Schyłkowa epoka druku niedziela, 14 grudnia 2008

Blog się kurzy… Zajrzałam, a tu pajęczyny po kątach i stronka-chatka szkolnej czarownicy mchem zarosła.
W obliczu wielu szkolnych zawodów skrzydełka mi jakoś ostatnio opadły, pomimo tego, że przecież mówiłam, że nigdy przenigdy nie poddam się.

Trupi jakiś ciąg wieje od północy. Mróz warzy liście drzew i moje serce też zamarza (prawie jak „Kordian”, a jakże). Puste są też serca dzieciaków, brak elementarnej wrażliwości na słowo, na prawdę, na piękno… Boże, co to za archaiczne pojęcia? Skąd ja je wytrzasnęłam?

A przecież zawsze od dzieciaków właśnie brałam życiową energię, optymizm i wolę zmieniania świata. Przeszło mnie czy dzieciakom? Czy to się nazywa wypaleniem zawodowym?

O Matko Przenajświętsza! – Toż to zgroza i choroba jakaś „tfu! na psa urok!”. Ja i wypalenie zawodowe? „Jo mam taki gorąc w sobie”(„Czterej pancerni…”) – proszę! znowu jakiś cytat mi się przyplątał.

Skoro nie ja się zmieniłam, to dzieciaki. „Jeśli nie pan, to ja!” („Rejs”)

No nie! Czy ja już w ogóle nie umiem funkcjonować bez cytatów ze świata kultury? Wszystko jest tekstem (John Barth). Świat jest biblioteką. Ludzie porozumiewają się za pomocą linków. Dzieci stały się pendrive’ami, które wierzą, że w dowolnym momencie napełnią się potrzebną wiedzą. Na przemiał tony woluminów – wpisujemy wiedzę w system cyfrowy. Budujemy bazy danych. Żeby lepiej ściągać? Zapożyczać i cytować. Słowa własnego brak. Koło cywilizacyjne się zamyka - wracamy do jaskiń?

Znajdujemy się w schyłkowej epoce, chociaż na początku tysiąclecia. Schyłkowa epoka druku… (Michael Joyce)

***

Tym bardziej zaskoczyło mnie następujące wydarzenie. Jadę sobie Kopcińskiego, jak zwykle za szybko, a tu nagle jakieś lustro ze znakiem drogowym mówi do mnie słowem objawionym: ZWOLNIJ! Na czerwono mówi! Nie jakieś tam przekreślone kółko czy wyżęty trójkącik, ale SŁOWO!

Z kompletnego zaskoczenia zdjęłam nogę z gazu. I wtedy… Wiecie co się stało? Otóż znak drogowy powiedział do mnie, tym razem na zielono: DZIĘKUJĘ!

No moi państwo! Owszem, byłam zmęczona, wracałam po siedmiu lekcjach nieco nieprzytomna, zdążyłam dopiero co poustawiać na parapecie anioły, a poza tym spałam tylko 3 godziny, co ostatnio zdarza mi się nader często, ale żeby takie zwidy mieć w biały dzień? Następnego dnia pojechałam tą samą trasą, żeby sprawdzić.

Znak drogowy (radar! wpadłam na to za piątym razem) stoi i gada do mnie. A ja – codziennie już tamtędy wracam. Ze wzruszeniem wciskam gaz do dechy na wiadukcie, żeby zwolnić w kluczowym momencie i ujrzeć, jak czerwone Zwolnij! zamienia się na zielone Dziękuję!

Humanizacja ruchu drogowego? Ruch kołowy jako miejsce azylu dla słowa? Albo ostatni przystanek przed szpitalem wariatów – dla pani od polskiego, potrzebnej wszystkim jak piąte koło u wozu (sic!), czekającej na rozwój potrzeb duchowych i miłości do literatury u swoich uczniów.

Zostaje mi zaprzyjaźnić się ze znakiem drogowym.