Angielska eskapada środa, 29 lipca 2009

Człowiek, idąc przez życie, obrasta nie tylko tłuszczem. Robi się więc stworzeniem osiadłym, nieruchomym lub nieruchliwym.  Wokół niego, jak rafy koralowe, narastają fobie i uprzedzenia, wzięte z nabywanych przykrych doświadczeń, nad nim piętrzą się, jak piramidy, groźne opoki  stereotypów, których nie potrafi pokonać. Czasami coś siłą wywleka człowieka z okopów. Jak musi, to nawet przez wodę się rzuci. Do Ameryki albo do tej Polski…

Powyższe zdanie jest zaprzeczeniem, zdaje się, podstawowej tezy Augustyna, świętego zresztą, że człowiek to homo viator. O przyrodzonej naturze wędrowca i zdobywcy traktują tysiące rozpraw i eposów. A ja mówię, że człowiek wędruje, jak musi :).  Że chociaż chciałby, i lubiłby bardzo włóczęgę, to  jednak życie decyduje za niego, spowalnia go w wędrówce.

Co ja o tej wędrówce…? Ach, czytam akurat “Biegunów” Olgi Tokarczuk i tak nadmiar refleksji mi się niechcący wymsknął.  A poza tym wróciłam z Anglii. Melduję Państwu uprzejmie, że veni, vidi, vici. Ale po kolei.

Metoda skojarzeń, doskonale moim uczniom znana: Anglia to król Artur, potem w kolejności królowa Elżbieta :), The Beatles,  grzanki na bekonie, ruch lewostronny i w ogóle wyspiarskie dziwactwo. Angielki są brzydkie, dwór niemodny, muzyka najlepsza. Z drugiej strony Polacy emigrują do Anglii, bo  łatwiej niż w Polsce o pracę, cały czas jest to dla nas synonim bogatego Zachodu. I o tym właśnie, i  o samej podróży  chciałam słów kilka…

Veni

Ludzie dzielą się na tych, którzy lubią podróżować i na tych, którzy tego się boją. A co zrobić z tymi, którzy lubią, ale się boją?

Nie ma piękniejszego widoku z podróży, niż ten z okna samolotu na morze białych chmur. Mojej ostatniej podróży do Grecji towarzyszyły tak dramatyczne okoliczności, że przywiozłam do kraju tylko paniczny lęk przed lataniem. Bałam się więc tego wyjazdu do Anglii. Niepotrzebnie, bo miłe towarzystwo i miłe okoliczności stanowią o tym, jak odbieramy wszystko, co się nam zdarza. Choćby to była katastrofa lotnicza z awaryjnym lądowaniem na pustyni :). Tym razem na nowo dałam się uwieść  podniebnym widokom. Lotniskom i ich paneuropejskiemu stylowi życia. Urodzie hotelików podróżnych, z mikroskopijnymi mydełkami i szamponami gościnnymi oraz puszystymi białymi ręcznikami. Cokolwiek niepokojącemu odczuciu że_ja_nic_nie_rozumiem, za to tonę w cudownym bełkocie obcojęzycznym.  Tak, uwielbiam podróże i aurę nowości, i nieznanego, które roztaczają przed podróżnikiem.

Vidi

Anglię obejrzałam w mikroskopie. To znaczy mały wycinek i z bliska :).  Moje doświadczenie Anglii jest więc tak samo nieprawdziwe, jak stwierdzenia pracownika laboratorium, że zna wygląd pacjenta, któremu badał morfologię krwi. Jednak coś tam zobaczyłam.

  • Kolorowy, wielonarodowościowy stan demograficzny.
  • Hinduską restaurację. Dziękuję, dla mnie zbyt ostre. Zdecydowanie wolę smak i aromat przypraw ziołowych  Prowansji i kręgu śródziemnomorskiego, na przykład.
  • Bulwar transwestytów.  W dzień, bez użytkowników:).  Ot, taka sobie uliczka, na którą nigdy bym nie zwróciła specjalnej uwagi, ale to Polacy pokazywali mi ją z szeptanym komentarzem. Podobno wieczorami zaludnia się kolorowym, tęczowym  tłumem.
  • Prawdziwe pole golfowe na terenach starego koledżu, przerobionego na Ogromneeeee!centrum hotelowo-imprezowe (w którym odbywała się nasza uroczystość weselna). Stanęłam przed tym polem z otwartą z zachwytu buzią. Cudne! Malownicze, urokliwe, zaaranżowane z pietyzmem, gigantyczne, jak na standardy przestrzenne Wysp, z cudownym seledynowym trawnikiem, tyle samo świeżym, co gęstym i dorodnym. U nas taki kolor ma tylko dopiero co wschodzący trawiasty “szczypiorek”. A ten trawnik ma 200 lat!
  • Uroczystość ślubną w kościele metodystów. Polski Kościół powinien wysyłać księży na praktykę. Serio. Chociaż rozumiałam zaledwie pojedyncze słowa, to nie mogłam oderwać się od słuchania charyzmatycznego kapłana. W Polsce na kazaniach  albo się nudzę, albo wściekam. Tamten mówca był showmanem, którego odbiorcy słuchali z uwagą, reagowali śmiechem na dowcipne puenty, który trzymał ich w napięciu, nie tracąc przy tym kapłańskiego szacunku. W Polsce byłam na jednym jedynym ślubie, na którym kapłan mówił takie rzeczy, że nie mogłam powstrzymać wzruszenia. (Ach, Artur, gdzie jesteś? Jak Ci się teraz wiedzie?)
  • Manchester. Mogłabym tam mieszkać, bo to miasto musi mieć jakiś łódzki charakter. Albo odwrotnie, (że to Łódź ma manchesterski), co za różnica jednak. Tylko łodzianie zrozumieją urok kamienic z cegły :)
  • Wielkie centrum handlowe, którego nazwy już nie pamiętam, w stylu neokolonialnym, z prawdziwymi  palmami, wysokimi kolumnami, złoceniami i sztucznymi słoniami. Oj, mają swoje kompleksy i resentymenty ci Anglicy, mają! A my - od kiedy mamy Manu - już nie musimy mieć żadnych. :)

Vici

Hmmm… O pokonaniu lęku przed lataniem już pisałam i to jest bardzo ważne. Doskwierał mi ten lęk i blokował nawet marzenia o dalekich podróżach. A teraz - proszę bardzo - mogę marzyć do woli :).  Ważne jednak spostrzeżenia “angielskie” dotyczą raczej naszego postrzegania Zachodu.

Otóż bo każda podróż to spotkanie ze stereotypem miejsca, który nosimy w sobie. No i ten stereotyp angielski okazał się maciupeńki, maciupenieczki, taki ot, domek dla lalek. :)

Proszę państwa, Anglicy to krasnoludki! Mieszkają w domkach dla lalek.

Owszem, istnieją miejsca splendid, ale większość to wersja providente. Prawdziwą zabawę miał mój mąż, swoim fachowym okiem oglądając sposób wykończenia stolarki drzwiowej, okiennej, rynien, dachów, kanalizacji i w ogóle wszelkiego budownictwa. Biedaczysko musiał wchodzić po  schodkach na pięterko bokiem, bo schodki były takie wąskie. Uprzejmość gościa i takt podróżnika nakazywały mu tylko pokiwać głową w zadumie.  Ci, co go znają, wiedzą, że Anglicy mają u niego przechlapane. :)

Królowej angielskiej, na szczęście, nie widziałam. Na szczęście dla niej, oczywiście. Może też okazałaby się mikroskopijna?

Z pozytywnych zaskoczeń - jedno: spotkaliśmy tam  Polaków, którzy chociaż jeszcze do Polski wracać nie chcą, ale do polskości się przyznają,  którzy z polskości są dumni. Młodzi, piękni, zdolni, odważni. Dusze towarzystwa. Czy muszę mówić, że polski stolik na weselu był najmilszym miejscem? Pozdrawiam ich wszystkich serdecznie. Może jeszcze kiedyś się spotkamy?

A Państwu życzę - podróży. Wróciłam znowu bogatsza.

Barwy wojenne poniedziałek, 6 lipca 2009

Lato przyszło dość nieoczekiwanie. Zupełnie jak zima zaskakuje zimą drogowców, tak mnie  zaskoczyły i zdumiały, doprawdy, wakacje. Jak to tak? Że niby spać można do południa, grać w Wiedźmina do czwartej rano, albo i dłużej, nie sprawdzać żadnych zeszytów ani klasówek, ani w ogóle nie musieć nic? Móc wyjechać na wczasy (na które zwykle rezerwuje się pokoje około lutego) z biletem zielonym w ręce? Na wszelki wypadek nie uwierzyłam (bo czy ja wyglądam na naiwną?), okopałam się na pozycjach gotowości do działań bojowych i …  zostało mi to wynagrodzone :). Wakacji albowiem jeszcze na dobre nie zaczęłam. Przyjmuję gości, sprzątam, gotuję, jakieś prace zlecone, teraz błyskawiczny wyjazd do Anglii, jak by to powiedział hobbit: tam i z powrotem zaledwie, a obiecanego duuuuużo wolnego czasu - jakoś nie widać. Ilość zajęć, która spadła mi na głowę, spowodowała niemożność zaczerpnięcia bezpośrednich informacji od maturzystów na temat wrażeń po ogłoszeniu wyników. Nikt z tego powodu nie ucierpiał. Informacje o wynikach  nabyłam zatem z pewnym opóźnieniem. I mam pewne konkluzje na ten temat, potwierdzone przez obserwacje kilkuletnie:

  1. Nowa forma matury spłaszcza wykres wyników procentowych. Wszyscy w klasie, i ci piątkowi, i ci dwójkowi, zdają na porównywalnym poziomie, różniąc się jakoś w granicach 20 % najwyżej.  Co jest absolutnie nieprawdopodobne.
  2. Tracą na tym, niestety, ci piątkowi. A ja nie miałabym nic przeciwko temu, żeby wszyscy zdawali na 90 - 100%.
  3. Dziewczęta zdają maturę zawsze gorzej od chłopców. Mówię o szacunkowym stosunku nakładu pracy do uzyskanych wyników.

I jest mi  z tym od kilku lat bardzo niewygodnie. Pocieszam się myślą, że nie ma błędu w systemie, tylko że tkwi on w ludziach. Że przeszacowałam może niektórych. Że egzaminator też człowiek i omylny…. Krótko rzecz ujmując: że może nie uczę tak beznadziejnie, jak wynika ze statystyk. Bo statystyki uczonych przeze mnie klas mnie nie rozpieszczają. Tak oto udowodniona zostaje teza, że im lepiej, tym gorzej. Im bardziej ja się staram, tym mniej starania wkładają moi uczniowie. Mają poczucie bezpieczeństwa, wiedzą, że nic złego nie może im się przytrafić, więc … uczą się matematyki. Jak ja bym chciała zobaczyć z polskiego wynik 100 %! Ogłaszam publicznie, że ufunduję specjalną nagrodę dla śmiałka, który szarpnie taki wynik w przyszłym roku. Wiem, wiem, dla was ważniejsza jest matma, bo otwiera drogę na studia. Polskim nikt sobie nie zawraca głowy. Tak  tylko spowiadam się wam z frustracji pani od polskiego w “Dwunastce”.

Zamiast marudzenia, wnioski na przyszłość:

  1. Mniej się starać
  2. W ogóle mniej pracować, odbębnić swoje godziny i fajrant. Żadnego sprawdzania zeszytów! Niech  bachory się zlękną, że nie potrafią pisać, niech pójdą na korepetycje.
  3. Żadnych lektur rozwijających! Tylko denerwują niektórych,  a zabierają czas na powtarzanie ćwiczeń podstawowych.  Jak streszczanie, na przykład.
  4. Ścigać dziewczęta. Hardcore w wersji mega. Niech się hartują, a nie tam ulegają potem jakiemuś stresowi. Zafundować im stres permanentny. Co je nie zabije, to je wzmocni!

No. We wrześniu przybiorę odpowiednie barwy wojenne i zobaczymy, jak na tym wyjdzie kolejna klasa “c”.