Wielbłąd poniedziałek, 31 sierpnia 2009

Zawiadamiam wszystkich Państwa, że jestem wielbłądem. Przynajmniej tak orzeczono w mojej sprawie.

Ja sama w to nie wierzę, o nie, ale skoro tak orzeczono, to zastanawiam się, jakich argumentów poszukać, że jest inaczej. Oglądam się w lustrze i widzę, że ja to ja, a nie wielbłąd.

Wszyscy, patrząc na mnie, zaczynają nawet dostrzegać garby, których jeszcze wczoraj nie było.

Tak sobie myślę, że mogłoby być gorzej. Że można by mnie uznać za osła. Albo za krowę. A wielbłąd - och jakie to egzotyczne zwierzę!

Wikipedia podaje, że: “Ciało wielbłądów osiąga długość do 3 m. Ich głowa jest długa, a uszy małe i zaokrąglone. U samic występuje jedna para sutków.”Muszę zapewne zabawnie wyglądać z tym garbem.

Ucieszyłam się. Chociaż jedna cecha się zgadza. Zaczęłam, paradoksalnie, sama poszukiwać u siebie  podobieństw.To miło z czymś się identyfikować.

“W stanie dzikim wielbłądy występują jedynie w Azji Środkowej (wielbłąd dwugarbny) i w Australii.”

Nie zgadza się. Ja występuję w Europie Środkowej .

Szybko policzyłam swoje kopytka: parzyste! Serce zabiło mi mocniej. Więc może jednak?

“Charakterystyczny garb lub garby na grzbiecie są miejscem odkładania zapasów tłuszczu. Wielbłąd potrafi w nim zgromadzić nawet do 45 kg tłuszczu”.

Nie zgadza się. Ja tłuszcz gromadzę zupełnie gdzie indziej.

“Garby umożliwiają gromadzenie zapasów wody i ułatwiają regulowanie temperatury ciała organizmu, a co za tym idzie – zmniejszają  ilość wody odparowywanej w procesie pocenia się zwierzęcia.”

Nie zgadza się. Ja się prawie w ogóle nie pocę. Na brak wody mam odporność, to prawda. Zwykle nie mam czasu wypić herbaty w szkole.  Z większą przychylnością spojrzałam na swoje “boczki”. Och, moje kochane, to dzięki wam ja tak długo bez wody  wytrzymuję!

W końcu powiedziałam sobie: Nie! W ten sposób do niczego nie dojdę. Będę szukała miliona cech i zastanawiała się: jestem czy nie jestem???

Czy jest się wielbłądem, jeśli ma się jedną, dwie, trzy, czy może wszystkie milion cech wielbłądzich??? Jeden gen czy wszystkie ? Jedną wielbłądzią nogę czy wszystkie cztery?

Nie jestem już nauczycielem polskiego, moi państwo. Podobno nie mam kwalifikacji, bo ktoś kiedyś w przeszłości w z złym roku przystawił jakąś pieczątkę.

Idę nauczyć się wydawania odpowiednich odgłosów paszczą. Jak robi wielbłąd, ktoś wie?

Komentarze [59] do “Wielbłąd”

  1. baśka pisze:

    To jakiś żart - prawda?

  2. Paweł pisze:

    O Kapitanie! Mój Kapitanie! :(

  3. Awicenna pisze:

    A ja czekam na jakieś konkluzje, skutki, etc.

  4. panna nikt pisze:

    to chyba żart… za co jak za co, ale za brak kwalifikacji? super.

  5. sylwcka pisze:

    I to tak po prostu koniec? Przecież nic nie odbywa się tak po prostu z Pani udziałem…

  6. Grzesiek pisze:

    Jak Pani nie jest nauczycielką polskiego to inni nauczyciele nie istnieją…

  7. Maciek pisze:

    wszyscy dobrze wiedza ze nie o brak kwalifikacji chodzi, ale o cos zupelnie innego(niedorzecznego)…. jestem w szoku!

  8. Baśka pisze:

    Czegoś chyba nie rozumiem: jeżeli “wszyscy dobrze wiedzą” to dlaczego nikt nic nie zrobi? Niestety nikt z zewnątrz nie może pomóc, a w szkole mało kto wie co się dzieje. Uczniowie żyją w błogiej nieświadomości, że otoczeni są dorosłymi dla których liczy się tylko ich (znaczy uczniów) dobro, że żadne chore ambicje maluczkich chcących za wszelką cenę (również dobra uczniów) “zaistniec” - nie są z ich udziałem. W sposób perfidny chociaż muszę przyznac skuteczny uśpiono czujnośc uczniów i rodziców, dla których ważna jest TREŚC i PRZEKAZ wiedzy. Nauczycielce pozwolono “dokończyc” roczniki nie dając nowych klas! Bo dla tych nowych nie będzie już dobra? Nie bo jej nie znają i nie mogą się za nią ując! A dla tych co już odejdą? No cóż pozostanie przekazana rzetelna wiedza i wspomnienia…o prawdziwym pedagogu.Niezależnie od tego jak oceniają Ją maluczcy.

  9. strzel_ba pisze:

    “Dyrektor ma prawo”. I szlus.
    Czyli koniec.
    Pragnę Państwa uprzedzić, że wszystko, co zostanie powiedziane, może być użyte przeciw Wam. Albo nam.
    Ja tylko chciałam zapytać, czy mi się udał felieton.

  10. Awicenna pisze:

    Ojoj.
    Atmosfera tajemniczości i grozy. Aż taka kontrola i szykany?

  11. Lars Bergerson pisze:

    Myślę, że wątpliwości pytających może rozwiać ten link: http://www.12lo.netarteria.info/index_sz.php?go=nau

    Więcej nie będę pisał, bo szkoda słów. A byłby to słowa bardzo wulgarne.

  12. Kacper pisze:

    To nauczyciele w XII LO się tak często zmieniają, że trzeba co roku robić tabelkę, w której każda klasa może sprawdzić kto ich tym razem będzie uczył? :D Kuń by się uśmiał, panie!

    Dobrze, że stwierdzono u Pani bycie wielbłądem już teraz. Podobno wczesna diagnoza zwiększa szanse na wyleczenie. ;)

    Czasem, gdy już nic nie można, warto się pośmiać.

  13. Aleksander pisze:

    Jestem już absolwentem XII LO i myślę, że z tego względu “Pragnę Państwa uprzedzić, że wszystko, co zostanie powiedziane, może być użyte przeciw Wam. Albo nam.” niezbyt mnie dotyczy.

    Tak jak kpiłem sobie w pierwszej klasie gdy chodziły plotki o nowej “dyreckji” tak teraz te żarty przestają wydawać mi się śmieszne. Obejmowały one wizję szkoły w której to będą mundurki, hymn zamiast dzwonka, martyrologiczne muzeum zamiast budynku i brak wolności słowa. Zobaczcie, zgadłem w 50%!

    Tym bardziej cieszę się, że ostatnia rzecz i największa rzecz z jaką tenże pan moze mnie skojarzyć jest parodia na studniówce. Trafna, mam nadzieję.

    Pani profesor, chciałym wyrazić zdumienie nad tym faktem, bo nawet w swoich kpinach w pierwszej klasie nie pomyślałym o czymś takim. I, mimo iż pani mnie nie uczyła, przyłączam się do zewu:

    “Oh Captain, my Captain…!”

  14. Delfina pisze:

    A można w ogóle cokolwiek zrobić?

    A nawet jeśli można - przestałam wierzyć, że ludzie w/po XII potrafią coś ruszyć, coś zmienić - gdy im nie pasuje. Idealnie się tym samym wpisując w ogólny schemat społeczeństwa, które może kiedyś, za parę (kilkadziesiąt?) lat będzie można nazwać obywatelskim. My sobie tylko gadamy, że to jest złe, tamto jest beznadziejne, ktoś podjął tragiczną decyzję, był niesprawiedliwy - a jak przychodzi co do czego: “ja? ja coś takiego mówiłem? niemożliwe…” i zaczyna się obserwowanie własnych paznokci i zjawisk natury występujących nagle z dziką intensywnością w okolicach palców u stóp. I tak grupowo.

    Miałam wrażenie, że gdyby było więcej nauczycieli takich jak Pani - może coś by kiedyś ruszyło, może zaczęlibyśmy się bardziej przejmować, próbowali zapanować nad decyzjami podejmowanymi w naszych sprawach, na które potrafimy narzekać - ale nie potrafimy się zmobilizować, żeby wpłynąć na organy decyzyjne.
    Tylko, że przecież niektórym jest wygodniej, gdy nauczyciel będący PRAWDZIWYM, niewymuszonym i naturalnym autorytetem istnieje sobie gdzieś obok i ma realny wpływ na młodzież.

    PS Swoją drogą, zerknęłam w tę rozpiskę zajęć i widzę, że nikomu nadal nie udało się ruszyć PaniOdNiemieckiego - czy może coś się zmieniło i tylko nam było tak źle, że próbowaliśmy działać? (…i nie wiem jak inni, ale ja pożałowałam)

    PS2 Po co w XII WYJĄTKOWA polonistka? No pytam się, po co? Po co sprawiać, żeby “umysłom ścisłym” nagle podobało się coś więcej niż matematyka? Żeby zaczynali myśleć o czymś więcej niż liczbach, działaniach, zadaniach… Żeby zapamiętywali materiał z zajęć nie po wkuwaniu nocnym, ale po tak poprowadzonej lekcji, że wszystko samo z siebie wchodziło do głowy? Żeby ktoś uczył nas myśleć, zamiast powtarzać, że Słowacki wielkim poetą był?
    No przecież to bez sensu, żeby ktoś taki był nauczycielem polskiego.

    PS3. Dzięki Pani metodom nauczania i paru chwytom pedagogicznym podpatrzonym u anglistki z podstawówki - udało mi się w pare miesięcy zapełnić kalendarz korepetycjami z angielskiego z dziećmi. Jedna mama polecała drugiej mamie… I nie chodziło tam nijak o moją wiedzę językową - profesor Kordala mogłaby potwierdzić, że mój angielski był co najwyżej na średnim poziomie - ale o sposoby nauczania, które sprawiały, że rodzice się 20 razy upewniali pod koniec roku akademickiego, że we wrześniu wrócę mieć zajęcia z ich dziećmi, bo one W KOŃCU coś zapamiętują i same z siebie się uczą. Ba, teraz po wyprowadzce do Poznania i tak wszyscy do mnie zadzwonili się zapytać, czy może jednak nie wracam…A ja dobrze wiem komu zawdzięczam to, co umiem. Szkoda by było, żeby następne pokolenia nie miały od kogo przyswoić takiej praktycznej wiedzy pedagogicznej, przydatnej przy każdej pracy z innymi ludźmi.

  15. Kacper pisze:

    @Delfina

    “Czy może coś się zmieniło i tylko nam było tak źle, że próbowaliśmy działać? (…i nie wiem jak inni, ale ja pożałowałam)” - widzisz, może niektórzy wolą się przemęczyć, niż później żałować… Poza tym w szkole uczniowie mają tak naprawdę niewiele do powiedzenia. To rodzice muszą wykazać inicjatywę i chęć zmiany czegoś na lepsze - dla ich dzieci. Cóż oni jednak mogą zrobić, jeśli niezbyt się orientują co tak naprawdę dzieje się w życiu ich dzieci, lub są zbyt zapracowani, by kiwnąć palcem (na zasadzie “niech to zrobi ktoś inny, na pewno ktoś taki się znajdzie”)?

    Tu nie chodzi o to, że ludzie nie chcą nic robić. Tu chodzi o to, że nie mogą nic zrobić. Tyle razy już się rozbiłem na uczelni o własną bezsilność w konfrontacji z wykładowcami, że teraz już raczej nawet nie podejmuję walki. Staram się zachować swoją godność i honor, ale nie staram się wykazać heroizmem.

    Moim zdaniem nie chodzi w życiu o to, żeby ciągle o coś walczyć i ciągle przegrywać. W codziennych sprawach warto sobie czasem dać spokój, by mieć spokój. Tym bardziej, jeśli już na początku wiadomo, że walczymy z wiatrakami. Sama poza tym nie dasz rady.

    A liceum trwa tylko trzy lata - to za krótko, żeby tak nadepnąć na odcisk masie, by ta się zbuntowała. W PRL “wielkie” protesty też nie miały miejsca co roku…

    Ludzie po XII LO potrafią coś zmienić, ale potrafią też obliczyć prawdopodobieństwo tego, że im się uda…
    Rozsądek i przystosowanie.

  16. Awicenna pisze:

    O przepraszam - ja nie potrafię, za dużo zmiennych. By the way - nowych notek nie budziet?

  17. sylwcka pisze:

    Jako, że dzisiaj Pani dzień, to życzę bycia taką po prostu, zwykłą Barbarą Strzelecką, która inspiruje, zmienia i nie czeka, aż świat sam stanie się lepszy.
    Z wyrazami ogromnego szacunku,
    sylwcka

  18. DaVi(d)nci pisze:

    @sylwcka

    Ja myślę, że nie istnieje ktoś taki jak ZWYKŁA Barbara Strzelecka. Inaczej nie mogłaby inspirować i zmieniać świata.

  19. DaVi(d)nci pisze:

    Co, jak powszechnie wiadomo, robi.

  20. sylwcka pisze:

    “Zwykłą” w znaczeniu “po prostu”, czyli taką jaką ją znamy.

  21. strzel_ba pisze:

    Kochani. Dziękuję wam za wszystkie słowa, które odbieram jako pocieszenie. Ale nie pocieszenie jest mi w tej chwili potrzebne. Ja potrzebuję oręża i tarczy. Jak każdy, który powinien się bronić.

  22. surfer pisze:

    Hm. po przeczytaniu tego bloga (choć może “czytaniu” byłoby tu właściwszym określeniem, gdyż przemiał tak obszernego materiału jest jednak czaso- i praco- chłonnym zajęciem) zdecydowanie muszę zmienić moją bądź co bądź niepochlebną to tej pory opinię, którą jako tegoroczny pierwszoklasista w spuściźnie od starszych “ścisłych” otrzymałem. W obliczu ogromu pracy i ekspresji, jaką niewątpliwie jest przeładowana ta strona a także niezbyt pozytywnych do tej pory doświadczeń z dwunastkowymi polonistami chciałem dorzucić i swoje słowa zachęty oraz pokrzepienia. A tarczą niechaj będzi pani wiara, a orężem chęć życia i pozytywne podejście.

  23. strzel_ba pisze:

    Ha! Zdobyłam jednak jakąś jedną młodą duszę! :) . Czyli co, “magia nadal działa”?
    Eh, dobre i to. Jutro zaniosę może do szkoły anioły.
    Dzięki, Surferze, i witaj na naszym blogu.
    Czy Surfer zmieni stan zawieszenia bloga? Czy przywróci mi “wiarę i pozytywne podejście”, które przecież na ogół miałam?

  24. surfer pisze:

    O tak, wystarczy tylko “odrobina wiary, zaufania i magicznego pyłu” (;
    Za powitanie dziękuję a i nadzieję mam ogromną, iż faktycznie chwilowe zawieszenie minie, gdyż treści tutaj zawarte wciągają i jak tak dalej pójdzie to przerzuce wszystko widłami jeszczcze do końca przyszłego tygodnia. A szkoda by było żeby marnował się taki potencjał (z resztą myślę, że moją opinię podziela cała reszta ‘bloggersów’).
    Pozostaje tylko życzyć powodzenia i do zobaczenia w następnym wpisie!

  25. Kajor pisze:

    strzel_ba pisze: 17 października 2009, o 18:31 :
    Ja potrzebuję oręża i tarczy. Jak każdy, który powinien się bronić.

    Niestety - ten świat jest dziki.
    Wiara i pozytywne podejście? Ja już dawno je utraciłem.
    W myśl znanego powiedzenia: “Umiesz liczyć - licz na siebie. Twoje szczęście innych j***”(no, powiedzmy, że nie obchodzi). Jako realista (skrzyżowany oczywiście z pesymistą) niestety mam taki odbiór świata.
    (A co robi realista? Czyści kałasznikowa…)

    A potencjał jest zaiste wielki - czekam tylko na uwolnienie jego skumulowanej dawki.
    No i oczywiście następny wpis. :)

    (Bo my gamonie jesteśmy, ale w sumie fajne są lekcje ze “Strzelbą”) :)

  26. Awicenna pisze:

    Nie spodziewałem się, że będę pisał w obronie pozytywnego podejścia, ale wobec powyższego przesłania pesymizmu pozostaje mi tylko przekazać żółtą koszulkę lidera koledze…

    Świat nie jest dziki, na szczęście.
    Inni potrafią pozytywnie zaskoczyć.
    Pozytywne nastawienie do ludzi pomaga. Czasem.

  27. surfer pisze:

    Johoho.
    Tyle głosów wsparcia, tyle próśb i oczekujących “gamoni”. Czy nasz głód zostanie zaspokojony? ;)
    Mi lekcje o kiczu czy kulturze obrazkowej wystarczają, żeby podyscić ciekawość i łaknienie na ciąg dalszy artystycznych uniesień i ciekawych spostrzeżeń odnośnie otaczajacego nas świata.
    Więc pytam: co dalej?
    http://www.youtube.com/watch?v=PsmlMo0_b3Y - “Strzelby z Brixton”. Ciekawa analogia jeśli o tytuł. Polecam również zapoznać się z tekstem.
    “Będziemy wlaczyć, będziemy konać - nigdy nie damy się pojmać!”

  28. strzel_ba pisze:

    Kochani moi, ja nie kokietuję, nie zapominam o was, nie lekceważę, tylko …
    Jestem w czarnej dziurze. Nie ma mnie właściwie. Zostałam przez złą wolę człowieka pomniejszona, jak Alicja, co zjadła ciastko. Nieswojo mi w tej formie, próbuję coś tam jeszcze ze sobą zrobić, złapać jakiś kontakt z rzeczywistością, ale trudno z tym sobie tak od razu poradzić.

    Ja jestem tytanką. Pozbieram się. Odrodzę. Silniejsza i może mądrzejsza (pierwsze gwarantowane, drugie niekoniecznie). Potrzebuję dużo wsparcia i trochę czasu.

    @Kajor: Witam nowego gościa na blogu. Kajor, twoje pojawienie się oznacza, nieuchronnie i paradoksalnie, że zbliża się czas pożegnania. No bo trzecioklasiści dopiero pod koniec nauki zaczynają tu się pojawiać, jeśli nie pojawili się na początku klasy pierwszej :).
    Jak zaczynają być tacy fajni i można z nimi pogadać, to odchodzą, no!

    Ale w każdym razie witaj i powiedz, co ja ostatnio zmalowałam? Bo nie pamiętam, czym mogłam się narazić :)

    @Awicenno! Starzejesz się, bez dwóch zdań. Mówisz, że można liczyć na ludzi? Masz jakiś odwrotny proces poznawania świata. Projekcja od tyłu? Ja zaczynałam od wiary w ludzi, a teraz mi trochę napęd wysiadł. Ty zaczynałeś od pesymizmu,a teraz się do ludzi i świata przekonujesz.:)

    Statystycznie, jak by to ujął matematyk, wychodzi na to samo, średnio jesteśmy w tym samym punkcie. Więc może: co za różnica?
    @Surferze - nie zawiodę cię. Coś jeszcze na tych lekcjach wymyślę :)

  29. Awicenna pisze:

    Mnie się posypały dziś plany dotyczące najbliższej przyszłości (świąt i sylwestra), więc dziś i u mnie o pozytywy trudno.

    Że się starzeję to prawda. Ale jak leniwy byłem tak jestem dalej. Mam trochę rozgrzebanej roboty, która czeka aż nadejdzie wena, trochę wypadałoby się zacząć uczyć do egzaminów, ale w zasadzie nie bardzo jest czego, a trochę chciałoby się chcieć, zrobić coś więcej, ale zebrać się do roboty nie można. Ech, nawet ostatnio chłodniej, nie tylko w swetrze ale i w kurtce trzeba chodzić, więc nawet na nadmiar słońca rzeczonego lenistwa zrzucić nie można.

    Na ludzi można liczyć, a trzeba w nich wierzyć tak ogólnie. Acz nie zanadto ;) Czasem mogą być bardzo pomocni.

    Że się teraz przekonuje nie powiedziałbym - najlepsi znajomi to ci, których znam lat naście, ci sami w dużej części co w dawnych czasach liceum. Może teraz częściej daję szansę innym.

    A statystyka jest jak bikini, jak wiadomo.

    Nie jest lekko, oj nie.

  30. Kacper pisze:

    A ja żałuję, że nie mieliśmy WOKu z Panią. Nie mieliśmy takich fajnych lekcji o kiczu…

    Życzę szybkiego odrodzenia się i ciekaw jestem ogromnie w jakiej postaci nastąpi. :)
    Bo tak mi się wydaje, że raz na jakiś czas trzeba kopnąć pewne dotychczasowe zobowiązania w… zad i zacząć coś zupełnie nowego. Przewietrzyć życie.

  31. sylwcka pisze:

    @surfer
    A ja mam nieodparte wrażenie, że skrajny pesymizm jest usprawiedliwianiem siebie. Świat jest jaki jest i zawsze taki był i będzie. Jacy ludzie taki i on, więc jeśli coś nie odpowiada to należałoby zmieniać siebie i swoje otoczenie, ewentualnie wymienić otoczenie. Nie twierdzę, że huraoptymizm jest dobrym wyjściem, raczej jestem od tego daleka, ale tak naprawdę, co konkretnie Tobie ten świat złego zrobił? Mnie póki co omija, te wszystkie złe rzeczy dzieją się gdzieś tam daleko, może stąd takie podejście. Wracając do pierwszej myśli, gdy zakładasz, że i tak wszystko jest złe, to po co działać, zmieniać, ulepszać?
    I żeby było jasne: optymizm jest mi obcy i nie mam najlepszego zdania o człowieku jako takim i jego naturze, sens leży w świadomym działaniu istot ludzkich, tylko teraz pytanie na ile jesteśmy świadomi dlaczego coś robimy?

    @strzel_ba

    Trąbiął o górnikach, więc ja tylko tak cicho: siły życzę:)

  32. sylwcka pisze:

    I jeszcze jedno, ale zupełnie z innej beczki:
    Jak może obyć się galeria kiczu, bez durnostojki, która po potrząśnięciu imituje scenę jak z Amerykańskiego filmu, tzn. opasły czerwony krasnal z workiem wśród wiórków kokosowych? Z resztą nie tylko takie postacie znaleźć można w takich upiększaczach przestrzeni. Niestety nie mam na stanie, więc tylko proszę o uzupełnienie kolekcji, a jeśli sama spotkam w sklepie, to czym prędzej prześlę utrwalony obraz kiczu.

  33. strzel_ba pisze:

    Sylwuniu, widzisz, galeria się buduje głównie ze zdjęć zrobionych własnoręcznie (idea pracy domowej), a więc zakłada posiadanie takiego przedmiotu. Widocznie nikt nie miał w domciu, ale przywoływaliśmy ten przykład na lekcji.
    Tylko kilka zdjęć jest z sieci, a i te z czasem ustąpią miejsca “oryginałom”.
    A jeśli chodzi o pesymizm: to Kajor, a nie Surfer, był tym czarnym pesymistą! :) Zresztą kompletnie tego nie rozumiem, bo na co dzień to zupełnie normalny młody człowiek :) :) :)

    (I dziękuję za życzenia. Jako patronka górników - muszę być silna. Ostatecznie fedruję na przodku, nie?)

  34. surfer pisze:

    @Sylwcka
    johoho. cóz za napad bez powodu (; mam nadzieję, iż był on wynikiem zwykłej pomyłki, jak strzel_ba grzecznie powyżej zauważyła. Ale skoro już poruszasz ten temat to muszę wtrącić swoje trzy grosze. czy pesymizm jest usprawiedliwianiem siebie? od razu muszę zacząć od tego, że cierpię na skrajną ambiwalencję. nienawidzę, gdy ludzie z potencjałem się marnują i lubię ukazywać im tę dobrą stronę życie. ale z drugiej strony - pesymizm, realizm. w obecnych czasach oba te pojecia nierzadko się pokrywają. jednakże byt określa świadmość. ja osobiście uważam, ze im bardziej pesymistyczną(realistyczną) postawę obierzemy z tym więĸszym dystansem możemy świat otaczający nas dojrzeć i dążyć do jego zmiany. dlatego wydaje mi się, że pesymizm i chęci działania wzajemnie się nie wykluczają. pozatym należy też doświadczyć ten ciemnej strony, bo należycie byc w stanie doceniać wszystko to, co przytrafia się nam dobrego.

    @strzel_ba
    nie wątpię i tylko sobie ząbki ostrzę.

    swoją droga, jaka nam się lawina komentarzy posypała. więc nie poprzestaję w moim uporczywym gnębieniu!
    Chleba i Igrzysk! - woła lud. a zachcianki ludu warto spełniać.
    potrafi się pięknie odwdzięczyć
    :)

  35. sylwcka pisze:

    Oczywiście, że pomyliłam adresata. Najszczersze przeprosiny surferze:] Ale to nie był napad:P
    A tym razem do Ciebie się zwrócę:
    Pesymizm nie jest według mnie sam w sobie zły. Zaznaczyłam, że mówię o skrajnej postawie, która opiera się o ciągłe narzekanie i szukanie problemów tam gdzie ich nie ma. Poza tym, nie wiem czy słusznie, utożsamiam skrajnych pesymistów z osobami niezadowolonymi z siebie. Tego też nie neguję. Jedyne czego nie toleruję to dzielenie się tym zawiedzeniem swoją osobą z całym światem. Staram się unikać takich osób lub ewentualnie im przytakiwać, bo to wprawia ich w zakłopotanie, co najjaśniej pokazuje, że robią to z czystej próżności i szukają komplementów. Taki człowiek nie dość, że sam jest wiecznie przygnębiony to jeszcze irytuje innych.

    Swoją drogą nie wyobrażam sobie nauczyć się doceniać drobnostki, tylko poprzez drogę męki i cierpienia. To chyba kwestia podejścia i postrzegania. A może nadal nie wiem, co to znaczy doceniać, bo póki, co nie zdarzyło mi się nic, co drastycznie odmieniłoby moje życie, tak bym zmieniła sposób w jaki patrzę na niewielkie rzeczy i zdarzenia. Nie znaczy to również, że czasami tzw. głupoty nie sprawiają mi radości, po prostu zawsze było tak, że niektóre doświadczenia mnie cieszyły, a niektóre nie. I już:]

    Czytając teraz poprzednie wiadomości, widzę, ze mogły zabrzmieć dość agresywnie, choć zupełnie o tym nie myślałam, gdy je pisałam. Będę dodawała emoty - zawsze coś;)

  36. strzel_ba pisze:

    Skrajny pesymizm Kajetana wyraża się w następujący sympatyczny sposób: “Witamy, pani profesor, w to jakże piękne jesienne popołudnie” (o godz. 12.05! :) )
    Nigdy nie mogę utrzymać powagi. Mam zresztą świadomość, że młody człowiek sam bawi się swoim “realizmo-pesymizmem”. Jest to zatem pesymista niepozbawiony poczucia humoru. A humor - gwarantuje dystans do głupiego świata, niedoskonałych ludzi oraz naszych własnych zawiedzionych pragnień i ambicji.
    Ja nie nazwałabym się optymistką - chociaż wierzę w ludzi; nie nazwałabym się pesymistką - chociaż nie wierzę w postęp i rozwój “ku lepszemu”.
    Wierzę w wielbłądy i różne kulawe kaczęta, które próbują wyjść poza własne ograniczenia, pozbyć się garbów, obrosnąć w piórka, przekroczyć samego siebie. Człowiek nie jest arcydziełem, ale jest zadziwiający (że przestawię szyk Conradowskiego aforyzmu) - w tym, jak ulega światu, upada, ale i jak dźwiga się z upadku.

  37. Awicenna pisze:

    Po dzisiejszym dniu stwierdzam, że zawiedzione nadzieje, efekt złudnego optymizmu, fajne nie są. Ech, co zrobić, z dawnej satysfakcji został tylko cień.

  38. Kajor pisze:

    @strzel_ba
    Nowy gość? Siedzę na blogu już od dawna, tylko po cichutku. :)

    I chciałbym od razu naprostować wszystkich - nie jestem skrajnym pesymistą. Mam ten swój specyficzny dystans do świata (inaczej już dawno bym powariował), ale wiadomo - trzeba też patrzeć na świat normalnie.
    Przyjmijmy, że mam po prostu humorki. ;)

    Piszecie o dążeniu “ku lepszemu”. A czym jest to lepsze? Ta dobra strona życia?
    Ogólna szczęśliwość - niemożliwa. Szczęście jednych wyklucza szczęście innych.

    Wiara w człowieka? Może i żyję krótko, ale za dużo razy się przejechałem, by we wszystkich wierzyć. I mówię to ja - rozpieszczony dzieciak, który nie zaznał tak naprawdę prawdziwego życiowego “hardcore’u”.

    Na razie podchodzę do świata pesymistycznie. Czy się to zmieni - zobaczymy. O jakichkolwiek zmianach zauważonych na świecie będę informował.

    Dzisiejszy paskudny humorek jest sponsorowany przez tragedie na drogach, paskudną pogodę, naukę chemii i chroniczny brak seksu…
    Do bani.

  39. Kajor pisze:

    I jeszcze ekranizację “Jądra ciemności” J. Conrada - kilkadziesiąt minut temu na TCM.
    Daje do myślenia.

  40. strzel_ba pisze:

    @Kajor: Brak seksu jednakowoż najważniejszy :) :) :) . Ale to się kiedyś zmieni i wtedy świat nieoczekiwanie nabierze kolorów.

    @Awicenno, biedaku, co się stało? Zawiedzione nadzieje, jak twierdzi Schopenhauer, to normalka w naszym życiu. Gwarantowana normalka :)

  41. Awicenna pisze:

    Taaaak, porozmawiajmy o życiu seksualnym… na szczęście ten brak jak sam kolega stwierdził tylko czasowy…

    Cóż, mam prostsze problemy - na mój błyskotliwy, oryginalny i chyba słuszny pomysł (mniej więcej) ktoś wpadł już 3 lata temu co najmniej. Nie zaskoczę więc świata, acz mam subtelne poczucie “ha, miałem rację!”.

    Co do “tego lepszego” - nie zajmuję się ogólną szczęśliwością, ale szczęście można dostrzec w wielu sytuacjach. I wcale nie uważam, by - że użyję zapomnianego już niemal żargonu - była to gra o sumie zerowej.

  42. Awicenna pisze:

    P.S. Dziś święto - dzień wolny od pracy - więc zmykam po zakupy zanim mi sklep zamkną.

  43. Paweł pisze:

    @Kajor
    „Szczęście jednych wyklucza szczęście innych”
    No to już pachnie defetyzmem i nihilizmem.

    Co do postaw życiowych to od zawsze preferuje optymizm (choć przy nieszczęśliwych miłościach był nutka zwątpienia), a z wiekiem i doświadczeniem życiowym dołożyłem do tego sceptycyzm.

  44. Awicenna pisze:

    Blah. Straciłem szacunek do Anglosasów, przynajmniej czasowo.

  45. Kajor pisze:

    @strzel_ba
    Ano co zrobić - na jesień/zimę “niektórym” odbija… ;)

    @Paweł
    Rzadko istnieją udane kompromisy. Widziałeś, żeby kiedykolwiek obie strony były zadowolone w 100%? Poza tym człowiek ma tę paskudną cechę, iż cały czas chce więcej.

  46. strzel_ba pisze:

    @ Awicenno, mam wrażenie, że twoje posty niosą jakąś podwójna treść. No więc powiedz nam wszystko :). Gdzie jesteś i co robisz, skąd nagle ci Anglosasi, o jakim święcie mowa i co z tym sylwestrem :)

    @ Pawle: Czy sceptycyzm nie jest pesymizmem?

  47. surfer pisze:

    juhuhu.
    ciężko mi ogarnąć odpowiedzi do wszystkich postów, bo niedość, że pracochłonne jest to zadanie to jeszcze na dokładkę każdy zaczyna mówić o czym innym i kogel-mogel się robi.
    ale czytając poprzednie posty znów te swoje nieszczęsne trzy grosze wtrącić muszę.
    po pierwsze: cała ta dyskusja o postawach, która się (o tam, w górze!) wywiązałą i nieporozumienia względem używania określeń typu “postawa skrajna”, “postawa umiarkowana” tylko potwierdzają kolejny z moich poglądów. myślę, że szufladkowanie nie jest dobrym pomysłem. niezaprzeczalnie uznajmy fakt istnienia dwóch świadopoglądów - wzajemnie sobie przeciwstawnych. czyż tak nie jest prościej? dodatkowo wątpię czy mimo swych jednoznacznie utartych nazw pesymizm i optymizm można klazyfikować pod kątem: “zły”, “dobry”. każdy z nich ma niewątpliwe wady jak i zalety w zależnosci od stosowania ich w życiu. postawą idealną jest stan równowagi ; )
    a wtracając jeszcze odnośnie “przejechania się na ludziach” (tutaj przykładem Twym sie posługuję, drogi Kajorze) to wydaje mi się, że byłby to dobry argument do poparcia mojego założenia, iż pesymizm w praktyce sie sprawdza. Bo powiedzcie: lepiej dawać człowiekowi na wejściu kredyt zaufania, który może tylko stracić? czy może wygodniej jest obdarzać go minimalnym brakiej szacunku, i pozwolić na niego zapracować - nikt tu się nie wyłoży ; )

    sylwcko: rad jestem niezwykle, iż faktycznie zarzuty te nie w mą stronę kierowane były.
    strzel_bo: mając świadomość Twej wrażliwości na tym puncie - przepraszam za wszelkie błedy, których robię sporo, jednakże jako pokolenie komutera i internetu poddaję się coraz bardziej panującej modzie na dys-mózgowie.

  48. Awicenna pisze:

    Cóż. Nie mam pojęcia co to za święto było. Ważne, że nie było zajęć we wtorek, a że ludzie tu do pracy mają słuszne podejście, to i w poniedziałek część odpadła.

    Anglosasi niestety mają przykrą przypadłość - coś co nie jest napisane po angielsku dla nich nie istnieje, nawet jeśli funkcjonuje w innych językach n lat. I niestety dotyczy to nawet tych autorów, którzy na prace w innych językach się powołują. Korzystając z okazji właśnie przejrzałem taki “artykulik” (bagatela 70 stron, kilka tygodni po kawałku) na który się Anglik w swoim tekście powołuje - i albo ja źle rozumiem, albo on tego nie przeczytał bądź nie zrozumiał. Nic szczególnego może, ale to denerwujące po prostu.

    A aktualnie siedzę i nic nie robię - zajęć mam mało, o egzaminach na razie mowy nie ma. Czasem pójdę do biblioteki zrobić zdjęcia lub ksero (za rzadko!). Niestety, nie ma raczej szans, żebym wyrobił się ze wszystkim, co bym chciał, do końca semestru, więc robię co mogę.

    Plany sylwestrowe są o tyle istotne, że wtedy mam okazję pobyć trochę w kraju.

    Aktualnie bowiem udaję, że studiuję na Universita` di Salento w Lecce, na obcasie włoskiego buta, w ramach programu Erasmus. Jak wrócę do Polski za to będzie ciężko trochę.

  49. surfer pisze:

    Polacy na emigracji - jesteśmy z wami.

  50. strzel_ba pisze:

    Ja się zapytuję, co młodzież robi w nocy przed komputerami? Hę? Do łóżek, a nie potem spać na zajęciach! :)

  51. surfer pisze:

    A ja się zapytuję co nauczyciel robi w środku dnia przed konputerem ;)
    a jak człek spać nie może, to czas konktruktywnie spędzać jakoś trzeba…

  52. strzel_ba pisze:

    Okazuje się, że uczeń i po nocy, i w środku dnia przed kompem :). Urlopowany?

    Nauczyciel języka polskiego mógłby o tej porze uczyć dzieci o “Dziadach” i innych arcydziełach literatury polskiej. Nauczyciel wok-u, jako osoba drugiej kategorii, wypełnia godziny popołudniowe, a przynajmniej te od jedenastej w górę.

  53. Awicenna pisze:

    Ja miałem laboratorium o 14:30, zdążyłem się wyspać…

  54. Paweł pisze:

    @strzel_ba
    “Czy sceptycyzm nie jest pesymizmem?”
    To typowo pesymistyczne pytanie. Sceptycyzm nie musi prowadzić do negatywnych (pesymistycznych) wniosków.
    /Sképsis/ bliżej do /sapere aude/ niż /pessimus/.

  55. surfer pisze:

    nie urlopowany, acz na konferencje uczęszczający to i profity z tego czerpie :)

  56. Awicenna pisze:

    Pawle, to chyba opinia, a nie argument, prawda?

    Sceptycyzm narzuca dystans i umiar zarówno wobec hurraoptymizmu, jak i pesymizmu. Taki arystotelesowski złoty środek trochę. Aczkolwiek odrobina skrajności (jednej i drugiej) też winna mieć od czasu do czasu miejsce. Byle nie za często.

    Można powiedzieć, ze sceptycyzm to brak optymizmu. Co nie oznacza zawsze braku wiary w powodzenie.

    Kurcze, nie mam pod ręką podręcznika (nomen non omen ;) )- czy nie właściwszą wersją byłoby auso zamiast aude? Aude to chyba forma passati, auso - chyba - presenti. Acz mogę się mylić.

  57. Paweł pisze:

    Sceptycyzm to wątpliwości. To w moim przekonaniu zupełnie inna kategoria niż optymizm czy pesymizm. Rzekłbym, że to kategoria obiektywna – przynajmniej z założenia. Masz rację – to zachowanie dystansu, ale nie brak optymizmu. To realne spojrzenie na istotę rzeczy.
    Pesymista mówi: „Nie uda się.”
    Optymista mówi: „Na pewno się uda.”
    Sceptyk mówi: „Nie wiem czy się uda. To zależy od(…).”
    A sceptyczny optymista (czyli ja :) mówi(ę): „Nie wiem czy się uda. To zależy od wielu czynników. Ale biorąc pod uwag wszystkie za i przeciw zaryzykujmy, powinno się udać.”

    PS> Nie mam pojęcia o gramatyce łacińskiej.

  58. strzel_ba pisze:

    “Sapere aude” to cytat, który przywołujemy na lekcji o Kancie: Miej odwagę (myśleć, posługiwać się swoim rozumem). Wikipedia mówi, że to zaczerpnięte z Horacego.
    Natomiast wracając do pesymizmu - optymizmu: jest jeszcze inna postawa niż sceptycyzm, jakkolwiek by go nie definiować. Jakiś rodzaj heroizmu egzystencjalnego: wyznaczanie sobie celów i dążeń bez względu na świat i absurdalność samego dążenia w świecie pozbawionym celu, dążenie i działanie POMIMO świata. Bo to definiuje moje człowieczeństwo.

    Dziękuję, że mi o tym, dzięki tej rozmowie, przypomnieliście. Idę coś naskrobać, jakąś chropowatą nową notkę. Nie jestem jeszcze w szczytowej formie.

  59. Awicenna pisze:

    Aaaaa… zamieniłem te sentencje, skleroza… “Odważ się być mądrym” to “Sapere Aude”, zaś “Sapere Auso” (”Temu który odważył się być mądry”) król Stanisław August Poniatowski kazał wygrawerować na medalu dla Konarskiego…

    Napisałbym coś, ale wolę nie gasić zapału…

Zostaw komentarz