Po studniówce niedziela, 21 stycznia 2007

Studniówką żyje się w szkole około miesiąca: dwa tygodnie przed i dwa tygodnie po. Tuż przed trzeba dokonać gorączkowo ostatnich zakupów, umówić fryzjera (nawet chłopaki, rzecz jasna), przygotować program studniówkowy, a przede wszystkim zdobyć partnera (partnerkę), jeśli się nie ma stałej pary. W naszej szkole jest z tym nieco problemów, gdyż deficyt dziewcząt jest zauważalny, więc chłopaki popadają czasem w postawę abnegacji: “Skoro wszystkim na tym zależy, to właśnie mnie nie”. I potem siedzą na studniówce przy stole, rozgladają się naokoło konspiracyjnie i równie konspiracyjnie wychylają coś w ukryciu. To coroczny standard “męskich” zachowań, sporadycznych, tajemnych i obarczonych poczuciem winy. (A dobrze im tak!) “Nie mam partnerki, bo ja jestem macho.” Chlup! Nie to mnie jednak w tym roku zadziwiło.
Studniówka odbywała się w fatalnym klubie Oskar, mieszczącym się w pokomunistycznym “kontenerze blaszanym”. Po ścianach i lustrach ściekała skraplająca się para wodna, przypalony bigos uwieczniał się w powietrzu, a zespół, przygrywający do kotleta, ilością decybeli zagłuszał swoje marzenia o sławie i lepszym życiu. Ale ja nie zamierzam krytykować organizacji, bo sama się do niej nie przyczyniłam, więc jako osobie zaproszonej - nie wypada. Ja chcę pochwalić młodzież za poloneza, gronu podziękować, że program satyryczny odebrało z właściwą sobie wielkodusznością, a przede wszystkim chcę skupić uwagę na zmianie obyczajów młodzieży.
Jeszcze rok temu wspólne palenie z nauczycielami przy popielniczce w szatni było nie do pomyślenia. Pamiętam, że rzekłam moim wychowankom, że muszą na tę noc wyleczyć się z nałogu i nie stawiać mnie w głupiej sytuacji, żebym nie musiała też nerwowo reagować i psuć sobie zabawy. Taki był warunek i wszyscy się do tego zastosowali. Skąd w ogóle wiedziałam, że palą? Nie tylko stąd, że to naprawdę banalne dla osoby posiadającej powonienie - rozpoznać palacza. Rownież stąd, że wcześniej zaprosili mnie na jedną z osiemnastek i wtedy niektórzy wyciągnęli papierosy. Ponieważ po pierwsze: ja też paliłam; po drugie: zaproszenie było dowodem zaufania - nie miałam żadnego ruchu. Natomiast na studniówce - zastosowali się do reguł.
Cóż wydarzyło się w tym roku? Młodzi ludzie, świadomi obecności dwudziestu nauczycieli, w tym pani dyrektor i swoich wychowawców, stanęli w kółeczku wokół popielniczki i stworzyli smog godny tego nad Tamizą. Kiedy pogoniłam towarzystwo, obrzucili mnie niechętnym i nieco zdziwionym spojrzeniem.
O, nie, misie pluszowe! Nie daję zgody na to, że czarne jest białe!

Komentarze [2] do “Po studniówce”

  1. Awicenna pisze:

    Pamiętam swoją studniówkę, było za głośno, żeby czytać, co niezmiernie mnie denerwowało.

    Nie podchodziłbym tak idealistycznie do minionych osiemnastek.

  2. strzel_ba pisze:

    Ależ ja nie mam złudzeń, że zawsze istniało jakieś podziemie! Nauczyciele zwykle nie wiedzą tego, co dzieje sie w toaletach, po kątach, za rogiem. Ale to właśnie o to chodzi: tym razem młodzież stwierdziła, że nie ma czego ukrywać. Tu jest opisywana przeze mnie różnica.

Zostaw komentarz