Egzaminy i punkty sobota, 30 czerwca 2007

Nie mogłam nie być wczoraj w szkole, bo zawsze dzień odczytania wyników matur jest dla mnie bardzo emocjonujący. Jeśli moi uczniowie przejmują się swoim jednym egzaminem, to ja przejmuję się pięćdziesięcioma albo stoma.wyniki.GIF

Jaka jest miara punktowych egzaminów z polskiego? Dlaczego niektórzy swoje punkty odbierają jako zawód? Dlaczego z egzaminami zawsze wiąże się gigantyczna niewiadoma? Można byłoby o tym długo rozprawiać. Ja wolę wspomnieć swoje dwa  egzaminy ze studiów, których wynik wlecze się za mną i powraca we wspomnieniach. Jednym z nich była socjologia kultury, drugim - historia filmu.

Socjologia kultury - to był przedmiot fascynujący, prowadzony rzeczowo i ciekawie przez mądrego człowieka. Byłam przygotowana na wszystkie zajęcia, czytałam tony artykułów i zawzięcie dyskutowałam na seminariach. Na egzaminie mogłam porównywać stanowiska, zagłębiać sie w niuanse, a zapytano mnie o definicję kultury masowej według Kłoskowskiej. No banał i ”fundamentum” tudzież “filarum” wiedzy kulturoznawczej. I ja tej definicji, rozumianej w każdym aspekcie, nie tego…, no nie umiałam dosłownie przytoczyć. Doktor prowadzacy egzamin powiedział: “No strasznie mi przykro, bo 4+  to mogłem pani postawić jeszcze przed egzaminem”. Taaa…

Drugi egzamin był postrachem na naszych studiach, a ja bałam się go panicznie. Historia filmu to nie tylko wiedza, ale i doświadczenie wynikające z obejrzenia tysięcy przykładów. Tu - lepszy był ode mnie mój chłopak, który…  wszystkie wagary w czasach szkolnych spędzał właśnie w kinie. Ja - pilna uczennica no i grzeczna dziwczynka - w projekcjach miałam niejakie zaległości. Do egzaminu przygotowywałam się więc w amoku, właściwie nie wierząc, że go zdam. Dostałam temat przekrojowy, ze swadą omówiłam rozwój środków filmowych, a nawet ze szczególami opisałam kolorowany kadr w Pancerniku Potiomkinie, którego na oczy nie widziałam. Chyba byłam jednak bardzo przekonująca, bo zaliczyłam na 5.

Morał? Że nie warto się przejmować ocenami? O, nie.  Oba te egzaminy i ich wyniki stały się moim życiowym memento. Obu sytuacji się jednakowo wstydzę: niezasłużonej piątki i niedocenienia na 4+.  Do każdego życiowego sprawdzianu podchodzę odtąd jak do obrony niepodległości: jestem przygotowana do perfekcji i niczego nie zostawiam przypadkowi. Mam jednak świadomość tego, że egzamin bywa loterią. W wielu wypadkach - coś tam sprawdza, dlatego jest formą badania wiedzy, w niektórych - nie. I tyle.

Zatem: weźcie ten egzamin ze sobą, jakikolwiek by nie był. Schowajcie  w sercu i nieście przez życie. On jest częścią was, a siebie trzeba zaakceptować. Ma być radą, nauką albo przestrogą na przyszłość. Jeśli poszedł znakomicie - cieszcie się, ale i rozliczcie z samym sobą. Jeśli poszedł gorzej, pomyślcie, że to nie koniec świata i nie ostatni egzamin w waszym życiu. Zechciejcie pokazać światu, co w was jeszcze tkwi…

Komentarze [10] do “Egzaminy i punkty”

  1. Gosia pisze:

    Całkowicie się zgadzam. Ostatnio też niesłusznie obniżono mi ocenę. Straszne uczucie, gdy się wie, że powinno się być ocenionym lepiej… Ale tak bywa, egzaminatorzy to też ludzie i mogą sie pomylić, gorzej jest wtedy, gdy egzaminator jest po prostu złośliwy, a tacy niestety też się zdarzają. Nie warto jednak rozpaczać, bo czasu nie da się cofnąć, wpisu do indeksu również, a czas płynie i przychodzi ukojenie nadużytych nerwów.

    Poza tym chciałam spytać, jak poszły maturki trzecioklasistom?

  2. zawsze głośna IIIa pisze:

    mi? beznadziejnie:/ za resztę się nie wypowiadam…

  3. Awicenna pisze:

    Eegzamin trzeba zdać. Ocena to już tylko kwestia ambicji. Ileż razy zdarzało się, ze współzdajacy plątał się na pytaniu-marzeniu, a człowiek musiał męczyć się z czymś niejasnym?

    Ja już zapomniałem o egzaminie, na którym dostałem 3+, ale z przedmiotu tak dennego, że całość egzaminu była loterią, za to wyrzucał sobie będę głupie niedociągnięcia na egzaminach zaliczonych na 4+.

  4. strzel_ba pisze:

    No właśnie o te ambicje chodzi. Jest przecież regułą, że im mniej wiemy, tym mniej denerwujemy się przed egzaminem.

  5. zawsze głośniejsza IIIa pisze:

    a to ja to raczej mam tak, że denerwuje się tylko jak wiem coś, ale nie za wiele i tak “luźno” do egzaminu podchodzę, bo jak sie nie wie niczego to i tak sie pisze jakoś, byle było i jak będzie to dobrze, jak nie to sie trza nauczyć będzie.A jak już nauczony jestem tak na fest, ze dość mam to raczej stresu nie ma;]

  6. Awicenna pisze:

    Nie no, ja mam przed egzaminem stres zawsze, chyba, że wiem, że umiem. Natomiast podejście do wyników to inna bajka. Niektóre rzeczy są nudne i na ogół niepotrzebne, dlatego taką ocenę łatwiej przełknąć.

  7. Paweł pisze:

    Witam..
    Pamiętam jak przed moją maturą moja polonistka a może przede wszystkim wychowawczyni (przy okazji znana nam wszystkim osoba) wyłożyła mnie i całej klasie “metody osiągania celów”… Jedną z nich była WIZUALIZACJA… Metoda polegająca w skrócie, na wizualizacji celu i wyobrażeniu sobie jak sie go osiąga. Zastosowałem ją na maturze… przez miesiąc wyobrażałem sobie pięć piątek… I co… NIE sprawdziło się… totalna klapa. Ale nie zraziłem się bo metoda jest cudowna… pozwala sie odstresować bo przecież i tak sie uda… musi!!! przecież widziałem to oczyma duszy mojej… Poza tym jest pełna optymizmu a to człowiekowi jest do życia, obok miłości, najbardziej potrzebne :) Na studiach WIZUALIZACJE doprowadziłem do perfekcji (wpadki oczywiście tez były)a kwintesencją było magisterium gdzie podniesiono mi o 0,5 stopnia ocenę na dyplomie z uwagi na nowatorski temat pracy magisterskiej.. (Wierzcie mi lub nie ale naprawdę sobie to wyobraziłem… choć skład komisji widziałem inny). I nie piszę by sie chwalić… Chcę tylko powiedzieć że do egzaminów, tak jak i do innych celów życiowych, trzeb podchodzić z wiarą że sie uda… Inaczej nie ma sensu w ogóle zaczynać..
    WIWAT WIZUALIZACJA!!!!
    PS. A maturę powinni zlikwidować… ale są już wakacje więc nie będę sie uzewnętrzniał.

  8. strzel_ba pisze:

    Pawle, dlaczego zlikwidować? Jasne, nikt z nas nie kocha egzaminów, ale czy takie sprawdziany nie są czasem potrzebne? To pytanie współczesnej dydaktyki i nie ma mądrych, kórzy daliby jednoznaczną odpowiedź. Czy uczylibyśmy się czegokolwiek, jeśli nie byłoby to wymagane? Jak niewielu z nas w młodym wieku rozumie potrzebę pracy nad sobą, jak niewielu choruje na tę zachłanność poznawania, ciekawość świata, która każe uczyć się na nowo i wciąż, bez względu na potrzeby zawodowe czy wymagane stopnie awansu zawodowego…

  9. Paweł pisze:

    Egzamin maturalny powinno się zlikwidować z kilku powodów:
    - daje złudne poczucie, że coś sie osiągnęło. A tym czasem matura w dzisiejszym świecie jest niczym - i nie boję się tego kategorycznego sądu. By zaistnieć trzeba mieć zawód. Osiągamy go w technikum niezależnie od matury, a po LO należy wybrać się na studia. I tu następny powód likwidacji matury:
    - nie widzę powodu by narzucać uczelnią wyższym kwalifikowanie kandydatów na podstawie wyników osiągniętych na maturze. Uczelnia powinna mieć prawo do własnego modelu weryfikacji umiejętności i wiedzy. A jeżeli uznamy że ma takie prawo… to po co matura… i dwa poważne egzaminy w odstępie 1 miesiąca? Maturalny i wstępny na studia…

    Nie da się ukryć, że matura jest symbolem… ale symbolem nieaktualnym, który uległ dewaluacji. W okresie międzywojennym niewątpliwie była ona symbolem pewnego statusu, wykształcenia… A studia wyższe były faktycznie elitarne… Ale obecnie gdy państwo produkuje dziesiątki tysięcy absolwentów różnych uczelni wyższych świadectwo maturalne jest papierem który żółknie głęboko w szufladzie albo nie został jeszcze odebrany z uczelni.

    Odnosząc się natomiast do drugiej części wypowiedzi… Pewnie niewielu młodych ludzi rozumie potrzebę pracy nad sobą. Ja też nie rozumiałem ale perspektywa matury mnie nie mobilizowała. Do tego trzeba dojrzeć… i zdać egzamin maturalny przed samym sobą, a nie przed komisją… nie z materiału zatwierdzonego przez W.Cz. Ministra Edukacji, który nie ma pojęcia o tym co w duszy gra młodym ludziom. Nasz system edukacji poprzez nastawienie na zdawanie egzaminów nie budzi w młodzieży ciekawości świata, tylko rysuje ramy które należy zakuć na egzamin. A nauczycielom, którym ciężko zrealizować program jest trudno dodatkowo zapalić ogień w młodym sercu. Wiem że sie starają. Do dziś pamiętam jak staraliśmy się plastycznie przedstawić sceny biblijne, jak sami tworzyliśmy (ważne słowo) prezenty na św. Mikołaja jak gościliśmy więźnia obozu zagłady który przeżył komorę gazową. To wszystko pamiętam… ale nie pamiętam o czym pisałem na egzaminie maturalnym z j. polskiego.

  10. strzel_ba pisze:

    Zgodziłabym się, Pawle, z tobą w kwestii egzaminów robionych przez uczelnie, gdyby nie to, że ja dobrze pamiętam nieuczciwy system rekrutacji sprzed nowej matury. Co uczelnia, to inne zasady, głównie po to, aby doktorzy i profesorowie dorobili kasę na korepetycjach po 160 zł za godzinę. Dziś to funkcjonuje tylko na uczelniach artystycznych: tym bardziej, że egzamin niewymierny, uznaniowy. Ucięło sie profesorom i nagle wszyscy dobrzy uczniowie dostają się na studia. A poprzednio - cuda na kiju. Przeżyłam to, Pawle, widziałam, mam dowody. Popieram wdrożenie takiego systemu, który nie będzie rodził korupcji.
    A jeśli chodzi o symbole: zatrzymajmy jakieś. Nie dajmy się zwariować.
    I cieszę się, że tyle pamiętasz. Ja też mam z wami mnóstwo wspomnień. Różnych :). Ale nie oddałabym żadnego.

Zostaw komentarz