Halo, tu pasożyt społeczny… sobota, 22 października 2011

Być starszym to marzenie dzieci,
A przecież czas tak szybko leci,
Mija godzina za godziną,
Nim się spostrzegłeś rok upłynął!
I nowa bije już godzina,
Nowy rok szkolny się zaczyna,
(…)
Znów dni popłyną pracowite
Nad książką szkolną, nad zeszytem…
Życzę wam wszystkim na początek
Szkolnego roku samych piątek!

Jan Brzechwa, Nowy rok szkolny (fragm.)

No tak. Nowy rok szkolny otwieram w październiku, a i to tylko dlatego, że mnie niektórzy popędzają. :)
Powody mogą być dwa, oba niewarte wspominania: bycie leniem albo bycie zajętym. No bo nie można być chyba zajętym leniem?
Z powodu owego opóźnienia winna jestem jednak jakieś wyjaśnienia. Z konieczności - będą one autotematyczne.
Prowadzę tego bloga piąty rok, chociaż częstotliwość wpisów spada:). Tematów z życia szkoły nie ubyło, bo to tak, jakby powiedzieć że ze szkoły życia ubyło. To jest różnica fundamentalna, a dotycząca relacji: literatura (świat słowa) - a życie (świat rzeczywisty). Życie tematów dostarcza wciąż. Tylko co za sens jest pisać o tym, czego zmienić nie można? Jestem zatem przykładem osoby: a) zajętej; b) sfrustrowanej niemożnością naprawy świata; c) obserwującej kołowrót starych głupot i starych win  systemu oświaty w nowych kontekstach i konfiguracjach.
Otwierając tego bloga założyłam sobie pisarski kształt moich notek: to miały być felietony (aktualność, subiektywizm, satyra, lekkość, ironia i komizm językowy). Ot, takie ćwiczenie redakcyjno-stylistyczne, które sobie sama zadałam. Jak mi się to udawało, osądźcie sami.
Doszłam jednak do chwili, w której pewne elementy rzeczywistości bardziej mnie wściekają, niż śmieszą. I tak jakoś poczucie humoru mnie z nagła opuściło.
No bo jak tu z lekkością kolibra opisać zmiany wokół statusu nauczyciela, kształt nowej matury (to znaczy tej jeszcze nowszej),  zarobki nauczycieli w Europie (i odnieść je do polskich)? Jak przejść humorystycznie nad tematem 3 godzin pracy nauczyciela dziennie, jak to obliczyła jakaś tam agencja statystyczna? Belfer ostatnio został ogłoszony pasożytem społecznym, żywiącym się krwawicą porządnych obywateli. Zamyka się szkoły, łączy klasy, ludzi zwalnia.  Na dodatek minister od edukacji stwierdza, że nauczyciele są niedouczeni. Oraz leniwi. Dlatego za karę będą pracować o godzinę w tygodniu więcej (albo dwie, kto wie). Tylko żeby nie udawali!!! Wszystko ma być zapisane, udokumentowane! Efekt? Ci najbardziej leniwi - mają wszystko pięknie udokumentowane. Co to za robota, wypełnić kilka linijek? Ci co pracowali “ponad normę”, teraz pracują ponad normę + 2 godz.

Bardziej straszno niż skuczno, bardziej duszno niż nudno.

Belfer i szkoła. Wdzięczny temat Gombrowiczowski oraz październikowy, bo 14 października za nami. Czy w XXI wieku  ten tandem  (archetyp + instytucja kulturowa) jeszcze spełnia jakieś funkcje?

Komu potrzebny jest nauczyciel?  Komu potrzebna jest szkoła?

  • Dzieciaki same wszystko wiedzą najlepiej. A jak nie one, to wie Wikipedia.
  • Ryk zachwytu w w szkole odzywa się nie wtedy, gdy informuje się o nieoczekiwanym zastępstwie (matematyka albo fizyka w tym ścisłym liceum) - ale wtedy, gdy zwalnia się uczniów z lekcji.
  • Zadawanie ćwiczeń domowych jest rodzajem gry w “co mi zrobisz, jak mnie złapiesz?”
  • Nauczyciel to wróg publiczny. Gorzej mają tylko celnicy, którzy zapadają na depresje, bo “ich nikt nie lubi”. (Nauczyciele mają lepiej, bo dostają kwiatki w Dzień Nauczyciela, chociaż z roku na rok są to kwiatki skromniejsze. I nie od wszystkich klas.  Ale czy ktoś słyszał o Dniu Celnika?)
  • Dzień Nauczyciela zamienił się ostatnio po prostu w Dzień Bez Nauczyciela. Uczniowie mają wolne i zostają w domu, nauczyciele nie. Z okazji swojego święta mogą posprawdzać dzienniki albo polecieć do muzeum z garstką tych, których do szkoły przygnało jakieś poczucie przyzwoitości. Średnio siedem osób na klasę.
  • Całe społeczeństwo nosi w sobie traumę po szkole Antka, bohatera noweli Prusa z XIX wieku. Jest to jedyna lektura, jaką  społeczeństwo zna, dlatego ta trauma nie została dotąd  przepracowana :)
  • Właściwie od czasów Antka w szkole niewiele się zmieniło. Nadal dukamy aaaa, beee, ceee.  Nawet na etapie szkoły średniej.
  • Kant miał rację: ludzie boją się własnej i cudzej mądrości. Dlatego o własną nie zabiegają, cudzą gardzą.

Przez większość mojego zawodowego życia walę głową w mur. Mur ma kolor ludzkiej głupoty, biurokratyzmu, lenistwa i tchórzostwa, a ja mam na głowie koronę z guzów.

No cóż, może lepsza taka korona niż żadna?  :)

_____________________________________________________________________________________

W parę dni potem Antek poszedł pierwszy raz do szkoły. Wydała mu się taka prawie porządna, jak ta izba w karczmie, co w niej szynkwas stoi, a ławki były w niej jedna za drugą, jak w kościele. Tylko, że piec pękł i drzwi się nie domykały, więc trochę ziębiło. Dzieci miały czerwone twarze i ręce trzymały w rękawach; nauczyciel chodził w kożuchu i w baraniej czapce. A po kątach szkoły siedział biały mróz i wytrzeszczał na wszystko iskrzące ślepie.
Usadzono Antka między tymi, którzy nie znali jeszcze liter, i zaczęła się lekcja.
Antek, upomniany przez matkę, ślubował sobie, że musi się odznaczyć.
Nauczyciel wziął kredę w skostniałe palce i na zdezelowanej tablicy napisał jakiś znak.
— Patrzcie dzieci! — mówił. — Tę literę spamiętać łatwo, bo wygląda tak, jakby kto kozaka tańcował, i czyta się A. Cicho tam, osły!… Powtórzcie: a… a… a…
— A!… a!… a!… — zawołali chórem uczniowie pierwszego oddziału.
Nad ich piskiem górował głos Antka. Ale nauczyciel nie zauważył go jeszcze.
Chłopca trochę to ubodło; ambicja jego była podraźniona.
Nauczyciel wyrysował drugi znak.
— Tę literę — mówił — zapamiętać jeszcze łatwiej, bo wygląda jak precel. Widzieliście precel?
— Wojtek widział, ale my to chyba nie… — odezwał się jeden.
— No, to pamiętajcie sobie, że precel jest podobny do tej litery, która nazywa się B. Wołajcie: be! be!
Chór zawołał: be! be! — ale Antek tym razem rzeczywiście się odznaczył. Zwinął obie ręce w trąbkę i beknął, jak roczne cielę.

Bolesław Prus, Antek, 1880

Komentarze [48] do “Halo, tu pasożyt społeczny…”

  1. Awicenna pisze:

    Są większe pasożyty - jak np. wieczni studenci ;)

  2. strzel_ba pisze:

    Och, społeczeństwo ma mnóstwo sympatii do wiecznych studentów. Wcale ich nie traktuje jak pasożytów.

  3. Paweł pisze:

    Parę cegiełek z muru zostało jednak zburzonych :) Zawsze mi się wydawało, że problemem nie są nauczyciele (w dużej mierze to mądrzy i zaangażowani ludzie) ani uczniowie (w dużej mierze to mądrzy i ciekawi świata ludzie) tylko wszech ogarniający system, centralnie planowany system oświaty, który nie służy nikomu. Dlaczego słusznie zauważono, że gospodarka centralnie planowana nie zdaje egzaminu, a nikt nie zauważył, że system oświaty o takiej samej konstrukcji jest równie beznadziejny. Dlaczego Państwo zakłada, że ma monopol na program edukacji i narzuca wszystkim jedynie słuszną wiedzę… i to najintensywniej na poziomie edukacji szkolnej,kiedy to umysł jest najsprawniejszy i najciekawszy otaczającego go świata. Na studiach bywa już trochę lepiej.
    Basiu, moim zdaniem Ty nie bijesz głową w mur, ty próbujesz ten mur ominąć, pokazując uczniom coś więcej niż program, zmuszasz do myślenie (co podobno nie boli). Ale mam chyba złe wieści, póki co ten mur to zaklęty krąg :(
    Pozdrawiam.
    ps. Ciekawy artykuł na ten temat tutaj:
    http://aleksanderpinski.nowyekran.pl/post/30826,szkola-beznadziei

  4. strzel_ba pisze:

    Pawle, artykuł i ciekawy, i kontrowersyjny. Zamierzam zaripostować, ale najpierw kartkówki z Wesela … :)

    Jak ja nie znoszę kartkówek, klasówek albo w ogóle identycznych prac w ilości 30 albo 60! Jak ja bym chciała mieć garstkę uczniów - i uczyć ich po mojemu!
    Marzenie ściętej głowy. Nie w społeczeństwie masowym.

  5. Ajax pisze:

    Istnieje taka opcja w Łodzi (nie wiem jak w innych miastach/krajach) jak “Szkoła europejska”. Uczeń ma możliwość wyboru kilku przedmiotów, które najbardziej go interesują i ma zamiar pisać z nich maturę. Według mnie jest to dużo skuteczniejsze niż nauka w publicznych, polskich liceach, gdzie uczeń ma obowiązek nauki wszystkich przedmiotów, a tych, które najbardziej go interesują na poziomie rozszerzonym. Z jednej strony nie można pozwolić, aby człowiek był zupełnym ignorantem z wielu dziedzin nauki, ale jest to dużym marnotrawstwem czasu nauczyciela i ucznia zmuszać go do “wykucia” na pamięć wiedzy o rzeczach , o które podczas życia się nawet nie otrze (zakładam, że osoba w wieku licealnym ma ogólne pojęcie, co ma zamiar robić w życiu). Może wprowadzenie czegoś takiego w polskich szkołach, pomogło by uzdrowić polski system edukacji.

    Pozdrawiam , A.

  6. strzel_ba pisze:

    Witam Cię u nas, Ajaks, serdecznie! Nowy gość, świeża krew, dyskusja może się rozwinie :) Cieszę się jak wampir. To takie skojarzenie po lekturze “Zmierzchu” :)
    Nie wiem tylko, czy matura “szkół europejskich” jest honorowana na polskich wyższych uczelniach.
    Idea wyboru przedmiotów, całych bloków, a także nawet poziomu uczonych przedmiotów - to była idea z samego początku reformy, tej reformy sprzed 20 lat, kiedy ja zaczynałam swoja pracę w szkole. Wszystkie te piękne pomysły rozbiły się o rzeczywistość, czyli o biedę, dziury budżetowe i inne takie okoliczności, wywołane rewolucją systemową i przebudową państwa. Najłatwiej było wdrożyć oszczędności w sektorach nieprodukcyjnych. Obciąć wymiar tygodniowy godzin przedmiotów w szkole (tylko religia wzrosła), zamrozić pensje nauczycieli, obciąć dodatki. (To wtedy poloniści stracili dodatek za sprawdzanie zeszytów). Wyrzucono wtedy też pomysły reformatorskie. Przeprowadzono za to reformę struktury szkół (te gimnazja nieszczęsne). Przypuszczam, że tak czy siak musiało to kosztować kupę kasy, ale reforma idei oświaty - poszła do kosza. Dzisiaj znów się wspomina o dobrowolności wyboru, o blokach , o poziomach kształcenia (do wyboru) - ale co z tego wyjdzie? Mamy się przekonać za rok, dwa. Chyba, że przyjdzie Jego Wysokość Kryzys :)

  7. strzel_ba pisze:

    @Pawle, obiecałam komentarz do artykułu.
    1. Autor twierdzi, że w idealnej, wolnej szkole “uczniowie sami wybiorą to, co lubią” - Niestety, jest to założenie idealistyczne. Uczniowie wybiorą to, co będzie
    a) łatwe,
    b) mało obciążające godzinowo
    c) to, co wybierał kolega lub rodzice kazali.
    Już dawno przekonałam się, że duch w narodzie ginie. Tak niewielu moich uczniów czegoś od szkoły chce, tak niewielu uczy się dla przyjemności poznawania! Wszyscy traktują szkołę jak beznadziejny, nudny obowiązek. Ja im się nie dziwię, bo ta szkoła jest strasznie archaiczna. Ale ja przecież taką samą archaiczność przeżywałam, a uczyć się lubię. Nigdy w tym względzie się nie przepracowałam, mam wciąż ciekawość. Ostatnio oglądałam z wypiekami na twarzy film na Discovery o teoriach fizycznych i koncepcjach wszechświata. Fan-tas-ty-czne! Dlaczego nie zostałam fizykiem?!
    2. Zgadzam się z tezami o głupocie dzwonków. To psychologowie powinni wypowiedzieć się, ile czasu powinna trwać lekcja w 1, 2 3 i w dalszych klasach. Przy dwojgu dzieci w klasie - już mogą pojawić się różnice w potrzebach rozwojowych każdego z nich (jedno potrafi skoncentrować się na 5 minut, a drugie na 15), a cóż dopiero przy 30 (trzydzieściorgu) dzieci! Znowu odzywa się oszczędność: nie możemy robić małych klas i dbać o potrzeby rozwojowe, bo kasa…
    Dzwonki mają jedną zaletę: dawkują partię wiedzy. Bo nauczyciel to mógłby tak gadać i gadać, a przecież główki uczniowskie małe są i niepojemne :)
    3. Jeśli chodzi o produkcję geniuszy, to jestem bardzo sceptyczna. To z psychologii rozwoju wynika, że jako dzieci jesteśmy bardziej mobilni i odkrywczy. Jak już parę rzeczy odkryjemy, to nasz zapał naturalnie opada. To nie wyłącznie szkoła dusi geniusz i odkrywczość. Ale - skutecznie ten proces duszenia wzmacnia, to prawda.
    4. Absolutnie kluczowa jest kwestia motywacji. Uczenie przez motywację - tak powinna brzmieć teza szkoły przyszłości. Bo motywacja- to i emocje, i konkretne przełożenie teorii na praktykę, na cel. Kiedy człowiek nie wie, po co się uczy, to się nie uczy. Kropka.

    Mam jeszcze parę komentarzy, ale nie chcę przynudzać :). W dużej części artykuł jest demagogiczny, bo przywołuje cudze przykłady bez kontekstu. Ja uważam, że ustalanie jakiejś bazy (podstawy programowej) ma sens, bo wyznacza jakieś minimum, standaryzuje dokument, zwany np. maturą. Możemy ze wszystkiego zrezygnować: z MEN, ze szkół, z kanonu lektur, z egzaminów. Wikipedia zastąpi szkoły. Ale po 100 latach wrócimy do jaskiń, niestety. Tak sądzę.

  8. sb pisze:

    W ramach przerwy w “nauce” postanowiłem zajrzeć:).

    Ostatnio, po różnych doświadczeniach zawodowych, chwilę zastanawiałem się nad poziomem “ludzików” po LO, studiach itd.

    Po pierwsze - wg mnie;) - brakuje takiego praktycznego zastosowania nauczanych zagadnień. Po LO (o studiach nie wspominając) są problemy z napisaniem CV, policzeniem odsetek, publicznym prezentowaniem (no ok, tutaj dochodzą różne inne cechy) i masa innych. Są przecież przedmioty (zatem czas i środki) które, teoretycznie, przekazują taką wiedzę tylko prezentują ją na jakiś abstrakcyjnych przypadkach. Chyba łatwiej byłoby przekonać młodzież do nauki jeżeli zdobyte umiejętności można by “od razu” przełożyć na różne korzyści - zdobytą dorywczą pracę, jakieś dodatkowe oszczędności. Druga rzecz, że takie umiejętności łatwiej rozwijać. Patrząc na ofertę banku nikt nie będzie przypominał sobie lekcji o “pociągu wyjeżdzający z punktu A…”.
    Szczególnie w LO takim jak XII (tj mat-fiz) jest na prawdę duży potencjał na nauczenie rzeczy które mają ten sam poziom trudności, a miałyby praktyczne zastosowanie. Wiedza z matematyki/statystyki jest bardzo przydatna przy bardzo wielu narzędziach projektowych - wykorzystywanych w korporacjach, służbie zdrowia. Zamiast tworzenia stron WWW, więcej czasu poświęcić na Excela, Worda - rzeczy które praktycznie każdemu się przydadzą. Więcej czasu poświęcić na analizowanie różnych danych, czytanie ze zrozumieniem, przygotowywanie prezentacji itd. Są to umiejętności przydatne niezależnie od branży. I niestety często nieobecne.
    Drugi (kolejny?) problem wynika z czasu potrzebnego na ukończenie szkoły, studiów. Zdjąć kilka godzin lekcyjnych w liceum na rzecz obowiązkowych praktyk, wolontariatu - generalnie na zdobywanie doświadczenia. Korzyści multum - ławiej wybrać studia, możliwość usamodzielnienia się, “zapotrzebowanie” na wiedzę (”to mi się przyda w pracy”), więcej osób aktywnych społecznie, powstawanie nowych, zawodowych, znajomości. Tak samo studia (z wyłączeniem medycyny, może prawa) - czemu aż 5 lat? Na wielu kierunkach sytuacje typu 1 wykład dziennie blokujący możliwość pracy na pełen etat. Krótsze studia nie oznaczają gorszej wiedzy. Za to łatwiej dopasować się do potrzeb rynku i własnych. Również płatny drugi kierunek uwazam, za dobry pomysł. Praca jako “egzamin” z wykorzystania wiedzy. Zarobisz - idziesz dalej. Ale za to w lepszych warunkach, z lepszym, bardziej współczesnym, materiałem. Plus - przynajmniej w moim wypadku;) - płacenie za kursy, szkolenia itp działa motywująco. Znam osoby które skończyły po 2-3 kierunki na dobrych uczelniach. Teoretycznie nawet bardzo dobrze. Ale nic z tego nie wyniosły. Raz, że nie pamiętają, dwa, że nie potrafią tej wiedzy zastosować. A potem są problemy ze znalezieniem pracy - albo pracownika (zależy z której strony spojrzeć). Bo często praca jest, ale brak osób spełniających te podstawy, o ktorych wspomniałem.

    Podejrzewam, że wyszło długo, nudno i chaotycznie;) Ale jeszcze ostatnie zdanie (dwa). Nie ma sensu siłować się z wikipedią itp. forsować swoją wiedzę i jej źródła. Szkolnictwo zamiast skupiać się na samym posiadaniu wiedzy, powinno uczyć wyszukiwania i stosowanie tejże. Dostęp do informacji jaki posiadamy obecnie nie zniknie - a jeżeli tak się stanie, będziemy raczej skupiali się na zaspokojeniu potrzeb stanowiących fundamenty piramidy Maslowa.

    PS: Wróg publiczny? Zależy od przypadku:)

  9. Paweł pisze:

    @strzel_ba
    Muszę zareagować. Twierdzisz, że uczniowie dokonując wyboru przedmiotów wytypują te które są:
    - łatwe - I co w tym złego. Dla jednego łatwa jest matematyka, dla drugiego język polski a dla trzeciego w-f. Niech każdy wybierze to co lubi i nie marnuje czasu na innych zajęciach, i nie chodzi tu tylko o jego czas, ale także o czas nauczyciela i innych uczniów.
    - mało obciążające godzinowo – to chyba logiczne kryterium ;) a poważnie należy założyć, iż powinno istnieć jakieś minimum godzinowe;
    - to co wybierał kolega (jak sobie nei będzie dawał rady to szybko stwierdzi, że z kolegą lepiej spotykać sie po lekcjach) lub rodzice kazali – gdybym słuchał kolegów to bym był ekonomistą po budowlance ( i pewnie bym nieźle zarabiał ;)

    Masz rację szkoła jest archaiczna i dlatego trzeba z nią coś zrobić. Bo Wasze (nauczycieli) zaangażowanie jest w stanie przekonać jedynie nielicznych. Tu nie chodzi o to, żeby rezygnować ze szkół. Tu chodzi o to, żeby szkoła była dla młodzieży wyborem a nie przymusem. Żeby człowiek szedł do szkoły bo chce a nie bo mu każą, a jak nie pójdzie to rodzice będą się tłumaczyć przed kuratorem. I dlatego zmiany są konieczne, począwszy od odejście od sztywnej podstawy programowej (ile Basia pamiętasz z procesu rozmnażania rozwielitek, czy innych podstaw programowych), w konsekwencji szkoły będą mogły konkurować ze sobą programami. A skończywszy na prywatyzacji szkolnictwa i likwidacji zbędnej administracji (kurcze jakie to by musiały być oszczędności). I tak, wiem, słyszę to oburzenie ludu,że zabierają nam szkoły, ale jak je mają dostępne na wyciągniecie ręki to je mają w głębokim poważaniu. Niestety prawda jest tak, że bardziej szanuje się rzeczy które wymagały od ciebie wyrzeczeń.
    Na takim rynku nie będzie miejsca na marnotrawienie pieniędzy i czasu. Rodzic szybko zdyscyplinuje dziecko, które marnuje jego pieniądze. A jak się nie chce uczyć to niech idzie do pracy. I nie wydaje mi się, żeby to miało doprowadzić nas do jaskiń, nie sądzę nawet żeby ludzie stali się większymi analfabetami niż są obecnie, a ile szczęścia będzie w narodzie i zaoszczędzonych pieniędzy.

  10. strzel_ba pisze:

    Pawle, a ile będzie przestępczości i agresji? Już dzisiaj widać to na ulicy :)
    Po 11 listopada wcale mi nie do śmiechu :(
    Szkoła z wyboru? Ależ tak. Większość będzie wolała pójść na rybki. Tylko skutki odrzucenia edukacji odczujemy wszyscy. Przecież wiadomo, że wyższy poziom ogólnej ogłady - tłumi prymitywny instynkty walki i mordu.
    Zatem jeśli nie jaskinie, to wojna. Co lepsze? Może ta niedoskonała szkoła?
    Zgadzam się z Wami, że w szkole jest taki bezmiar głupot, niepotrzebnych nikomu do niczego, tylko nie ma odważnego, kto to wszystko wyrzuci.

  11. Paweł pisze:

    “Przecież wiadomo, że wyższy poziom ogólnej ogłady - tłumi prymitywny instynkty walki i mordu.”
    To jest dopiero demagogia. Statystyki ostatnich 20 lat wskazują zupełnie coś innego.
    Ilość przestępstw w 1990 - 888 346; 2006 - 1.287.918. W tym czasie, między 1988 a 2006 rokiem udział osób z wykształceniem wyższym w całej populacji zwiększył się z 6,5% do 14,6%. Odsetek osób z wykształceniem średnim wzrósł z poniżej 25% do 35%.
    Trudno tu znaleźć potwierdzenie Twojej tezy. Chyba, że uzasadnieniem był by spadek jakości świadczonych usług edukacyjnych, co - przy faktycznym braku konkurencji, zbyt silnych związkach zawodowych, obowiązkowi edukacyjnemu - nie było by niczym dziwnym.
    PS. Żaden obowiązek czy przymus nie zastąpi poczucia odpowiedzialności za siebie i swoich bliskich.

  12. strzel_ba pisze:

    Pawle, statystyki byłyby pełniejsze (jeśli już mówimy o demagogii), gdybyśmy mieli dane o przyroście populacji :) . Wypadków drogowych też jest coraz więcej, ale nie z powodu pogorszenia się umiejętności kierowców, tylko z powodu większej ilości aut, natężonego ruchu itp. No i oczywiście usługi pedagogiczne pogorszyły się, o czym tu stale biadolimy.

    A druga sprawa: Postaw obok siebie: nauczyciela i kibica z zawodowym wykształceniem. Kto pierwszy komu przyleje? (Ja! Ja!). Jaki udział w tym akcie agresji będzie miała ogłada i poziom wykształcenia? Żaden? Jestem demagogiem (demagożką?)

  13. Paweł pisze:

    Przyrostu populacji praktycznie nie było dlatego pozwoliłem sobie na podanie tych statystyk. Ludność: 1990 - 38 183 000, 2005 - 38 191 000, 2009 - 38 167 329 - wiec zdecydowana stagnacja przyrostu.

    A druga sprawa: Jak zestawimy tego nauczyciela http://media.wp.pl/kat,1022939,wid,7962181,wiadomosc.html?ticaid=1d659 albo tego http://www.prabuty.com/nauczyciel-pobil-dwoje-uczniow/ z typowym kościelnym to wynik mógłby być inny, a poziomy wykształcenia analogiczne. To był taki trochę argument w stylu JKM - takie reductio ad absurdum

  14. Patos pisze:

    Prawie z tej samej beczki. Polecam, można się uśmiać:
    http://wyborcza.pl/1,76842,9882464,Nie_jestem_glupia_czy_leniwa___list.html

    Pamiętam jak byłem w szkole i biadoliłem na historię albo geografię, że po co mi to. Teraz, będąc historycznym imbecylem jest mi wstyd i żałuję, że nie umiem. Nie było we mnie determinacji, żeby uczyć się tych nieciekawych wówczas dla mnie przedmiotów, a nauczyciele nie byli zdeterminowani, żeby pokonać mój opór i wtłoczyć to na siłę.

    I jak się głębiej zastanowię, to mam żal do tych nauczycieli. Mam wrażenie, że moja nieznajomość obowiązkowego materiału wynika ze złej/niewystarczającej pracy nauczyciela.
    Nauczyciel ma wszelkie środki, żeby sprawdzić stan wiedzy ucznia i adekwatnie go ocenić (”Ocenie twoją niewiedzę” mówiła profesor Toś). Brak wiedzy na odpowiednim poziomie skutkuje pozostaniem na nastepny rok w tej samej klasie - i to jest wolność ucznia, a jednocześnie źródło motywacji. Jeśli uczeń chce przejść do następnej lasy, niech się najpierw nauczy. Jego wybór. Dziwi mnie, że w wielu przypadkach oceniany byłem wyżej niż zasługiwałem. Po co więc się uczyć? (Ostatnio musiałem wytłumaczyć komuś gdzie jest Gruzja i do dziś mi wstyd, bo nie wiedziałem :/)

    Smutna prawda jest taka, że odpowiedzią na wszystko są pieniądze. Z chęcią byłbym w życiu nauczyielem - uwielbiam uczyć. Jednak dopóki inne, również ciekawe, zawody dają mi zarabiać kokosy, nie zdecyduję się na to. A uczę tak czy siak. Dając korepetycje. I tam zarabiam kokosy:)

  15. strzel_ba pisze:

    Witaj, Marcinie. Nie wiem, czy ostatnio przywitałam gościa jak należy :)

    Twój post wywołuje ambiwalentne uczucia …
    No bo tak:
    Z jednej strony potwierdzasz, że powinniśmy jednak (my - nauczyciele) dla tego przyszłego dobra naszych uczniów - dręczyć ich kartkówkami, sprawdzianami, odpytywać i maltretować stresem permanentnym. Z drugiej jednak: przecież uczeń ma uczyć się z woli, z wyboru, z miłości…
    No to jak to pogodzić?
    Po wtorkowej maturze próbnej z polskiego zajrzałam na fora, żeby zobaczyć, czy młodym się tematy podobały, czy narzekać będą na nieprzeczytane “Przedwiośnie” . Owszem, wielu narzekało, bo, tak jak my w naszej szkole, “Przedwiośnia” nie ruszyli jeszcze. Ale generalnie mieli do powiedzenia tylko same p. j. k. ch. i inne takie pod adresem swoich nauczycieli oraz “głupiego” przedmiotu.
    Zabolało. Bez sensu, wiem. Ale o tym jest ta notka właśnie. Żem pasożyt społęczny i nikt mnie nie lubiiiiiii, buuuu, chlip!
    Pozostaje mi cieszyć się tym, co mam: kilkorgiem fajnych uczniów którzy “mają pozytywną szajbę na deregulację” i lubią się uczyć. (Powiedzenie kupiłam od premiera i usynowiłam!)

    Pozytywna szajba - może to nas uratuje.

  16. strzel_ba pisze:

    @ Pawle - a jak w kontekście naszej rozmowy o agresji brzmią zapowiedzi wojny w Europie?
    Politycy zaczynają liczyć, ile to już lat nie było wojny, wojna straszą, wojną grożą… Mam wrażenie że jakieś widmo powstaje jednak z prochu i zaczyna być coraz bardziej realnie. Wojny zaczynają się od tego, że ludzie o nich zaczynają mówić.

  17. Kacper pisze:

    Pytanie nie do mnie, ale chętnie na nie odpowiem. :)

    Im dłużej obserwuję otoczenie, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że większość problemów bierze się z mówienia o nich. W związku z tym trzeba przestać mówić i zacząć robić. Od samych dyskusji jeszcze nic się nigdy nie naprawiło. A politycy powinni unikać tematu wojny za wszelką cenę. W końcu jak się ludzie nasłuchają, to uwierzą i wybiorą takich, którzy do tej wojny doprowadzą.

    Swoją drogą to nie takie łatwe wywołać wojnę, gdy tyle państw jest połączonych ze sobą silnymi więzami gospodarczymi.

  18. strzel_ba pisze:

    No ja właśnie nie wiem, z kim miałaby być ta wojna.
    Proroctwa mówią, że Północy z Południem. Aż za dużo wariantów pasuje :)

  19. Patos pisze:

    Większość uczniów to cwaniaki, a w szkole jeszcze rozwijają ten talent. Jeśli jest choćby cień nadziei, że można się nie nauczyć lub nie odrobić pracy domowej, to uczeń w większości przypadków z tej możliwości skorzysta. Nauczyciel nie powinien być tyranem, ale nie może też stać się przyjecielem. W końcu przychodzi do pracy, niech pozostanie w służbowych relacjach. I trzyma się służbowych obowiązków - uczyć i sprawiedliwie egzekwować wiedzę (sprawdziany, klasówki, odpytki). Szkoła to nie instytucja dobroczynna, uczeń nie przychodzi tam dobrze się bawić, tylko nauczyć się czegoś. A że się przy tym zestresuje? Nikt go nie zmusza. Może iść do technikum gastronomicznego - gotowanie wspaniale relaksuje.

    Jakoś tak się składa, że najmilej wspominam tych nauczycieli, którzy najwięcej mnie nauczyli. W przeciwieństwie do tych, którzy nauczyli mnie niewiele. Dzisiaj nieistotne jest dla mnie czy na ich lekcjach dobrze się bawiłem.
    W pewnym zakresie nauczyciel może wpłynąć na opinie o sobie. Głównie rzetelną pracą i profesjonalizmem.

  20. Patos pisze:

    @ wojna:

    Wojna najlepszym lekarstwem na kryzys gospodarczy.

  21. Kacper pisze:

    @ szkoła:

    Prawda jest taka, że szkoła taka, jaką ją znamy w ogóle nie pasuje do rzeczywistości. Sposób prowadzenia zajęć, znakomita większość nauczycieli - to są relikty XIX wieku.

    Ostatnio słuchałem wykładu Sir Kena Robinsona. Niestety po angielsku, ale mam w planach tłumaczenie. Na pewno się podzielę.

    @ Patos:

    A ja najmilej wspominam tych nauczycieli, którzy zawsze byli przygotowani do zajęć, potrafili powiedzieć “nie wiem, ale się dowiem” i nie strachem, a wiedzą zdobywali szacunek. A najważniejsze, że traktowali uczniów jak ludzi, a nie jak kartki, na których trzeba za wszelką cenę jak najwięcej napisać.
    Do tej pory szczerze nie cierpię (zazwyczaj uraza mija mi dość szybko) prof. Toś, która widząc mnie pierwszy raz w życiu potraktowała mnie jak ostatniego nieuka i oszusta. Nie rozumiała też co to znaczy “wczoraj byłem w szkole pierwszy raz po miesięcznej nieobecności i nie wiedziałem, że oprócz przeczytania “Wesela” mieliśmy się też nauczyć na pamięć listy wszystkich bohaterów i życiorysów ich odpowiedników w prawdziwym świecie”. Nie, na pewno nie przeczytałem i kłamię, żeby nie dostać pały. Z innego z nią zastępstwa zapamiętałem tylko “evviva l’arte!”
    “Słowacki wielkim poetą był!”…

  22. Kacper pisze:

    Słowacki miał być komentarzem do sytuacji. Może jednak wyglądać, jakbym jego też zapamiętał z zastępstwa - dementuję.

  23. Patos pisze:

    @ Kacper:

    Czyli nie odrobiłeś pracy domowej, przyszedłeś na lekcję i oburzyłeś się, gdy nauczyciel zapytał Cię o pracę domową, tak? O tym właśnie piszę, służbowym obowiązkiem nauczyciela jest wyciągnąć konsekwencje.

  24. Kacper pisze:

    @ Patos:
    Gdy ja byłem w liceum był taki zapis w regulaminie, że jeśli ucznia nie było tydzień/dwa (nie pamiętam), to miał tydzień na nadrobienie zaległości. Mnie nie było MIESIĄC. Leżałem w szpitalu, wszystko było usprawiedliwione, lekturę przeczytałem w międzyczasie. Czy praca domowa była taka, czy inna, czy w ogóle jej nie było - nie pamiętam.

    Z resztą jak już coś, to nie oburzyłem się o to, że nie odrobiłem pracy domowej (mniejsza o to, czy była - nie wiedziałem i to jest fakt), tylko o sposób w jaki zostałem potraktowany.

    Jak już chcesz się czegoś czepiać, to przeczytaj przynajmniej czego się czepiasz.

  25. Patos pisze:

    Praktycznie wszystkie prace domowe z języka polskiego odnosiły się do ostatniej, góra przedostatniej lekcji. Przyszedłeś na lekcję z nieodrobioną pracą domową. Masz żal do nauczyciela, że mniej lub bardziej dosadnie zareagował na brak pracy domowej. Choć rozumiem Cię z ludzkiego punktu widzenia, to moje poczucie sprawiedliwości przyznaje rację nauczycielowi.
    Jak ja chodziłem do szkoły, to o uzasadnionym braku czegokolwiek wymaganego zgłaszało się przed lekcją na wezwanie pokazując dowód.

    Jasne, możesz czuć się urażony takim traktowaniem. Ale dopóki mamy edukację masową, a nie indywidualną, nie powinniśmy nawet oczekiwać indywidualnego rozpatrywania każdego przypadku. Jest to raczej miły (choć nieobowiązkowy, za to dosyć częsty!) gest ze strony nauczyciela.

  26. Kacper pisze:

    W związku z czym wszyscy nauczyciele powinni traktować wszystkich uczniów jednakowo: jak nieuków, nierobów i oszustów. Masowo.
    Masowa edukacja jest głupotą, bo każdy człowiek jest inny. Nie ma czegoś takiego jak człowiek - rok modelowy 1992, w którym wszyscy są tacy sami i trzeba ich traktować jednakowo. Nawet w motoryzacji samochody z jednego roku modelowego różnią się detalami. Co więcej sytuacja każdego ucznia jest inna i dobry nauczyciel zdaje sobie sprawę z konieczności wzięcia różnych okoliczności pod uwagę. Nauczyciel, to nie ktoś, kto ma na lekcji jak najwięcej zadań napisać na tablicy, tylko ktoś, kto ma otworzyć umysł na myślenie i do tego przekazać pewną wiedzę.
    Na pewno spotkałeś się z określaniem niektórych mianem “kujon”. Wydaje mi się, że tacy uczniowie biorą się właśnie ze złej interpretacji przez nauczycieli ich zadania. Nauczyciel, który nie ma do przekazania nic poza wiedzą z książki, pozwala uczniom uczyć się tych książek na pamięć i za to nagradza. Trochę nie o to chodzi w edukacji. Jest pewien zasób wiedzy, który powinien być przez ucznia przyswojony, ale nie każdemu, nie wszystko i nie z każdego przedmiotu jest potrzebne.

    Poza tym psychologowie głowią się nad opracowaniem metod, dzięki którym łatwiej będzie się uczyć. Szkolnictwo jednak tego nie widzi i zatrzymało się w epoce “naucz się na pamięć w domu, ja to sprawdzę jak wrócisz”. Znów powiem na swoim przykładzie, mam nadzieję, że tu nie doszukasz się już mojej strasznej winy. Zawsze miałem problemy z zapamiętaniem mało powiązanych ze sobą suchych faktów. Na przykład dat w historii, czy nauczenia się wszystkich rzek w Polsce. Tym sposobem przez całe gimnazjum i większość liceum nie cierpiałem lekcji historii. Nie mówiąc już o geografii, na której nauczyciel oceniał umiejętności kaligraficzne zaprezentowane podczas przepisywania podręcznika do zeszytu ćwiczeń. A historią interesuję się do tej pory, więc nikt mi nie powie, że byłem po prostu w tej kwestii ignorantem. Z resztą uważam, że od nauczenia się dokładnej daty ważniejsze jest osadzenie pewnego wydarzenia w konkretnej epoce i związku przyczynowo-skutkowym. Datę łatwo zapomnieć, a to, czy coś miało miejsce 14.11.1913, czy 22.01.1914 nie ma aż takiego znaczenia.

    Moje poczucie sprawiedliwości nie przyznaje racji nauczycielowi, bo po to są regulaminy, żeby ich przestrzegać. To tyczy się zarówno nauczycieli, jak i uczniów. Z resztą po co się starać, skoro i tak będzie źle? Rozkładasz sytuację na czynniki pierwsze, piszesz o wszystkich pracach domowych i przedostatnich lekcjach. Tu nie ma czynników pierwszych i nie interesuje mnie co było jak ty chodziłeś do szkoły.
    Mam żal do wszystkich nauczycieli, którzy traktują uczniów jak pospolitych oszustów. Bo stąd biorą się wszystkie “cwaniaczki”, o których wcześniej pisałeś. Skoro i tak nauczyciele ich za takich uważają, to po co się starać, skoro tak jest łatwiej? A później nauczyciele narzekają, że uczniowie nie są mądrzejsi od nich. No generalnie o to chodzi i to nauczyciele mają świecić przykładem, nie uczniowie.

    W temacie nieszczęsnej sytuacji, o której dyskutujemy bez sensu i zbyt długo:
    Nigdy nie miałem problemu z przyznaniem się do niewiedzy i nie robiłem z tego wielkiego problemu. Nie wiem, to nie wiem i po co kombinować. Problemem w tym przypadku jest to, że jeśli ktoś miał poważne problemy zdrowotne i nie mógł przyjść do szkoły, a mimo wszystko przeczytał lekturę, dowiedział się co działo się na lekcjach, uzupełnił notatki i wiedział o co chodzi, to należałoby to docenić. A że nie wszystko mu koledzy powiedzieli? No to jego wina? W cywilizowanym (idyllicznym ;) ) świecie powinienem usłyszeć “ok, nie wiesz. kiedy uzupełnisz tę niewiedzę?” - i nauczyciel umawia się ze mną na odpowiedź z danego tematu. W naszym świecie dostałem pałę i taką samą reprymendę jak mój kolega, który nigdy nie przywiązywał wagi do przedmiotu, nigdy nie miał w rękach lektury i był na wszystkich lekcjach, więc wiedział czego ma się nauczyć. No i następnego dnia, na długiej przerwie, do odpowiedzi nieuki!
    Więc wyjaśnij mi: skąd mogłem wiedzieć czego mam się nauczyć, jeśli nikt mi tego nie powiedział? Żeby nie było: zawsze pytałem co trzeba zrobić, nauczyć się… i tak też było w tym przypadku. Wyjaśnij mi jaki dowód miałem przedstawić, jeśli wszystko było w dzienniku zapisane, wystarczyło tylko go otworzyć i sprawdzić. Wreszcie wyjaśnij mi dlaczego miałem zgłaszać nieprzygotowanie, jeśli byłem święcie przekonany, że do lekcji jestem przygotowany?

    Trochę się czuje jak w parlamencie. Europejskim na przykład. Ostatnio słyszałem fragment dyskusji, w którym jeden Pan (Brytyjczyk) powiedział co myśli o zadłużeniu Hiszpanii, Portugalii, Włoch i Grecji. Na co drugi Pan mu odpowiedział: czy wie Pan, że Wielka Brytania wcale nie jest mniej zadłużona?
    A co ma piernik do wiatraka?!

  27. Patos pisze:

    Bierzesz sprawę bardzo personalnie, spróbuj się zdystansować. Pomyśl, że Twoja sytuacja przydarzyła się komuś kogo zupełnie nie znasz, a jedyne co wiesz o sytuacji, to relacja z drugiej ręki.

    Twój pech, że koledzy Ci wszystkiego nie przekazali. Ty uważasz, że to nie Twoja wina i prawdopodobnie jest to prawdą. A więc pech, mimo chęci odrobienia pracy domowej nie mogłeś tego zrobić.
    Ale rozmawiajmy o faktach. A fakt jest taki, że nie miałeś odrobionej pracy domowej i nie zgłosiłeś tego przed lekcją. Zgadzasz się?

    Ja nie twierdzę, że edukacja masowa jest dobra. Zaużmy, że z edukacji masowej wynika uśrednione podejście do ucznia. Jeśli większość uczniów to cwaniaki, to nie dziwmy się, że nauczyciel przyjmuje taki model ucznia. Może poczujesz się dzięki temu lepiej - to nie Twoja wina, że zostałeś tak potraktowany, raczej wina systemu edukacji i nastawienia większości pozostałych uczniów. A Ty znalazłeś się w złym miejscu i w złym czasie - ponownie Twój pech. W efekcie, w skutek osobistej urazy, wyrobiłeś sobie bardzo złe zdanie o nauczycielu, który moim zdaniem był jednym z najlepszych nauczycieli jakich spotkałem; większość znajomych podziela moją opinię.

  28. strzel_ba pisze:

    Moi kochani!
    A tak w ogóle, to w czym problem? Nauka w szkole się komuś nie podoba? Ależ proszę bardzo!
    Edukacja domowa:
    http://www.edukacjadomowa.piasta.pl/
    Tylko którzy z rodziców zechcą własne dzieci uczyć? Którzy nie stracą cierpliwości, opanują nerwy, znajdą ciekawe formy i wyegzekwują wiedzę/umiejętności - nie tracąc przy tym miłości i zaufania latorośli? Szczególnie gdy owe latorośle podrosną już nieco, wąs im się sypnie i zaczną one myśleć raczej o piwku i pannach, niż o mapach lub językach obcych.

    @ Kacprze! Każdy ma prawo mieć gorszy dzień. Nawet nauczyciel o takiej charyzmie, jak pani Toś. Ale ja już ci tłumaczę tamto zdarzenie: nauczyciel jest skazany (przez Formę) na wieczne miotanie się pomiędzy skrajnościami: albo totalna nieufność i podejrzliwość, albo łatka idioty i naiwniaka. Z dwojga złego, w obronie Świętego Autorytetu Gogicznego, wybieramy to pierwsze. No taka karma. Czasem obrywa się ludziom Bogu ducha winnym. Nie ma co trzymać tyle lat urazy :)

    A po drugie: twoja pamięć musi ci płatać figla. Na zastępstwie nie stawiamy ocen, a już tym bardziej jedynek.

  29. strzel_ba pisze:

    A w ogóle to obaj wspominacie jakąś archaiczną przeszłość. Dzisiaj nikt się niczego nie uczy, lekcje odrabia mało kto; lektury czytają dwie osoby na klasę. Mówimy o takiej właśnie skali zjawiska. Ideą samorządu uczniowskiego jest wymyślić klasom kolejną okazję do spadnięcia z lekcji.
    Ostatnio mieliśmy dzień pluszaka (specjalnie piszę małą literą, żeby może odróżnić od Dnia Matki albo co). W dzień pluszaka MAMY NIE PYTAĆ UCZNIÓW. Potem mieliśmy maturę próbną. Nie wolno było zadawać prac domowych, żeby NIE PRZEMĘCZAĆ UCZNIÓW. Z kolei ostatnio dowiedziałam się, że młodzież organizuje dzień talentów. Ale nie będzie prób ani nic, bo młodzież idzie na SPONTANICZNĄ IMPROWIZACJĘ!
    A wy mi tu o jakichś umiejętnościach…

  30. Ajax pisze:

    Nie my (dzisiejsza młodzież) stworzylismy te czasy, ten sposob edukacji żeby być za nie odpowiedzialni. ;) Uczniowie jeśli mogą, to będą od czasu do czasu rezygnować z lekcji. “Winić” za to powinno się ludzi, którzy dają taką możliwość, a nie tych, ktorzy ją wykorzystują, gdyż jak Pani wcześniej napisała, interesuje sie często raczej “piwkiem i pannami” niż nauką.

  31. Kacper pisze:

    Moja pamięć musiała więc spłatać mi figla. Z resztą dobrze wiem, że pamięć czego nie pamięta, to sobie dopowie. Zupełnie jak głuchy. ;)

    A ten pluszak, to kim był, bo nie znam?

    Z improwizacją jest ten problem, że ludzie naoglądają się w telewizji “spontanicznych” i “improwizowanych”, “luzackich” programów rozrywkowych i myślą, że je się tak właśnie robi. Później przenoszą to do swojego życia. A prawda jest taka, że wszystkie te programy (łącznie z audycjami w Esce, która usilnie próbuje udawać spontaniczną i zabawną), mają dokładnie napisany scenariusz i każdy pilnuje wszystkich przecinków. Takie czasy…

  32. Kapitan pisze:

    Ciekawa dyskusja się zrobiła, w sumie nie zbyt wiem co mógłbym dorzucić, dlatego napiszę tylko że grunt to wiedzieć co się chce w życiu robić. Ja już wiem na pewno że chce być związany z morzem i to się przekłada na moje zadowolonie, mimo ciężkich warunków na studiach.

    Kiedy można Panią odwiedzić w szkole? Może kiedyś uda mi się dotrzeć do Łodzi na dłużej niż trzy dni, a chciałbym wrócić i zobaczyć co na starych śmieciach.

    Pozdrowienia ze Szczecina!

  33. strzel_ba pisze:

    Ho, ho, ho, kapitanie!!! :) No Wojtek, wymiatasz! Trzymaj teraz to, co złapałeś. To dobrze wiedzieć, dokąd się płynie :)
    A do mnie wpadaj, kiedy chcesz. We wtorki jestem krócej.

    PS: Czy Ty chodzisz w mundurze??? To już koniecznie musisz przyjść. Dwa metry kapitana w mundurze to ładny widok. A my akurat skończyliśmy Conrada, przydałbyś się jako postać w roli do naszej podróży po Kongu :)

    PPS: Czy ja mówiłam, że wpadacie na blog dopiero wtedy, kiedy kończycie szkołę? Mówiłam.
    A swoją drogą - Wojtek jest żywym przykładem mojego do Was przekazu: Motywacja jest najlepszą nauczycielką w życiu. Nawet lepszą ode mnie :)

  34. Mewa pisze:

    Piszę swój komentarz od 3 miesięcy, takim jestem zapracowanym leniem. Trochę więc odkurzę, ale czekam na generalne sprzątanie i nową notkę :)

    Nie chcę i nie mam żadnych podstaw żeby wskazywać jednego konkretnego winnego tej sytuacji. Bądźmy jednak szczerzy, każdy, i system oświaty, i nauczyciele, i uczniowie tworzą tę sytuację, ponoszą więc częściową odpowiedzialność za jej stan. Nie mam pojęcia jak to wygląda od strony nauczyciela ani, tym bardziej, od strony prawa oświaty. Uczyłam się jednak w liceum i obserwowałam moją klasę.

    Młodzież licealna lubi występować przeciwko systemom. To nieważne jakim, liczy się bunt, to jest modne. Nie krytykuję oczywiście świadomego słusznego buntu, jednak ten licealny jest płytki i nic ze sobą nie niesie. Ważne, że jest. Uczniowie liceum, w większości, zawsze będą się buntować przeciwko nauczycielom. Można za to winić społeczeństwo masowe, brak autorytetów, jakieś historyczne “przyzwyczajenie” do występowania przeciwko władzom, młodość, nie wiem dlaczego tak jest. Wydaje mi się, że sam bunt nie szkodzi najbardziej, a brak szacunku. Ludzie w liceum naprawdę uważają nauczycieli za, przepraszam, idiotów. Nauczyciel nawet nie jest wrogiem, jest tak nieważny i bezwartościowy, że nie warto sobie zaprzątać nim głowę. Uczniowie nie walczą ze szkołą, ich bunt nie jest czynny, ich to po prostu nie obchodzi, lubią mówić, że na szkołę mają “wy*****e”. Ważne za to są takie studia, żeby po nich dużo zarabiać. A improwizacja jest najlepsza, bo wpisuje się w to nastawienie.

    Ajax napisał ““Winić” za to powinno się ludzi, którzy dają taką możliwość, a nie tych, ktorzy ją wykorzystują”. Totalnie się nie zgadzam. Ludzie dokonując wyborów określają się. Jak uczniów, nie mających szans na dokonywanie wyborów i pozwolenia na myślenie, ale za to z samymi piątkami i stuprocentową frekwencją na lekcjach, nazwać odpowiedzialnymi? Owce piątkowicze bez woli.

  35. Kacper pisze:

    Pani Profesor! Ratunku! Czy to prawda?
    http://serwisy.gazetaprawna.pl/edukacja/artykuly/590664,kolejna_reforma_szkolnictwa_pozegnanie_z_liceum_ogolnoksztalcacym.html

    Jeśli prawda, to świat się kończy…

  36. strzel_ba pisze:

    Kacprze i wszyscy inni Drodzy odwiedzający! No skoro media piszą, to prawda. Albo jakaś jej odmiana, tzn. półprawda albo … prawda medialna :)

    Prawdą jest, że kolejna odsłona reformy. Prawdą jest, że tną godziny. Prawdą jest, że zmieni się struktura godzin, przedmiotów, siatka organizacji szkoły.
    Taka reforma zapowiadana była 20 lat temu i nie weszła z powodu kryzysu, zmian ustrojowych i oszczędności. W tej chwili w szkołach jest kryzys, bo w wiek edukacji wszedł niż demograficzny. Ministerstwo postanowiło zatem leczyć dżumę cholerą i na kryzys nałożyć reformę, licząc, że uda się ukryć w totalnym zamieszaniu redukcję etatów nauczycielskich.
    Albo: jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Im bardziej urzędnicy zaręczają, że nie chodzi o oszczędności na oświacie, tym bardziej o to chodzi.
    Ale wiecie co? Ja nie tym się martwię, że godzin na cokolwiek będzie mniej. Ja się martwię o to, że może się nie udać i że i tak pozostanie po staremu. Polsce potrzebna jest nowa szkoła. Tylko co to znaczy?

    Co to znaczy, że licea przestaną być ogólnokształcące? (z artykułu) A czy dzisiaj XII LO jest czy nie jest ogólne? Nie ma żadnych rozszerzeń dla przedmiotów humanistycznych, wszystkie dodatkowe godziny idą na ścisłe.
    W Dwunastce zawsze szliśmy trochę przed wszystkimi Tylko nie wszyscy z tego sobie zdawali sprawę.
    W nowej odsłonie reformy chodzi o to, żeby licealista po 1 klasie wybierał ścieżkę uprofilowania kształcenia: humanistyczną, ścisłą, przyrodniczą, artystyczną…Ma zadeklarować swój wybór, a szkoła ma mu zapewnić realizację tego profilu.
    Dzisiaj teoretycznie nie istnieją tzw profile klas. Nie istnieją, ale istnieją, rozumiecie. No bo jak klasa nazywa się “matematyczna” i ma dodatkowe 4 godz. matmy w tygodniu, to ona jest z profilem czy bez? No ale w oficjalnej nomenklaturze nie istnieją profile. Teraz zaistnieją chyba.
    Dzisiaj: po gimnazjum uczeń wybiera liceum, na ogół to, do którego idą koledzy z paczki. Po semestrze orientuje się, że wpadł jak śliwka w kompot, bo ta fizyka mu jest do niczego. Na wszelki wypadek nie uczy się jednak ani fizyki, ani geografii, tylko marudzi, że system oświaty go ogranicza…
    Jutro: po gimnazjum uczeń będzie miał rok więcej na zastanowienie się nad wyborem kierunku kształcenia (czy on jest ścisłowiec, czy też noga stołowa z matmy, więc humanista :) ) . Czy to znaczy, że wybierze liceum najbliżej domu? Czy też będzie szukał liceum, które obieca, że w drugiej klasie da mu jego ulubiony profil. (A czy on już wie, jaki jest ulubiony?) Czy to coś zmienia? powiedzcie sami. Ja nie wiem.

    Dwunastka nie będzie z pewnością obiecywała profilu humanistycznego ani artystycznego.

    Cięcia w siatce godzin nie są jednoznaczne. Uczeń dostaje wybór; decyduje sam, czego chce się uczyć na poziome rozszerzonym, a czego na podstawowym.

    Czy to wyjdzie w naszym kraju, w którym opinia o szkole jest tak kiepska, pozycja nauczycieli tak marna? Czy zarobią na tym głównie korepetytorzy? Czy zwolnienia obejmą ludzi zbędnych uczniom, czy też ludzi niewygodnych dyrekcji?Czy uczniowie będą z większym zapałem uczyli się przedmiotów, które sami wybrali? A co, jeśli wybory będą nieracjonalne?

  37. Ajax pisze:

    Moim zdaniem jest to zmiana na lepsze, patrzac na to z punktu widzenia panów w garniturach z ulicy Wiejskiej. Oszczędzą na pensjach dla nauczycieli, uzyskają ludzi wyspecjalizowanych w wąskich dziedzinach kosztem podstaw z innych, czyli takich, którymi łatwiej będzie manipulować oraz zarobią więcej pieniędzy dla Polski. Czyżby władza chciała sprawić, że polskie społeczeństwo stanie się bliższe stereotypowym Amerykaninom, czyli ludzmi płytko myślącymi, zamoznymi i sklonnym do ulegania manipulacji? Możliwe , że dla części Polaków będzie to tylko zmiana na lepsze, do stereotypowych zjadaczy hamburgerów zza oceanu brakuje im tylko pieniędzy (taki mój drobny żarcik… ; ) ).

  38. PiSa pisze:

    Z jednej strony nauczyciele świętują, z drugiej wylewają łzy…
    Świetnie uczniowie się cieszą bo będą głąbami, a nauczyciele płaczą, że nie mają komu przekazać wiedzy, a cierpliwość ile razy się przy tych próbach potrafi skończyć?! Ale czemu by nauczyciel nie mógłby być szczęśliwym więcej odpoczne, bo musi płakać- mniej zarobie.

    A takie pytanie Dwunastka szkoli matematyków, czy jak można w sumie uważać renesansowych humanistów :D. A co jeżeli ktoś chce pisać maturę rozszerzoną z matematyki i polskiego?

    Cóż, zbliżamy się do poziomu edukacji w Ameryce. Mój kolega w pierwszej klasie LO, tam to się inaczej nazywa miał dodawanie i odejmowanie liczb.

    A jeszcze Pani Profesor, czy to oznacza, że nie długo przedmiot WOK, też może zniknąć z programu nauczania, w końcu maturę z wiedzy o tańca chcą zlikwidować…

  39. strzel_ba pisze:

    “Z jednej strony nauczyciele świętują, z drugiej wylewają łzy…”
    Nie rozumiem. Kto świętuje? Ci wyrzucani z pracy? Czy ci pracujący. Ja nie pamiętam, żebym jakoś ostatnio świętowała, chyba że 11 listopada. Acha, jeszcze Trzech Króli. Ale to tak jak wszyscy szanowni rodacy.
    Proszę również nie traktować mnie jako jakichś nauczycieli w liczbie mnogiej. Ja to ja.

    Natomiast Twoje pytanie jest bardzo ważne!
    “A co jeżeli ktoś chce pisać maturę rozszerzoną z matematyki i polskiego?”
    No właśnie, co?
    Ja do tej pory w Dwunastce miałam fantastycznych matematyków. Na starej maturze potrafili dostawać szóstki z pracy pisemnej; piątki - z potwornie trudnych pytań na ustnym. Moja olimpijka - też była z klasy matematycznej. Z matematykami wystawiałam poezję Szymborskiej, “Wesele” i inne rzeczy… Tańczyłam “Stworzenie świata” . Moi matematycy fotografują i robią fantastyczne kolaże, udowadniając wyobraźnię i wrażliwość.
    Jeśli ja lamentuję nad czymś, to nad tym, że takich bogatych duchowo ludzi już nie będzie. Będą alfy, bety gammy, jeśli wiecie, co chcę powiedzieć (Huxley). Zaprogramowane w dzieciństwie na jedną ścieżkę. Szkoda. Człowiek powinien być otwarty, wszechstronny, ciekawy świata, bo tylko wtedy ogarnia sprawy z lotu ptaka: jastrzębia czy orła. Obawiam się, żebyśmy nie wyprodukowali jedynie mrówek.

    Ale może to o to właśnie chodzi?

    PS: Natomiast akurat wok nie zniknie. :) Dla woku - nic się nie zmienia, może tylko to, że będzie obowiązkowo w 1 klasie (Teraz dyrektorzy mogli wybrać, w której klasie przydzielić. Czasami spychali do maturalnej, ale to było już zupełnie bez sensu. Wok powinien być w pierwszej, uważam).

  40. PiSa pisze:

    W sumie mnie nie przeszkadza, że Wok mam w 1-szej klasie, nawet dobrze bo ułatwi nam to naukę języka polskiego w przyszłych latach. A o maturę się spytałem bo myślę o rozszerzeniu z matematyki i polskiego. Co do pytania, ale ,,co świętują” no cóż to, że będą mieli więcej wolnego czasu (za mniejsze zarobki).

  41. strzel_ba pisze:

    Zupełnie nie rozumiem twojego toku myślenia. Czy ty myślisz, że nam ubędzie pracy? Że będziemy pracować godzinę dziennie? Niby jakim trybem? Tendencja jest wręcz odwrotna. Ubywa godzin przypadających na przedmiot dla klasy (to uczeń będzie miał mniej godzin polskiego, nie nauczyciel), więc nauczyciel musi mieć więcej klas, żeby wyrobić etat. Do tej pory polonista mógł mieć 4 klasy w roku (4 godz kl pierwsze, po 5 godz kl 2 i 3 , więc około 19 - 21 godzin tyg.) , teraz musi mieć co najmniej 5 klas (5 x 4 godz = 20). A jeśli mu wpadną dwie klasy maturalne, to jeszcze szóstą musi ciągnąć, bo odpracować musi ten wolny maj, kiedy maturzyści odchodzą, a on leży sobie na dowolnie wybranym boku, dłubie w nosie i nic nie robi. Oh, tak poza tym, że siedzi po 12 godzin dziennie na maturach ustnych, że pracuje w weekendy, bo wtedy sprawdza ustne.. pisemne. Taaak, poloniści naprawdę lenią się strasznie. Uważam, że powinno się wymyślić takie rowerki-dynama, żeby jeszcze wsadzić na nie polonistów. W godzinach nocnych pokręcą trochę i oświetlą Retkinię, na przykład. Nie może się ich energia marnować. Nie ma co, nauczyciele to mają duuużo wolnego czasu.

  42. PiSa pisze:

    Przepraszam, zwracam honor. Nie spodziewałbym się tego, iż przybędzie nauczycielom godzin, ale w takim przypadku będzie potrzebnych mniej nauczycieli co wiąże się ze zwolnieniami w szkołach?! I w sumie teraz jest już czego współczuć nauczycielowi, a za razem trzeba mieć pełną wyrozumiałość np. kiedy nauczyciel sprawdza 3 tydzień kartkówkę. A co do ,,rowerków-dynamo” kto wie? Postęp nauki jest dość szybki, może za kilkanaście lat…

  43. antoni pisze:

    pani profesor gdzie są nowe wpisy do ch*ja?!

  44. strzel_ba pisze:

    Antoni!
    Ja dla odmiany powitam Cię grzecznie na blogu, jako nowego gościa. I zwrócę uwagę, że nieco odstajesz od towarzystwa, ze względu na język.
    Ale mam nadzieję, że się poprawisz.

    A notki… Nie wyrabiam się , najzwyczajniej.

  45. PiSa pisze:

    No cóż, kolejna osoba spragniona nowych wpisów w blogu :) Emocje czasami puszczają ,,na wodzy”.

  46. Patos pisze:

    Podobno o każdym pokoleniu w historii mówi się, że jest najgorsze. A może ono jest po prostu inne? Może potrzeba nam pokolenia narcystycznych ignorantów, przekonanych o własnej sile? Narcyz, żeby się sobą zachwycać, musi mimo wszystko mieć w sobie jakieś atuty. Ja już chyba wolę osoby bezczelne, przekonane o własnej sile, które (nawet po trupach) dążą do jakiegoś celu, niż szare myszki, osoby nijakie, ale za to grzeczne i ułożone.

    A z tymi kwiatkami to bardzo dobrze. Za moich czasów dawało się kwiatki, ale nie każdy nauczyciel na nie zasługiwał. Dawało się, bo taki był obyczaj, ale nie zawsze z sympatii. I że pozwolę sobie sparafrazować Panią Profesor: kwiatki to można dostawać od swojego starego (podejrzewam, że chodziło o męża:)), a w szkole obowiązują relacje służbowe.

    Czasy się zmieniają, może teraz trzeba w inny sposób budować autorytet? Może trzeba pokazać, że to jest cool dużo wiedzieć? Mój o kilka lat młodszy brat mówi, że w szkole najważniejsza jest popularność. Że trzeba się lansować, żeby zdobyć popularność. A gdyby tak sprawić, że zaczęliby się lansować wiedzą? Ech marzenia…:P

  47. F. Gall pisze:

    Przyznaję, że w pierwszej chwili, przez to wytłuszczenie w pierwszej wiadomości w aktualnościach, miałam ciarki na plecach: http://wpia.uni.lodz.pl/

  48. strzel_ba pisze:

    A cóż ja bym robiła na prawie? :) I to jako studentka? Doprowadziłabym raczej do śmierci wykładowców :). Byłabym upiorną studentką: Punktualną, pilną, egzekwującą każdą minutę wykładu i jeszcze zadającą pytania. Z kimś takim chyba nie można wytrzymać!
    Witam nowego gościa na blogu. Zapewne absolwentka, skoro ją mój nagły zgon poruszył :)
    A do komentarza Patosa:
    Ja też nie o kwiatkach przecież mówię, tylko o relacji uczeń - nauczyciel. Ostatnio obraziłam się na klasę, która postanowiła nie mówić dzień dobry ani nie odpowiadać, kiedy witam klasę. Coś tam każdy pod nosem mruknął i tyle, ale żeby posunąć się do dzień dobry? Co to, to nie. Znają mnie od dawna. Mam skromną nadzieję, że mają za co szanować. Więc dlaczego? Czasy się zmieniają? Mam w inny sposób, niż poprzez pracę i wiedzę, i serce dla uczniów budować swój autorytet? Mam się LANSOWAĆ??? To ja wybieram inną piaskownicę.

    Narcystyczny ignorant to człowiek, który nie szanuje nikogo i niczego, uważając jednocześnie, że “dla ludzi z jego kwalifikacjami to nie ma odpowiedniego stanowiska” itp. On powie o sobie bez mrugnięcia okiem: “Jestem Bogiem”. Spróbujcie mu czymś zaimponować :)

Zostaw komentarz