Barwy wojenne poniedziałek, 6 lipca 2009

Lato przyszło dość nieoczekiwanie. Zupełnie jak zima zaskakuje zimą drogowców, tak mnie zaskoczyły i zdumiały, doprawdy, wakacje. Jak to tak? Że niby spać można do południa, grać w Wiedźmina do czwartej rano, albo i dłużej, nie sprawdzać żadnych zeszytów ani klasówek, ani w ogóle nie musieć nic? Móc wyjechać na wczasy (na które zwykle rezerwuje się pokoje około lutego) z biletem zielonym w ręce? Na wszelki wypadek nie uwierzyłam (bo czy ja wyglądam na naiwną?), okopałam się na pozycjach gotowości do działań bojowych i … zostało mi to wynagrodzone :). Wakacji albowiem jeszcze na dobre nie zaczęłam. Przyjmuję gości, sprzątam, gotuję, jakieś prace zlecone, teraz błyskawiczny wyjazd do Anglii, jak by to powiedział hobbit: tam i z powrotem zaledwie, a obiecanego duuuuużo wolnego czasu - jakoś nie widać. Ilość zajęć, która spadła mi na głowę, spowodowała niemożność zaczerpnięcia bezpośrednich informacji od maturzystów na temat wrażeń po ogłoszeniu wyników. Nikt z tego powodu nie ucierpiał. Informacje o wynikach nabyłam zatem z pewnym opóźnieniem. I mam pewne konkluzje na ten temat, potwierdzone przez obserwacje kilkuletnie:
- Nowa forma matury spłaszcza wykres wyników procentowych. Wszyscy w klasie, i ci piątkowi, i ci dwójkowi, zdają na porównywalnym poziomie, różniąc się jakoś w granicach 20 % najwyżej. Co jest absolutnie nieprawdopodobne.
- Tracą na tym, niestety, ci piątkowi. A ja nie miałabym nic przeciwko temu, żeby wszyscy zdawali na 90 - 100%.
- Dziewczęta zdają maturę zawsze gorzej od chłopców. Mówię o szacunkowym stosunku nakładu pracy do uzyskanych wyników.
I jest mi z tym od kilku lat bardzo niewygodnie. Pocieszam się myślą, że nie ma błędu w systemie, tylko że tkwi on w ludziach. Że przeszacowałam może niektórych. Że egzaminator też człowiek i omylny…. Krótko rzecz ujmując: że może nie uczę tak beznadziejnie, jak wynika ze statystyk. Bo statystyki uczonych przeze mnie klas mnie nie rozpieszczają. Tak oto udowodniona zostaje teza, że im lepiej, tym gorzej. Im bardziej ja się staram, tym mniej starania wkładają moi uczniowie. Mają poczucie bezpieczeństwa, wiedzą, że nic złego nie może im się przytrafić, więc … uczą się matematyki. Jak ja bym chciała zobaczyć z polskiego wynik 100 %! Ogłaszam publicznie, że ufunduję specjalną nagrodę dla śmiałka, który szarpnie taki wynik w przyszłym roku. Wiem, wiem, dla was ważniejsza jest matma, bo otwiera drogę na studia. Polskim nikt sobie nie zawraca głowy. Tak tylko spowiadam się wam z frustracji pani od polskiego w “Dwunastce”.
Zamiast marudzenia, wnioski na przyszłość:
- Mniej się starać
- W ogóle mniej pracować, odbębnić swoje godziny i fajrant. Żadnego sprawdzania zeszytów! Niech bachory się zlękną, że nie potrafią pisać, niech pójdą na korepetycje.
- Żadnych lektur rozwijających! Tylko denerwują niektórych, a zabierają czas na powtarzanie ćwiczeń podstawowych. Jak streszczanie, na przykład.
- Ścigać dziewczęta. Hardcore w wersji mega. Niech się hartują, a nie tam ulegają potem jakiemuś stresowi. Zafundować im stres permanentny. Co je nie zabije, to je wzmocni!
No. We wrześniu przybiorę odpowiednie barwy wojenne i zobaczymy, jak na tym wyjdzie kolejna klasa “c”.
W wiedźmina nie grałem, nie mam takiego sprzętu.
Co do konkluzji:
1. Choroba znacznej części testów.
2. Wsio rawno - i to i to jest bez sensu. Ale krzywa rozkładu normalniej wygląda z garbem ok. 60%, a daje możliwość odznaczenia się in plus.
3.Nie ma sensu mierzenie nakładów pracy, jeden opanuje materiał szybciej, inny wolniej, a każdy na swój własny sposób. Istotnie płeć piękna więcej od nas, leserów spędza nad książkami, a nie zawsze to widać w ocenach.
Dobra, jutro na 8 do roboty, nie wszyscy mają wakacje.
c.d. prawdopodobnie n.
Sam tu nie będę chyba pisał…
Witaj, Awicenno i nie złość się. Nie było mnie zaledwie kilka dni, a tu dwa, a nawet trzy komentarze:). Już jestem i obmyślam nową notkę, po wypadzie do Anglii.
A z komentarzami to jest tak: jeśli notka nie wywołuje żadnych uczuć: ani pozytywnych, ani negatywnych, to nikomu się nie chce niczego wpisywać. No bo po co?
Zatem winę za brak piszących biorę na siebie. Ech, życie autora
A tak w odniesieniu do ciebie: co robisz? Tzn. gdzie pracujesz? Czyżby do Polski zawitał europejski i światowy zwyczaj pracy studenckiej? Zamiast słodkiego nieróbstwa? No co wy powiecie, proszę państwa! Jakich to czasów dożyliśmy:)!
Gdzież tam. Żadną uczciwą pracą zarobkową bym się nie skalał. Ot, uczelnia wymaga. Na szczęście zakończyłem już przygodę z ulubioną instytucją wszystkich Polaków - Urzędem Skarbowym.
@Awicenna
Tylko na rok
A co do pracy to pamietam, jak za moich czasów studenckich pracujących w wakacje prawie że wytykało się palcami, no a przynajmniej nie byli do końca rozumieni.
Wyjątkiem były wyjazdy za granice.
To były najbardziej beztroskie wakacje :))))
Uważaj, Awicenno, z Pawłem nie zadzieraj :). Nie zapominaj, gdzie mogą pracować ludzie po klasie matematycznej w XII LO :)))
A serio mówiąc: życzyłabym sobie, światu i XII LO takich “leserów” jak ty :). Po drugie, dlaczegóż to nie chcesz “zhańbić się pracą zarobkową”? To tak ideologicznie czy egoistycznie (Niech inni na mnie pracują!)?
@Pawle - im dalej, tym ciężej, niestety. To dlatego ludzie na starość chodzą przygarbieni: od ciężaru odpowiedzialności.
Zdecydowanie wolę sytuację w której płacą mi za wykonywanie obowiązków, które sam na siebie nakładam. Na razie chętnych nie ma wielu, pożyjemy, zobaczymy.
Zastanawiam się czy płakać czy się śmiać, bo nie wyobrażam sobie “ścigania dziewcząt”… Cóż, to ja już chyba zacznę czytać tych “Ludzi bezdomnych”
Hmmm, ja w ogóle nie bardzo wiem, co to znaczy ściganie, ale może do września się zapoznam z jakąś literaturą fachową :).
Aha.
Też będę ścigał we wrześniu.
Najnowszy wpis z 6.VII, a tu szkoła za pasem!
Ciiii. W domu wisielca nie mówi się o sznurze
A poza tym, Awicenno, jest nowszy wpis, nie zauważyłeś.
PS: Czy ty masz jakieś praktyki w szkole, że “też będziesz ścigał” ?
Ha, muszę przestać wchodzić przez “Nowości”.
Tak, mam.