Halo, tu pasożyt społeczny… sobota, 22 października 2011

Być starszym to marzenie dzieci,
A przecież czas tak szybko leci,
Mija godzina za godziną,
Nim się spostrzegłeś rok upłynął!
I nowa bije już godzina,
Nowy rok szkolny się zaczyna,
(…)
Znów dni popłyną pracowite
Nad książką szkolną, nad zeszytem…
Życzę wam wszystkim na początek
Szkolnego roku samych piątek!

Jan Brzechwa, Nowy rok szkolny (fragm.)

No tak. Nowy rok szkolny otwieram w październiku, a i to tylko dlatego, że mnie niektórzy popędzają. :)
Powody mogą być dwa, oba niewarte wspominania: bycie leniem albo bycie zajętym. No bo nie można być chyba zajętym leniem?
Z powodu owego opóźnienia winna jestem jednak jakieś wyjaśnienia. Z konieczności - będą one autotematyczne.
Prowadzę tego bloga piąty rok, chociaż częstotliwość wpisów spada:). Tematów z życia szkoły nie ubyło, bo to tak, jakby powiedzieć że ze szkoły życia ubyło. To jest różnica fundamentalna, a dotycząca relacji: literatura (świat słowa) - a życie (świat rzeczywisty). Życie tematów dostarcza wciąż. Tylko co za sens jest pisać o tym, czego zmienić nie można? Jestem zatem przykładem osoby: a) zajętej; b) sfrustrowanej niemożnością naprawy świata; c) obserwującej kołowrót starych głupot i starych win  systemu oświaty w nowych kontekstach i konfiguracjach.
Otwierając tego bloga założyłam sobie pisarski kształt moich notek: to miały być felietony (aktualność, subiektywizm, satyra, lekkość, ironia i komizm językowy). Ot, takie ćwiczenie redakcyjno-stylistyczne, które sobie sama zadałam. Jak mi się to udawało, osądźcie sami.
Doszłam jednak do chwili, w której pewne elementy rzeczywistości bardziej mnie wściekają, niż śmieszą. I tak jakoś poczucie humoru mnie z nagła opuściło.
No bo jak tu z lekkością kolibra opisać zmiany wokół statusu nauczyciela, kształt nowej matury (to znaczy tej jeszcze nowszej),  zarobki nauczycieli w Europie (i odnieść je do polskich)? Jak przejść humorystycznie nad tematem 3 godzin pracy nauczyciela dziennie, jak to obliczyła jakaś tam agencja statystyczna? Belfer ostatnio został ogłoszony pasożytem społecznym, żywiącym się krwawicą porządnych obywateli. Zamyka się szkoły, łączy klasy, ludzi zwalnia.  Na dodatek minister od edukacji stwierdza, że nauczyciele są niedouczeni. Oraz leniwi. Dlatego za karę będą pracować o godzinę w tygodniu więcej (albo dwie, kto wie). Tylko żeby nie udawali!!! Wszystko ma być zapisane, udokumentowane! Efekt? Ci najbardziej leniwi - mają wszystko pięknie udokumentowane. Co to za robota, wypełnić kilka linijek? Ci co pracowali “ponad normę”, teraz pracują ponad normę + 2 godz.

Bardziej straszno niż skuczno, bardziej duszno niż nudno.

Belfer i szkoła. Wdzięczny temat Gombrowiczowski oraz październikowy, bo 14 października za nami. Czy w XXI wieku  ten tandem  (archetyp + instytucja kulturowa) jeszcze spełnia jakieś funkcje?

Komu potrzebny jest nauczyciel?  Komu potrzebna jest szkoła?

  • Dzieciaki same wszystko wiedzą najlepiej. A jak nie one, to wie Wikipedia.
  • Ryk zachwytu w w szkole odzywa się nie wtedy, gdy informuje się o nieoczekiwanym zastępstwie (matematyka albo fizyka w tym ścisłym liceum) - ale wtedy, gdy zwalnia się uczniów z lekcji.
  • Zadawanie ćwiczeń domowych jest rodzajem gry w “co mi zrobisz, jak mnie złapiesz?”
  • Nauczyciel to wróg publiczny. Gorzej mają tylko celnicy, którzy zapadają na depresje, bo “ich nikt nie lubi”. (Nauczyciele mają lepiej, bo dostają kwiatki w Dzień Nauczyciela, chociaż z roku na rok są to kwiatki skromniejsze. I nie od wszystkich klas.  Ale czy ktoś słyszał o Dniu Celnika?)
  • Dzień Nauczyciela zamienił się ostatnio po prostu w Dzień Bez Nauczyciela. Uczniowie mają wolne i zostają w domu, nauczyciele nie. Z okazji swojego święta mogą posprawdzać dzienniki albo polecieć do muzeum z garstką tych, których do szkoły przygnało jakieś poczucie przyzwoitości. Średnio siedem osób na klasę.
  • Całe społeczeństwo nosi w sobie traumę po szkole Antka, bohatera noweli Prusa z XIX wieku. Jest to jedyna lektura, jaką  społeczeństwo zna, dlatego ta trauma nie została dotąd  przepracowana :)
  • Właściwie od czasów Antka w szkole niewiele się zmieniło. Nadal dukamy aaaa, beee, ceee.  Nawet na etapie szkoły średniej.
  • Kant miał rację: ludzie boją się własnej i cudzej mądrości. Dlatego o własną nie zabiegają, cudzą gardzą.

Przez większość mojego zawodowego życia walę głową w mur. Mur ma kolor ludzkiej głupoty, biurokratyzmu, lenistwa i tchórzostwa, a ja mam na głowie koronę z guzów.

No cóż, może lepsza taka korona niż żadna?  :)

_____________________________________________________________________________________

W parę dni potem Antek poszedł pierwszy raz do szkoły. Wydała mu się taka prawie porządna, jak ta izba w karczmie, co w niej szynkwas stoi, a ławki były w niej jedna za drugą, jak w kościele. Tylko, że piec pękł i drzwi się nie domykały, więc trochę ziębiło. Dzieci miały czerwone twarze i ręce trzymały w rękawach; nauczyciel chodził w kożuchu i w baraniej czapce. A po kątach szkoły siedział biały mróz i wytrzeszczał na wszystko iskrzące ślepie.
Usadzono Antka między tymi, którzy nie znali jeszcze liter, i zaczęła się lekcja.
Antek, upomniany przez matkę, ślubował sobie, że musi się odznaczyć.
Nauczyciel wziął kredę w skostniałe palce i na zdezelowanej tablicy napisał jakiś znak.
— Patrzcie dzieci! — mówił. — Tę literę spamiętać łatwo, bo wygląda tak, jakby kto kozaka tańcował, i czyta się A. Cicho tam, osły!… Powtórzcie: a… a… a…
— A!… a!… a!… — zawołali chórem uczniowie pierwszego oddziału.
Nad ich piskiem górował głos Antka. Ale nauczyciel nie zauważył go jeszcze.
Chłopca trochę to ubodło; ambicja jego była podraźniona.
Nauczyciel wyrysował drugi znak.
— Tę literę — mówił — zapamiętać jeszcze łatwiej, bo wygląda jak precel. Widzieliście precel?
— Wojtek widział, ale my to chyba nie… — odezwał się jeden.
— No, to pamiętajcie sobie, że precel jest podobny do tej litery, która nazywa się B. Wołajcie: be! be!
Chór zawołał: be! be! — ale Antek tym razem rzeczywiście się odznaczył. Zwinął obie ręce w trąbkę i beknął, jak roczne cielę.

Bolesław Prus, Antek, 1880