Szkolna wycieczka piątek, 21 września 2007

No tak. Wrzesień się zaczął, czyli kotła część pierwsza.

Dyrekcja nowa życzy sobie pracy tyle samo co dawna, tylko więcej.

Dzieciaki się drą na przerwach tak, że myśli swoich człowiek nie dosłyszy. Wiadomo, przyszło gimnazjum.
Kosze na śmieci okazują się pojemnością swą niewystarczające, zatem droga do pracowni P2 polega na przedzieraniu się przez pokłady geologiczne odpadków wszelakich.

Młodzież rozochocona wakacjami przypomina sobie o statutowym prawie swym do przedsiębrania wycieczek, więc trwa wyścig.

Przy wyścigu wycieczkowym Tour de France to jest mały pikuś . Rzecz rozgrywa się następująco. old_blue_bus.jpg

Klasa dowiaduje się, że ma prawo. Wychowawca dowiaduje się, że z prawa młodzież rezygnować nie zamierza. Ustala więc z rodziną, że porzuci ją na okres trzech dni, niech sobie radzi sama, bo ojczyzna wzywa. Wycieczka z przyszłością narodu w Bieszczady to ostatecznie obowiązek wobec ojczyzny. Wychowawca rozpoczyna wyścig do biur podróży, które w terminie wrześniowym zechciałyby jakieś godziwe warunki znaleźć i zaproponować. A że wszystkie szkoły wyjeżdżają właśnie we wrześniu, no to nie ma lekko. Jeśli jest to wychowawca klasy starszej, wdraża ją do życia w społeczeństwie i każe uczniom po biurach podróży przelecieć samodzielnie.
Młodzież rozpoczyna kaprysznie. Nie tu ani nie tam, innym autokarem (najlepiej trzypiętrowym z wideo), biuro turystyczne zaczyna się na A, więc to niedobrze. Cena za wysoka, a komfort za niski. A w ogóle dlaczego tylko trzy dni? I chyba ktoś żartuje, wzbogacając program wycieczki o jakieś wizyty w muzeum.

Wychowawcy się powoli odechciewa, tym bardziej, że jeśli umówi się przypadkiem wreszcie z uczniami, to nijak nie idzie dogadać się z rodzicami. A przecież rodzice to sponsorzy wycieczki, więc dogadanie się jest jak najbardziej pożądane.

Czas płynie, wrzesień się kończy. Piękna pogoda odchodzi razem z końcem lata, więc zaczynamy przygotowywać młodzież, aby na wycieczkę zabrała narty. Może uda się wyjechać w styczniu.

Ważną częścią wyścigu wycieczkowego jest zapewnienie opieki drugiego albo i trzeciego nauczyciela. Wiadomo, że dyrekcja musi zwolnić na wyjazd kilku pedagogów. W szkole powstaje wtedy luka obsadowa i kłopot z organizowaniem zajęć gotowy. Czasem zatem dyrekcja ma muchy w nosie. (Mam nadzieję, że przypadłość ta obca będzie dyrekcji naszej.)

Nie wszyscy nauczyciele chcą jednak jeździć na wycieczki. Trwa zatem wyścig do tych, którym pojechać się jeszcze chce. Żadna to bowiem atrakcja: tłuc się po Polsce do na ogół znanych już sobie miejsc, wykonywać obowiązki opiekuńcze przez 24 godziny na dobę, zostawić swojemu biegowi sprawy domowe i inne prywatne, a po powrocie nadrabiać zaległości programowe, no bo przecież czas płynie, a matura tuż tuż. Poza tym młodzież rzadko rozumie, że wycieczka nie jest dobrą okazją do demonstrowania zachowań, nazywanych przez mnie “syndromem psa zerwanego z łańcucha”. Wyjazd jest zatem dla nauczycieli stanem ciągłego czuwania, dla młodzieży - czasem włączenia rozumu stadnego, czyli wyłączenia własnego.
Ja mam na razie na stanie dwa wyjazdy wycieczkowe.

O rozwoju wydarzeń będę informowała. Jeśli wrzesień przetrwam.

Komentarze [24] do “Szkolna wycieczka”

  1. Rafael_5000 pisze:

    Niestety z przyczyn ode mnie niezależnych musiałem odwołać wycieczkę do Warszawy (a przynajmniej tą opcję, którą ustalałem z biurem). Nie będę ukrywał, że czuję się oszukany - koszta wzrosły ze 155zł do co najmniej 205zł! A w skład wycieczki dwudniowej wchodziłoby tylko muzeum i teatr. Reszta to cena za dwóch kierowców, nocleg i przewodnika. Klasa nie chce jechać na taką wycieczkę. Pojawiły się także głosy, że “lepiej pojechać na 3 dni za ~200-300zł” (ale wiadomo, że nie o Warszawę chodzi czy jakiekolwiek muzea tudzież teatry). I pomimo mojego wyjątkowego optymizmu, jaki towarzyszy mi już od dłuższego czasu, czarno widzę tą naszą wycieczkę do stolicy. Rozważymy jeszcze opcję jednodniową, z samym teatrem. Lecz na pewno nie za pośrednictwem tego biura. Czas leci, a ja odnoszę wrażenie, że jak tego nie załatwię to nigdzie nie pojedziemy…

  2. strzel_ba pisze:

    Czas… nie jest po naszej stronie w tym wypadku.
    Rozumiem wasze argumenty finansowe. Dlatego nie lubię biur podróży.

  3. Korialstrasz pisze:

    Ja prywatnie jestem raczej przeciwnikiem wycieczek szkolnych (No bo co taka biedna klasa może robić na wycieczce? Wytypuje dwóch biedaków i pośle ich do sklepu po wódkę… - doświadczenie oparte na smutnych faktach w pewnym łódzkim LO, ale z zastrzeżeniem że nie chodzi o XII).
    Jak nie alkohol to co innego można robić? Muzeum? Panie, kto teraz do muzeum chodzi? (chyba że muzeum narzędzi tortur, przed takim faktycznie była kolejka) Teatr? Śmiechu warte! Do teatru się chodzi żeby chipsy podjeść i poprzeszkadzać tym w dalszych rzędach. (tutaj zrobię małą dygresję, bo skojarzyła mi się śmieszna historia: moja chemica z gimnazjum zabrała uczniów swojej klasy do teatru, robiąc im przedtem dokładny wykład co robić a czego nie robić w teatrze (przy czym jest to nauczycielka bardzo lubiana w szkole, więc uczniowie - o dziwo - posłuchali jej). Przyszli do teatru, żadnych chipsów. Profesor dumna siada w pierwszym rzędzie, obok niej jakaś starsza pani chwali młodzież, po czym… sama wyciąga paczkę chrupek i zaczyna głośną konsumpcję!). Ale wracając do tematu:
    Nie jest z młodzieżą tak źle jak można by sądzić: chodzimy po górach, pływamy, wypoczywamy aktywnie. A, jak wiemy z biologii - wypoczynek aktywny przekłada się wprost proporcjonalnie na możliwości intelektualne. Więc owe wyjazdy, choć w krótkowzrocznym spojrzeniu wprowadzają chaos, na dłuższą metę mogą okazać się nawet pożyteczne ;-)

  4. Rafael_5000 pisze:

    Myślę, że trochę przesadzasz.

    Aczkolwiek ostatnio byłem świadkiem takiej oto rozmowy:
    - Idę do teatru, wiesz?
    - Teatr, teatr… a to jakiś nowy klub?

  5. gaspar pisze:

    oj tam, myśmy na wycieczce szkolnej, szczególnie tej drugoklasowej, byliśmy spokojni. Dasie.

    Co do kosztów - jak komuś za drogo (wcale się nie dziwię, ja te 205zł z reguły wydaję na tydzień wycieczki :P) to niech sam znajdzie fajny ośrodek (pełno takich jest) i autokar oraz się ubezpieczy, wyjdzie naprawdę taniej. Jak ktoś ma problemy z autobusem to niech się do mnie zgłosi, mogę coś pomóc.

  6. Piotrek pisze:

    Może zacznę od koszy na śmieci, bo szczerze mówiąc ten kawałek spowodował uśmiech na mojej twarzy. Nie było chyba dnia, żeby po 5 lub 6 lekcji jakikolwiek kosz był pusty. Czy to w sali, czy na korytarzu czy nawet w bufecie! Czy to normalne, żeby młodzież (a raczej bardzo duża grupa młodzieży) “produkowała” aż tyle odpadków..? ..a może to koszy jest za mało?

    Co do organizacji wycieczki w pierwszej klasie (konkretniej D), to klasa zorganizowała sama. Dosłownie. Miejsce, termin, transport, ubezpieczenie, zebranie zgód rodziców, zebranie pieniędzy - to była nasza broszka. I chyba się udało, bo najprawdopodobniej jedziemy w pierwszy tydzień października (3-5). Cieszymy się, gdyż jest to “nasza” wycieczka i zorganizowana praktycznie w 100% przez nas :) Z całego serca pani współczuję września. Okropny miesiąc. (dla uczniów też, o czym się już przekonaliśmy :P)

    PS: W imieniu klasy Id, jeszcze raz dziękujemy za chęć wyjazdu z nami :)

  7. Kacper pisze:

    Nasza drugoklasowa wycieczka była całkowitą porażką. Pomijam fakt, że byłem chory. Nudy, nudy i jeszcze raz nudy! Jaki sens ma jechanie do ośrodka ZHP tylko po to, żeby tam posiedzieć i popić browary, tudzież wódkę i co-się-jeszcze-da? Bo ukrywał nie będę, że tak właśnie było. Wolałbym pochodzić po górach, popływać jachtem, cokolwiek! Nawet jestem w stanie wydać na to sporo pieniędzy, niż po prostu siedzieć i gadać o pierdołach spijając, lub patrząc jak inni spijają piwo. Niestety nie dało się, bo wszystkim taki model wycieczki odpowiadał… Ale jak widać nie wszyscy tacy są - pozytywny akcent. ;) No i czas wycieczek szkolnych mam już za sobą… ;)

  8. DaVi(d)nci pisze:

    Oj Kacprze jakiś Ty niesprawiedliwy! Wycieczka mogła Ci się nie spodobać, ale sam nie ruszyłeś palcem, żeby ją zorganizować!
    Nie będę więcej wypowiadał się na ten temat. Klasa chciała wycieczkę, to ją zorganizowałem. WSZYSTKO załatwiłem sam (no, z pomocą mojej mamy). Wycieczka była taka, jaką klasa sobie życzyła, a później i tak żeście narzekali. Człowiek może wyjść z siebie biegając ze szkoły na dowrzec PKP kilka razy w ciągu dnia, załatwiając transport, ośrodek, zbiórkę pieniędzy od wiecznie zapominających ją przynieść kolegów, a i tak będzie źle!

  9. DaVi(d)nci pisze:

    Aha! I jeszcze jedno:

    “Jaki sens ma jechanie do ośrodka ZHP tylko po to, żeby tam posiedzieć i popić browary, tudzież wódkę i co-się-jeszcze-da? Bo ukrywał nie będę, że tak właśnie było.

    (…)niż po prostu siedzieć i gadać o pierdołach spijając, lub patrząc jak inni spijają piwo.”

    Na przyszłość radzę lepiej dobierać sobie towarzystwo do konwersacji na takiej wycieczce. Była jednak grupka kilku osób, które alkoholu nie tknęły i z nimi można było pogadać. Sam zresztą przyznajesz, że nie byłeś “czysty”, więc Twoje narzekanie odbieram jako ujmę na honorze, hipokryzję, a na pewno brak konsekwencji!

  10. strzel_ba pisze:

    Wycieczki szkolne wymagają jakiejś umowy dżentelmeńskiej z obu stron: nauczyciele jadą z obowiązkiem opieki, ale obiecują jakiś większy niż w szkole luz, uczniowie powinni się zobowiązać, że luz nie oznacza wykraczania poza zasady kultury i zdrowego rozsądku. Taaa. Do takiej umowy trzeba dojrzałości obu stron. Rzadko się udaje.
    Ale - powiem wam coś - nawet wpadki na takich wycieczkach mają jakieś znaczenie (prawda, Pawle? :) ) Błądzić jest rzeczą ludzką; rzeczą wielką jest umieć naprawiać błędy i wyciągać wnioski z przeszłości.
    Kacper po fakcie narzekał, ale pewno gdybym ja mu zaproponowała, że go przeczołgam po Krakowie przez wszystkie znane sobie miejsca - to by też protestował.
    Nie złość się Dawidzie na Kacpara. On wypowiada mądrość, której wtedy nie miał, a teraz ma. Prawda, Kacprze?
    A faktem jest, że zawsze wszystko jest na organizatora wycieczki. Nawet zła pogoda.

  11. Piotrek pisze:

    Nie mogę się zgodzić co do winy organizatora w razie złej pogody. Przecież jeżeli jest udane towarzystwo (jest z kim porozmawiać), to czy kiepskie warunki, czy autokar bez 3 pięter i wideo nie może zniszczyć tej atmosfery :) Miłej atmosfery.

  12. gaspar pisze:

    a ja się zawsze zastanawiałem po jasny gwint robić 2-3dniowe wycieczki szkolne typu objazd po zabytkach/Kraków/Sejm+Muzeum PW+… i tak dalej. I tak w ten sposób piękna Polski nie pokażemy, dlatego, że piękno trzeba dostrzec samemu, zasmakować - a obydwie strony ZAWSZE będą niezadowolone: uczniowie, bo w sumie to chcieli tyllko pogadać, i nauczyciele - bo i tak wszystko już widzieli (20 razy na identycznych wycieczkach) i tak dalej.

    Takie wycieczki to można robić fakultatywnie. My w gimnazjum pojechaliśmy na 4 dni z naszym Historykiem, świetnym człowiekiem, na objazdówę po zamkach krzyżackich. W 7 osób. Ale układ był jasny i dobrowolny: on jechał bo chciał, my też. A nie na hura! jedziemy do Grodu Kraka 30osobową ekipą odkrywać piękno i subtelność Rynku.

  13. Piotrek pisze:

    A czy przypadkiem to nie jest zwykła chęć pogadania z innymi na “luzie”? Nie w szkole, tylko właśnie na wycieczce? A przy okazji coś zwiedzić? Nie wiem. Może moje podejście jako pierwszoklasisty jest inne, ale dla mnie wycieczki właśnie z czymś takim się kojarzyły.

  14. Paweł pisze:

    Czekałem strzel_ba aż mnie wywołasz i… miałem nadzieję, że tego nie zrobisz :) Temat wpisu od początku spowodował u mnie chęć niewypowiadania się.
    Ale masz rację człowiek uczy sie na błędach. Najlepiej jak robi to na cudzych, ale skuteczniejsze są chyba własne. Nie byłem “czysty” na wycieczce… i wstydzić sie będę chyba do końca życia.
    Jeszcze raz przepraszam i dziękuje :) choć, wiem że nie po to mnie wywołałaś do tablicy.

  15. strzel_ba pisze:

    Z tego, co mówi gaspar, wynika, że wycieczki w ogóle nie mają sensu. Mówi to człowiek, który z plecakiem zjechał pół Polski. Gasparze, zamilknij, zawołam wielkim głosem, albowiem nie wiesz, co mówisz. Wielu z twoich kolegów nie widziałoby poza Łodzią żadnej innej miejscowości, gdyby nie klasowa wycieczka (dla niektórych właściwie już Łodź jest wycieczką krajoznawczą, życiowym przełomem). Normalnie - nie mieli okazji ani szansy. Szkoła może uczyć również poza swoimi murami, głęboko w to wierzę. Ja swojej córce obiecywałam rodzinny wypad do Krakowa - i do dziś nie pojechałyśmy razem. Na szczęście miała trochę własnego pomysłu, ale nie wszyscy są tacy, jak ona.
    A wycieczka uczy nie tylko o pięknie zakątków Polski. Uczy też, jak spędzić razem czas, kiedy nie ma komputera, wideo, ciepłej wody, wygodnych łóżek ani pogody. Najlepiej wspominam te wycieczki, podczas których wyliśmy nie_tylko_harcerskie piosenki, siedząc w jednym pokoju albo leżąc na korytarzu.
    A wyjazd z 7 osobami chętnymi - wybacz gaspar, to żadna sztuka. To oczywiste, jak dobra atmosfera na zajęciach koła. Wyzwaniem jest większa grupa. Dopiero ona buduje stado i włącza rozum stadny :) . Mam nadzieję,że nikogo nie obrażam tą metaforą.

    P.S. Pawle! Gdyby kazano mi wybierać: idealna wycieczka czy dzisiejsza przyjaźń, to wiesz, że wybrałabym to drugie. I wiem, że ty wiesz, że ja to wiem :)

  16. feniksA pisze:

    Wycieczka powinna integrować klasę. U nas było jak było. Nie wspominam bardzo dobrze naszych wycieczek, jednak nie wspominam też ich źle.

    Dawid! Nie dziwie się, że się zdenerwowałeś. Włożyłeś sporo wolnego czasu w przygotowanie wycieczki.

    Kacper! Myślę, że trochę przesadzasz:P

    Co jak co, ale takie wyjazdy mają zawsze jakieś dobre strony:)Lepiej się poznaliśmy i zawarliśmy przyjaźnie (choćby pierwszy wspólny wyjazd). Czy sie mylę?

  17. Kacper pisze:

    Ależ ja nie mam do nikogo pretensji, a na pewno nie do Ciebie, Dawid. Jeśli już, to do klasy, że chciała taką, a nie inną wycieczkę. Proponowałem w mniejszych gronach, że moglibyśmy pojechać w miejsce X i tam robić Y, ale ponieważ pomysły nie spotkały się z jakąś większą akceptacją, więc się dostosowałem do woli większości. Ja nie będę nikomu narzucał, że ma zwiedzać to, czy tamto - mogę to zrobić sam. Chodziło mi tylko o wizję wycieczki, jaką wykreowała klasa - ktora wydaje mi się bez sensu. A po zabytkach Krakowa dałbym się z chęcią przeczołgać, tyle, że robiłem już to pare razy.

  18. Kacper pisze:

    Ja przecież zawsze przesadzam. Wycieczka mi się podobała, bo miałem okazję pogadać z tymi i owymi, której to pewnie bym nie miał w szkole. Co nie zmienia faktu, że jak zawsze, mogło być lepiej… ;)

  19. gaspar pisze:

    Ale ja nie mówię, że wycieczki nie mają w ogóle sensu! Mówię, że:
    1) wg mnie nie mają sensu wycieczki - objazdówki z programem “Małopolska w weekend” albo “Polskie warownie obronne w 3 dni”, względnie “Mazowieckie muzea regionalne - przekrój. Impreza jednodniowa.” - bo zwiedzanie wymaga czasu i chęci. A tak - z moich obserwacji, również mam nadzieję, że nikogo nie obrażam - tworzy się stado w dosłownym tego słowa znaczeniu - tłum pchający się za przewodnikiem grupy, owieczki lecące za same-nie-wiedzą-czym.

    A dla mnie prawdziwym wyzwaniem jest wyłuskanie tych kilku osób na wycieczkę jakimś kołem - dlatego, że tylko wtedy da się pokazać dużo obiektów w krótkim czasie osobom zainteresowanym. Inaczej niestety nawet najwytrwalsi historycy spasują pod fromborską warownią gdy naciskani będą przez 23 sztuki znudzone, a geografowie nie docenią piękna Wąwozu Homole idąc w 30-osobowej grupie głowa-za-głową w półmetrowych odstępach.

    Ale może ja mam naprawdę spaczony pogląd poprzez moją… hmm… mobilność ;-) i imperatyw podróżowania. Wędrowania, włóczęgi. Ot co. Ostatnio znalazłem o sobie w Internecie taki cytat, który mi się szalenie spodobał :) “Gaspara nie sposób nie spotkać podczas wędrówki w górach. Chociaż czasem mam wrażenie, że nie sposób go nie spotkać w żadnym rejonie Polski”. :)

  20. gaspar pisze:

    aha, no i jeszcze jedno: dla ludzi zainteresowanych tematem jest zdecydowanie trudniej wymyślić program, który ich zadowoli - to może być nie lada wyzwanie.

  21. nero pisze:

    hmm, co do naszej pierwszoklasowej wycieczki (pamietasz Rafalek?:P ) mam bardzo klarowne i zdecydowanie pozytywne odczucia, bo bylo naprawde swietnie:)
    co do wypowiedzi gaspara…selekcjonowanie grupy 7 osob zainteresowanych wydaje sie byc rzeczywiscie czyms znacznie latwiejszym, niz zachecenie do wspolnego zwiedzania calej klasy. jesli jednak mowa o wycieczkach szkolnych to chyba tylko ten drugi typ wchodzi w gre, to po pierwsze. jestem swiadomy tego, ze za “Chiny” program nie bedzie idealny dla wszystkich uczestnikow (nawet w wypadku grupy 7-osobowej moglyby wystapic pewne znaczace roznice) ale co z tego? nie chodzi o to, zeby byl idealny, tylko zeby kazdy znalazl w nim cos dla siebie, zeby byl czas na zwiedzanie, zabawe i w koncu odpoczynek. to oczywiscie ma byc wypoczynek aktywny, jednakowoz wyscig majacy na celu zwiedzenie jak najwiekszej ilosci miejsc mija sie z celem. a czy jest to dobry sposob na integracje? zdecydowanie najlepszy. w koncu poznajemy nowych ludzi w innych sytuacjach niz te znane ze szkolnego korytarza, tudziez klasy…
    chetnie powtorzylbym ta wycieczke jeszcze kilka razy, szkoda ze wyjazd do stolicy nie wypali:/ moze Krakow? sentyment…:)

  22. strzel_ba pisze:

    Tę Warszawę możemy jeszcze zrobić sobie w wersji jednodniowej - kiedykolwiek. Presja uciekającego września dotyczyła tylko wystawy Wyspiańskiego. Ale sama W-wa nigdzie się nie wybiera. Z drugiej strony - dla mieszczuchów wyjazd do innego miasta nie jest chyba wielką atrakcją. W sezonie zimowym jednak wszelkie gasparowe włóczęgi - nie sprawdzają się z dużą grupą (połowa się rozchoruje - na bank). Zdobywanie Tatr zimą - beze mnie. Jestem piecuch i słabeusz, kondycja już nie ta.
    No i wracamy do terminu wygodnego: nieszczęsnego września, który właśnie był upłynął.
    A Kraków - może być zawsze… :)

  23. Daga pisze:

    Tak naprawdę to każdy ma tu po części rację. Trudno dogodzić grupie 3O osób, a jeszcze trudniej się szybko i sprawnie zorganizować. Ale jednak się da. Nam udało się to i w pierwszej klasie i obecnie w drugiej. Z tych 33 osób tylko jedna zaparła się, ze jak w góry to nie jedzie. Ostatecznie nie pojechały 4, ale z przyczyn niezależnych. Dopadło je poprostu jakies choróbsko… Koszt wycieczki wydaje się przystepny- niecale 170 zł za trzy dni w Beskidzie Żywieckim. Bez biura podróży mozna dać sobie radę! Pogoda dopisała. Przeszliśmy kawał drogi ponad program. Do tej pory czujemy w nogach . Atmosfera była świetna. Wszyscy wrócili zadowoleni! I uczniowi i nauczyciele, ktorym naprawdę dalismy żyć! Obyło się bez ekscesow i wybryków. Naprawdę da się dobrze bawić bez alkoholu, mieszkając w nieomalże ostatnim domu we wsi “zabitej dechami”.
    Potrzeba tylko trochę chęci…

  24. strzel_ba pisze:

    Witaj, Daga! Twoje słowa to balsam na moje serce zbolałe. Jeśli wam się udało, to znaczy, że to w ogóle jest możliwe, a nie tylko mnie się marzy. Zdaje się, że klasa zdała jakiś życiowy egzamin, mniejszy lub większy, ale zawsze ważny. Więc po prostu - gratulacje.

Zostaw komentarz