Rytuał oczyszczenia niedziela, 12 kwietnia 2009

Post w świętym cyklu czasu rytualnego jest okresem ważnym i z sakralnego,  i z psychologicznego punktu widzenia. Jest oczyszczeniem ciała i umysłu, jest przygotowaniem do przyjęcia  czegoś nowego.

W moim życiu nastał zły czas.

Czas głupoty i rzucania kamieni.
Czas rozdzierania szat i rozpaczy.
Czas zgrzytania zębami i złorzeczenia.
Czas porzucenia i utraty.

A to oznacza dwie rzeczy. Że dawniej było pięknie i dobrze, i że kiedyś jeszcze przyjdzie dobre i piękne. Czy tak? Czy dobrze odczytuję mądrościowy sens Świętej Księgi – ja, agnostyczka, niegodna nawet tego, żeby po nią sięgać? Byłby w takim odczytaniu jakiś znak optymistyczny, bo przecież taki jest charakter tej Księgi.

Coraz rzadziej zaglądam na blog, który był okazją do mądrej wymiany poglądów i do intelektualnej bliskości z  kochanymi ludźmi, spotkanymi kiedyś na mojej nauczycielskiej drodze. Wszystko ma swój kres. Miłość i nienawiść, nadzieja  i rozpacz, ambicja i duma. Czy to koniec tego bloga?  Stał się tyle samo powodem do rozwoju, jak i mechanizmem destrukcji.

Na razie sprzątam. Obsesyjnie, fanatycznie, do utraty tchu. Wyrzucam starocie z szuflad, ścieram patynę ze sreber, myję i piorę. Mam jakąś potrzebę oczyszczenia świata, ale nie towarzyszy temu pragnienie wewnętrznej zmiany. Jeszcze nie. I na tym polega cały mój problem. Na razie  skulona w kącie pod prysznicem polewam głowę zimną wodą w rytualnej ablucji, żeby zmienić myśli,  wyrzucić to, co pesymistyczne, co mnie zabija i zniewala. Muszę się znów wyprostować. Przestać rozpaczać. Muszę  wyjść naprzeciw światu i walczyć, czegoś pragnąć, kogoś kochać. Chociaż boję się…

Oczyszczająco działa płacz. Kąpiel w morzu. Spacer na boso w deszczu. Wpatrywanie  się w płomień jak najdłużej nie zamykając powiek (Trātaka – Wpatrywanie). Potrzebuję więc morza, deszczu i płomienia świecy. Wody i ognia. Dwóch żywiołów oczyszczenia.