albo że niedouczony. No way. Tu chodzi o dowcip językowy, zamknięty w małej literze. Bo wcale nie o Chińczyków.

Nie dyskutuję tu o tym, czy tajwańska firma, o którą chodzi w notce, ewentualny nabywca fabryki Della, zatrudnia Tajwańczyków czy Chińczyków, bo na samym Tajwanie do dziś kwestia odrębności od Chin nie jest sprawą jasną ani zamkniętą, a ja nie zamierzam politykować. Chodzi tu o to, że na pierwszej stronie poczytnej gazety czyjś poroniony geniusz umieścił neologizm semantyczny. Ten ‘chińczyk’ oznacza bowiem jakiegokolwiek skośnookiego mieszkańca Azji, powiedzmy to wyraźnie: ‘żółtka’ po prostu. Ale przecież wszyscy wiedzą, że ‘żółtek’ to słowo obraźliwe, gdyż nacechowane pogardą. I tego nikt nie odważy się zastosować, w obawie przed skandalem międzynarodowym. A ‘chińczyk’ - jakże niewinnie to brzmi! Natomiast w gruncie rzeczy chodzi o to samo: o pogardę.

Nie ma świata bez szacunku do drugiego człowieka, tak jak nie ma domu bez dachu, wspartego na jakichś podporach. Bez tego szacunku są za to wojny, eksterminacje i szowinizmy, czystki etniczne i doktrynerskie ideologie rasy panów.

Więc: protestuję! Krzyczę głośno w obronie poszanowania drugiego człowieka, jakiejkolwiek nie byłby rasy, narodowości czy wyznania. W imię poszanowania jakiejkolwiek odmienności. Przeciwko chamstwu, narodowej pysze, tchnącej nacjonalnym kretynizmem, zaflancowanej na ksenofobii. I przeciw wykorzystywaniu językowych gierek wobec ludzi, którzy ich, być może, nie rozumieją tak oczywiście, tak od razu, jak ja (pani od polskiego).

Proszę Was, którzy tu zaglądacie, o podpisywanie się pod moim protestem lub w ogóle o wypowiadanie w tej sprawie. Mam zamiar wysłać jak najszybciej ten list/wpis do odpowiedniej gazety. Wierzę, że nie jestem sama w tym oburzeniu. Nie musimy godzić się na prymitywizm rzeczywistości. Nie wolno nam nic nie robić. Może protest to nie jest wielka rzecz, ale zawsze coś. I zawsze zależy od skali.

PS: To był “Dziennik Łódzki“.

Faceci w czerni środa, 20 sierpnia 2008

Uwaga, proszę państwa! Nadchodzą faceci w czerni.

Ministerstwo Edukacji Narodowej pracuje intensywnie nad zmianą podstawy programowej kształcenia ogólnego od 2009 roku (szczęśliwie 20 lat mojej pracy zawodowej przypada na reformę oświaty w sensie constans). Oczywiście reforma ma jeden cel główny i kilka pomocniczych. Głównym celem jest zamordowanie polskiej oświaty przez zagłodzenie polskich nauczycieli, ewentualnie wysłanie ich do rzeźni, jak konia Boxera z Folwarku Zwierzęcego Orwella. Celami pomocniczymi jest wysłanie do szkół pięciolatków oraz wprowadzenie do kanonu lektur narodowych światłej prozy dewocyjnej typu: “Wspomnienia o objawieniach w grocie”.

Reformę tę upowszechniać, nagłaśniać, propagować w terenie będą specjalne oddziały przeszkolonych fachowców, zwanych promotorami oświaty.

W konkursie ogłoszonym przez MEN czytamy: “Zadaniem wojewódzkich promotorów będzie profesjonalne przekazanie wszystkim dyrektorom szkół w Polsce wyczerpujących informacji dotyczących założeń podstawy programowej, w celu wsparcia samorządów oraz nauczycieli w przygotowaniach do przeprowadzenia zmiany.”

Ach, więc wszystko jasne. Te specjalne brygady zostają powołane dla zorientowania dyrektorów szkół, którzy w dobie piorunujących przemian w oświacie są zagubieni jak dzieci we mgle.

No, chyba że tak. Bo przecież mnie (nauczyciela) nikt nie musi orientować jakoś specjalnie. Dostanę listę lektur, standardy egzaminacyjne i informację o ilości godzin, w jakich mam się zmieścić. Więcej MEN raczej nie zapewnia, bo przecież nawet kredę i tablice kupujemy z funduszy Rady Rodziców, a za pensję to ja sobie mogę kupić najwyżej waciki chyba.

“Profesjonalne przekazanie. ” Oj, jak ja bym chciała to usłyszeć!

Więc MEN wyszkoli tych promotorów (podobno za jakieś 300 000 zł), ci przyjdą do okręgów, gmin i powiatów, spotkają się z wójtami, burmistrzami i dyrektorami - i będą nieść słowo na chwałę reformy.

Ale to już kiedyś chyba było! Nazywali się tacy komisarzami politycznymi i lekutko się skompromitowali. A może nawet nie tylko oni, ale i idea.

Polska swojska środa, 13 sierpnia 2008

Pojechałam na wakacje i wróciłam, niestety. Ale co odpoczęłam, to moje. Zwiedzałam gdańskie katedry i muzea, obejrzałam Szekspira po angielsku, słuchałam koncertów poezji śpiewanej. Najlepsze gofry zjadłam w Dąbkach, najlepsze kremówki papieskie w maleńkiej kawiarence “Wiedeńskiej” w Sopocie. A naleśniki z owocami - pycha - w Mielnie. Nigdzie nie ma tylu budek z goframi, co w Mielnie. To tyle tytułem sprawozdania z wakacji. Ale do tego - kilka wniosków z podróży.

  • W zdumienie wprawić mogą nazwy mijanych miejscowości. Bobolice, Rypin, Rypałki, Zamarte…Moja wiedza (albo wyobraźnia) jest zbyt uboga, żeby rozpoznać ich etymologię. Ale i tak wygrywa Przechlewo :)
  • Polska jest krajem do bólu przewidywalnym. Na przykład nazwy wsi tworzy się głównie przez zdrobnienia. Jak jest Bolumin, to będzie i Boluminek, jak Zakrzewo, to i Zakrzewko w pobliżu. W każdej dziurze główna ulica to aleja Kościuszki, główny plac to plac Wolności, a jedyny w tej dziurze, jednogwiazdkowy hotel musi się nazywać Europejski. Już Wojciech Młynarski o tym śpiewał :)
  • Najpiękniejsze plaże, w Mielnie czy w Sopocie, są jednocześnie najbrudniejszym plażami. Wszyscy wczasowicze uważają, że pozbywać się śmieci należy przez przysypanie ich piaskiem. Płytkie. Oczywiście, nikt tych plaż nie sprząta, przy okazji.
  • W owych kurortach wszyscy tubylcy stosują się do zasady wyrażonej przez moją przyjaciółkę i towarzyszkę podróży: “Masz frajera, to go duś”. Dotyczy to przede wszystkim cen. Czegokolwiek. A kurorty przypominają po prostu Górniak. Albo Bałucki.
  • Zamiast kojącego szumu morza plaże oferują: skoki na bungee, loty w przestworzach, podskoki na batucie, fikołki w figloraju, wesołe miasteczka i kolejki górskie. Do zawrotu głowy. Trąbki, dzwonki i pierdzionki. Przepraszam, nie mogłam się od tej dosadności językowej powstrzymać.
  • Moda plażowa to występy w przypadkowej bieliźnie. Dotyczy to nawet młodych dziewcząt w snobistycznym kurorcie, niestety.
  • Polacy nie wiedzą, co to są kremy z filtrem ochronnym. Po plażach spacerują tabuny czerwonoskórych Polaków. Za moich czasów był taki przedmiot w liceum: Higiena. Różnych rzeczy tam się uczyliśmy, na przykład o witaminach i hormonach, o gruczołach i prawidłowej diecie. Proponuję powrócić do przedmiotu i dodać zasady zachowania na słońcu.
  • I na koniec: zgadnijcie, jakie napisy zdobią wiatę przystanku autobusowego w Mielnie? Ależ oczywiście: ŁKS Pany i Widzew.

A jakże. Nas tu byli.