Klasówka piątek, 19 stycznia 2007

Dzisiaj moja II c pisała wypracowanie z romantyzmu. Bardzo się tym przejmowałam, bo to chyba najważniejszy dział w programie języka polskiego. Poza tym od kilku już lat sprawdziany robię według formuły maturalnej, więc za każdym razem dzieciaki mierzą się z kwestią zdam - nie zdam. I jeśli tak (w każdym przypadku) , to dlaczego. Zapisuję to sobie od pierwszej klasy w każdym roczniku (w Excelu, oczywiście), wyliczam średni przyrost umiejętności każdemu uczniowi w zakresie języka, stylu i realizacji tematu (czytaj: zapamiętywalności lekcji), no i w ogóle dużo nad tym myślę i przygotowuję się czasem bardziej niż moi uczniowie (trzeba wybrać dobre fragmenty i upisać model odpowiedzi ). A tu proszę: zaglądam do “świętego zeszytu” w pokoju nauczycielskim z działaniami na jutro i co widzę? Mam zakończyć lekcję o 20 minut wcześniej, bo jest jakaś uroczystość przed pamiątkową tablicą na murze szkoły i mam sprowadzić klasę. No oczywiście, że szlag mnie jasny trafił, bo w dzienniku od dwóch tygodni stoi jak wół zapisane ołówkiem: praca klasowa. Dwie godziny razem mam tylko raz w tygodniu, a za tydzień to będzie ostatni dzień przed feriami i nie godzi się robić klasówek, no po prostu nie godzi się. Musiałabym więc przenosić termin o całe tygodnie. Nie na darmo jednak po ostatnim zawale płuc biorę tony leków uspokajających, trenuję jogę i szkolę się w kojącym oddychaniu. Więc nabrałam powietrza…- i znalazłam rozwiązanie, do którego jednak potrzebna mi była zdolność komunikacyjna, czyli możliwości techniczne i zdolność ludzka, czyli zwykła uczniowska solidarność. (Powinniśmy po prostu przyjść do szkoły kwadrans wcześniej.) I wiecie co? Wszystko zadziałało. Dzięki, Rafał :) Zawsze się zastawiam, jak moi uczniowie podchodzą do klasówek z polskiego. Próbuję przypomnieć sobie własne lata szkolne i przychodzą mi jakoś na myśl tylko te nieliczne, które kończyły się mniejszym czy większym niepowodzeniem. Na ogół zbierałam piątki. Szczęściara? Pewno tak. Nie przypominam sobie, żebym jakoś nadmiernie (albo w ogóle) zakuwała, a wziąwszy pod uwagę, że dwa razy dziennie trenowałam, na naukę nie miałam zbyt wiele czasu. Uczyłam się głównie w drodze po schodach z szatni do klasy.
Wśród niepowodzeń klasówkowych jak zadra siedzi w pamięci jakiś sprawdzian z fizyki. Nie mam najmniejszego pojęcia, z jakiego działu to było. Wróciłam wtedy z jakichś zawodów po kilkudniowej nieobecności i jak śliwka w kompot - wpadłam prosto na klasówkę. (To musiała być pierwsza klasa, bo później miałam indywidualne nauczanie razem z grupą innych pływaków.) Pani psor stała w drzwiach pracowni i popalała papierosa na korytarzu, a my skrobaliśmy coś na kartkach. W pamięci głównie białe plamy. Przed nosem na ławce zeszyt. Jeden jedyny raz w życiu - pomyślałam sobie i spróbowałam zajrzeć do odpowiedniej notatki z lekcji. Skończyło się zawałem - albo przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. Z klasówki dostałam 3, najgorszą i chyba jedyną taką ocenę. Kochałam fizykę i panią Walas miłością absolutną. W międzyczasie chciałam nawet zostać fizykiem jądrowym. Pani profesor, przepraszam za tamten jedyny raz.
Wspominam swoją historię z zadumą nad światem. Nie, nie chcę powiedzieć, że młodzież się zmieniła i teraz to są same niemoralne bachory, idące na łatwiznę. Wtedy też ludzie ściągali. Polska normalka szkolna. To ze mną zawsze coś było nie tak. Dla mnie to była kwestia honoru. Nie wyobrażałam sobie, żebym mogła skapitulować przed jakimś intelektualnym zadaniem. Może nie skoczę wzwyż 2 metrów, ale zadanie z fizyki - to pikuś. Trzeba tylko trochę pokombinować. Zawsze wierzyłam, że jak skupię się wystarczająco, to rozwiążę każde zadanie, zrobię każdą pracę. Wierzyłam, że zdolności i umiejętności podlegają rozwojowi, nigdy nie myślałam, że mi się nie uda. Jak czytam w najnowszych publikacjach psychologicznych - to jest właśnie droga wielu ludzi do sukcesu. Czego państwu serdecznie życzę.

Jeden komentarz do “Klasówka”

  1. Rafał, IIc pisze:

    “Dzięki, Rafał”
    - Nie ma za co ;)
    “(…) nigdy nie myślałam, że mi się nie uda.”
    - Szczerze gratuluję i podziwiam. Ja nie potrafię; staram się, ale rzadko wychodzi. Widocznie chęci to nie wszystko…

Zostaw komentarz