Salon maturzystów wtorek, 14 września 2010

Wróciłam właśnie z całodniowych wagarów, czyli wyjścia młodzież szkolnej na targi ofert edukacyjnych, zwane salonem maturzystów.

Idąc tropem językoznawczym, należałoby tytuł notki wyjaśnić. Otóż salon to eleganckie miejsce albo eleganckie towarzystwo. Można  być “gwiazdą salonów” lub “lwem salonowym”, można “prowadzić salon literacki” albo “wprowadzić gości do salonu”.  Jeśli jednak spojrzymy na dzisiejszą rzeczywistość, to słowa (tak jak i salony) mocno nam staniały.

“Salon fryzur” - to nazwa co drugiego zakładu fryzjerskiego. Czym różni się ’salon’ od ‘zakładu’?  W obu myją głowę i robią trwałą ondulację, tylko w salonie drożej każą płacić.

Widziałam już “salon książek” (Książki tylko o królach i książętach?) i “salon obuwia” (Tylko buty na obcasach?)

Jeśli poczekamy jeszcze trochę, będziemy mieli np. “salon jaj”. A co tam będzie? Może zaproponujecie wykładnię tej nazwy?

Wracając do dzisiejszej okoliczności, można by zastanowić się, jakie to elitarne towarzystwo zebrało się  w eleganckim i nowoczesnym budynku Wydziału Zarządzania UŁ.

Było to, niestety, towarzystwo zebrane nad wyraz tłumnie, a nawet spędowo. Już z definicji tłum jest czymś innym niż elitarny salon.  Młodzi ludzie w wieku poważnym, bo 18-letni, przetaczali się  przez stoiska szkół wyższych, biorąc jak sroczki wszystko, co tam dawano: smyczki, długopisy, katalogi i zakładki. W pięknych aulach wykładowych odbywały się prezentacje ekspertów Okręgowych Komisji Egzamfoto ze strony www.salonmaturzystow.plinacyjnych  na temat matury  z różnych przedmiotów. Młodzi ludzie nie słuchali jednak żadnych wykładów. Prelegent mówił, a wokół gadano, flirtowano, opowiadano dowcipy pełnym głosem, odbierano dzwoniące telefony. Raczej zabawa w remizie, niż salon. Powtarzałam sobie, że nie poszłam tam wychowywać młodzieży z całej Łodzi, ale nie wytrzymałam, kiedy jeden z siedzących na podłodze obok mnie  maturzystów (obcy) wyciągnął się na długość swoich 2 metrów, układając się słodko do snu.

Zadziałałam na niego belfrem :)

Po dzisiejszym dniu mam następujące refleksje:

  • Wiedza przestała być jakąkolwiek wartością dla młodych ludzi XXI wieku. Liczy się nie tyle kasa, bo to zawsze się liczyło, ale kolorowy gadżet i beztroska zabawa.
  • Szkoła  polska żyje w stanie takiego zapóźnienia cywilizacyjnego, że żal serce ściska. Oglądałam dzisiaj wyrzucane do koszy  tony kolorowych druków, bankomaty, kafelki, posadzki, metal i szkło - jak ja jutro wrócę do rzeczywistości szkolnej, w której nie ma papieru do kserokopiarek, komputery otwierają się po dwóch dniach od uruchomienia, nie ma podręczników dla nauczycieli, ale za to są miliony wymagań? I standardy egzaminacyjne.
  • System oświaty jest jednym wielkim światem absurdu. Z jednej strony narzeka się na brak pieniędzy na podwyżki dla nauczycieli i w ogóle na poprawę jakości kształcenia lub bazy szkolnej, a z drugiej setki tysięcy  wyrzuca się na zbędne programy, druki i inicjatywy. Dzisiaj przecież każda szkoła wyższa ma stronę internetową. Każdy może ściągnąć z niej potrzebne informacje rekrutacyjne. Po co jest zatem ten “salon maturzystów”, z powodu którego straciłam cały dzień lekcyjny?

Ach, zapomniałam. Strona internetowa nie da nikomu smyczki.

Komentarze [20] do “Salon maturzystów”

  1. Awicenna pisze:

    Generalnie wydaje mi się, że flirty, żarty i rozmowy jak świat światem były sensem salonów, choć oczywiście można to wszystko robić z klasą lub bez.

    Po drugie - Cała impreza jest zorganizowana w konkretny sposób - to nie maturzyści a szkoły oferują smycze, długopisy i kalendarzyki. Że korzystają to nic zdrożnego.

    Jeśli chodzi o przedmioty humanistyczne, mam wrażenie że chęć pogłębiania wiedzy u tych, którzy ją przejawią zostanie na ten moment brutalnie zabita na studiach I stopnia.

    Co do ostatniego punktu - za moich czasów była to okazja by porozmawiać z kimś, kto zna dany wydział od wewnątrz i może powiedzieć o nim coś, czego w internecie znaleźć nie sposób.

    Pozdrawiam.

  2. strzel_ba pisze:

    Co do żartów i flirtów w salonie - zgoda. Należałoby może zatem uznać, że to wykłady na salonach były nie na miejscu? Coś w każdym razie mi nie grało.
    W każdym razie ja - belfer uważam, że takie wyjście w czasie godzin lekcyjnych jest stratą czasu. Niech sobie młody człowiek odwiedzi targi w godzinach popołudniowych. Ba! Można by zwolnić nawet uczniów po godzinie 12.00. Akurat wtedy tłum zrzedniał, można było swobodnie podejść do stanowisk czy przejść zwyczajnie po schodach na inne piętro, zamiast lewitować w tłumie.

  3. Szymon pisze:

    “Z jednej strony narzeka się na brak pieniędzy na podwyżki dla nauczycieli i w ogóle na poprawę jakości kształcenia lub bazy szkolnej, a z drugiej setki tysięcy wyrzuca się na zbędne programy, druki i inicjatywy.”

    Cóż, to występuje nie tylko w szkolnictwie. Dziś aby zbudować zwykły chodnik dofinansowany z Unii trzeba przygotować opracowanie stwierdzające, iż można taki chodnik wykonać, oraz dowodzące, że przyniesie to korzyści.
    Później, gdy przychodzi do budowy tego chodnika, okazuje się że pieniądze były, ale wydano je na opracowanie, które zalega w szufladzie.
    Pomijam to, iż opracowania wykonywane są przez ekspertów znających się na rzeczy, ale innej niż związanej z tematem opracowania.

    “Wiedza przestała być jakąkolwiek wartością dla młodych ludzi XXI wieku.”
    Przecież wszystko jest w Wikipedii…

    Co do “salonu jaj” - wyobraziłem sobie sterylne pomieszczenie ze szklanymi półkami, na których leżą wypolerowane kurze jaja we wszystkich możliwych rozmiarach od M do XXL, zarówno z chowu klatokowego, jak i ściółkowego. Oczywiście jedno jajo kosztuje tam 3 zł, bo to jajo z salonu. A przecież każdy chciałby mieć jaja z salonu, bo to podkreśliłoby jego przynależnośc do elity społeczeństwa, a nie z jakiegoś tam kurzego targu.

    “Salon jaj” - gdyby był to jakiś klub z wieczorami kabaretowymi, to nazwa byłaby całkiem ciekawa.

  4. Awicenna pisze:

    Zdecydowanie salon nie jest miejscem na wykład :)

    Myślę, że zarówno wyjścia ze szkół jak i takie oferty umrą śmiercią naturalną z czasem, gdy wyprze je internet, zajmując obok nieśmiertelnych informacji “z pierwszej ręki” wiodące miejsce wśród źródeł informacji nt. szkolnictwa wyższego i wyboru kierunku studiów.

  5. Maciej b pisze:

    To wina organizatorów że młodzież skazana jest na takie czasochłonne imprezy. W liceum głęboko w nosie miałem takie salony, które de facto do tej pory nie wiem po co są aranżowane. Doskonale wiedziałem gdzie składać papiery, a jakbym nie wiedział na pewno nie szukałbym mazaczków przy namiocie fizjoterapii. Domyślam się, że to był mus dla każdego, zamiast spędzić dzień szkolny odwiedzić targi. Nic tylko L4!

  6. Agata pisze:

    Te całe salony są właśnie organizowane przez brak pieniędzy. A smyczka czy kolorowa ulotka, jest reklamą, zabiegiem marketingowym, inwestycją wręcz.

    Jeśli uczelnia zainwestuje w materiały promocyjne i dzięki temu jakiś niezdecydowany student wybierze tę właśnie uczelnię, to inwestycja się zwróci. Każdy uczeń więcej na uczelni to zysk.

    Niestety mamy niż demograficzny, maturzystów coraz mniej, a uczelni szczególnie prywatnych, coraz więcej. W takim momencie nawet na państwowej uczelni powstaje twór, biuro, dział promocji, który będzie walczył o każdego licealistę.
    O ile smycz nie przekona dobrego maturzysty, przed wyborem uczelni na przykład w warszawie a nie w łodzi, to takiego gorszego który planował iść na uczelnię prywatną, już może.
    Nie będę się rozwodzić o chwytach marketingowych, ale nad reklamą uczelni też pracują specjaliści.
    A taka reklama jest skierowana nie tylko do najlepszych uczniów.

  7. maturzystka z dwunastki pisze:

    Co racja to racja…
    A teraz kilka moich spostrzeżeń :
    Po pierwsze, poczułam się tam bardzo dziwnie ,gdyż jako jedna z nielicznych słuchałam wykładów - nawet nauczyciele byli pochłonięci rozmową… Maturzyści, a jakby ich ta matura nie dotyczyła…Dlaczego młodzież dzisiaj jest leniwa, bezrefleksyjna , mało ambitna , taka “easy-going” ? Dlaczego ma tak hedonistyczne (żeby nazwać rzecz po imieniu) podejście do życia? Jak najmniej z siebie dawać, i jak najwięcej z życia brać… Mam dosć tej wszechobecnej bylejakości… Zresztą nie można psioczyć tylko na młodych…Starszych też to zjawisko zaczyna ogarniać.
    Po drugie, wykłady były nudne, w większości przypadków nieprzydatne i mało odkrywcze.
    Nie widzę sensu np. omawiania zadań z matematyki z tegorocznej matury - myślę,że każdy nauczyciel juz to zrobił, a jeśli nie, to ma to w planach.
    Po trzecie,oferta uczelni też pozostawiała wiele do życzenia. Dominował Uniwersytet Łódzki ,który zajmował niemalże całe piętro. A Uniwersytetu Warszawskiego czy chociażby Politechniki Krakowskiej ze świecą szukać… Czyżby ogranizatorzy salonu byli przekonani,iż łodzianie są osobami o ograniczonych horyzontach ,nie zamierząjącymi nigdy wyściubić nosa poza swoją cudowną Łódź? Bo to takie piękne miasto,prawda? ;)

  8. strzel_ba pisze:

    Witajcie na blogu, Agatko i maturzystko. Cieszę się, że to moi goście zauważają to, co i mnie uderza.
    Że marketing to niekoniecznie uderzanie do rozumu odbiorcy (a może nawet w ogóle nie do rozumu).
    Oraz że dobre uczelnie jakoś w ogóle nie stawiają na marketing.
    Ciekawe, czy jest tu związek przyczynowo-skutkowy :)

    A na dodatek - zauważam również kamyczek wrzucony do mojego ogródka. Tak, wstyd przyznać, ale nauczyciele potrafią czasem na różnych zebraniach zachowywać się gorzej od niektórych uczniów. Znaczy: gadają, odbębniając swoją obecność, pod ławką sprawdzają klasówki albo czytają gazety. A i zasypiających pamiętam :). Mnie by było szkoda - albo straconego czasu, albo straconej okazji (do nauczenia się czegoś).

  9. Awicenna pisze:

    Zapewniam, że wszystkie uczelnie stawiają na takie formy marketingu, ale również w swoich miastach.

    Jak łatwo jest ponarzekać na młodzież… Ileż osób przyklaśnie. Tylko chyba nie całkiem słusznie. Pomimo coraz gorszej pracy systemu edukacji (głównie z racji zmieniających się programów i koncepcji) coś się chyba w tych kolejnych pokoleniach zmienia na lepsze. Są bardziej energiczne, otwarte, odważne.

    A Łódź jest miastem pięknym i basta. Jak dla mnie na równi ze Szczecinem najpiękniejszym w Polsce (z dużych, rzecz jasna).

  10. strzel_ba pisze:

    Awicenno, była na przykład Szkoła Morska ze Szczecina, ale nie było Politechniki Warszawskiej. Więc to nie tylko marketing w swoich miastach. Były szkoły spoza Łodzi.
    Co do urody Łodzi; ma miejsca wręcz magiczne, ale jest również strasznie zaniedbana i strasznie brudna. Mycie samochodu wystarcza na … pół dnia. Tumany piachu unoszą się w powietrzu. Warszawa jest wybrukowana, wykostkowana, ma aleje i bezkolizyjne ciągi dróg szybkiego ruchu. U nas - przeciągające się procedury oddania kanalizacji lub remonty ulic. Kolejny rok. Czy ja dożyję końca remontów ulic w Łodzi???
    Jutro policzę ilość czerwonych świateł, które mnie zatrzymają po drodze do szkoły. Mój inteligentny samochód obliczył, że jadę przez Łódź z prędkością: 20 km/h. Zabójcza prędkość!
    Widzisz - narzekanie na Łódź bierze się z emocji. Im bardziej kochamy, tym bardziej wymagamy - żeby była naj.

  11. Paweł pisze:

    @strzel_ba
    20km/h to naprawdę dobry wynik, biorąc pod uwagę, że maksymalna prędkość to 50km/h :)
    A Warszawa zawsze mi się wydaje bardziej zakorkowana od Łodzi, ale to pewnie efekt wspomnianej przez Ciebie miłości…. do Łodzi oczywiście :)

  12. Awicenna pisze:

    A ta nieobecność to wina organizatorów czy szkół?

    Warszawa wcale nie jest aż tak wygodna, choć istotnie, nie jest tam źle pod tym względem. Natomiast na pewno nie jest ładniejsza od Łodzi. A stopień zaśmiecenia Łodzi wydaje mi się, ze jest w okolicach średniej europejskiej.

  13. strzel_ba pisze:

    @Awicenno, nie wina, tylko wola organizatorów. Niektórzy nie muszą się aż tak reklamować, bo przebierają w najlepszych.
    @Pawle, to jest chore! 20 km/h to dobra prędkość? To jaka jest prędkość piechura?

    Może by tak zacząć chodzić do szkoły, zamiast jeździć? Oszczędność na paliwie, na amortyzacji auta, na ekologii miasta; dla mnie - linia jak u modelki, bo zrzucę z 10 kg…Nie mówiąc już o kondycji, którą zdobędę.
    Same zyski.
    Tyle, że nierealne :( .

  14. Awicenna pisze:

    E tam. Teraz nikt nie przebiera, wszyscy biorą jak leci. Pieniądz idzie za studentem, więc o studenta trwa bój. Poziom najczęściej pada pierwszą ofiarą.

    O ile pamiętam ok. 20 km to dzienna norma marszowa pruskiej armii z czasów wojny z Francją 1870-71. Także zrobienie tego w godzinę bez wysiłku to i tak nieźle ;)

  15. strzel_ba pisze:

    Tym bardziej, że mój ekwipunek waży zapewne tyle samo, co uzbrojenie takiego pruskiego żołnierza. Od dawna przemyśliwuję nad tym, żeby zakupić sobie taką walizeczkę na kółkach: na tomiki poezji, podręczniki, zeszyty, prace dzieci, pomoce naukowe, moje święte segregatorki z wiedzą wszelaką, przybory szkolne i sok pomidorowy.
    OK, od dziś zachowuję w korkach stoicki spokój, będąc wdzięczna losowi za szybkie tempo przemieszczania się w warunkach bojowych :)

  16. strzel_ba pisze:

    A dzisiaj wyjście na kolejną agitkę (na PŁ) - tym razem będzie chociaż krótko, zwięźle i pokaz laserów :) . Oraz poczęstunek. Napiszcie, jak było!

  17. Awicenna pisze:

    No i się nie dowiedzieliśmy…

  18. strzel_ba pisze:

    Komu by się chciało tu zaglądać i jeszcze co napisać. Imprezy były ostatnio. No i nieobecności na porannym w-fie. Imprezowanie, jak wiadomo, jest najważniejszą funkcją życiową osiemnastolatków. Ważniejszą od oddychania.

  19. Awicenna pisze:

    I słusznie. Potem nie ma czasu. Albo nie ma z kim. Albo za co.
    Wot, studia. Tak realnie mam dziś aż trzeci dzień wakacji.

  20. Awicenna pisze:

    Żeby przypomnieć o istnieniu bloga zamarudzę: jakże ciężko się zabrać do roboty gdy nikt nie goni!

Zostaw komentarz