Desiderata piątek, 11 grudnia 2009

Pangloss zaś powiadał niekiedy do Kandyda:

— Wszystkie wydarzenia wiążą się z sobą na tym najlepszym z możebnych światów; ostatecznie, gdyby cię nie wykopano z zamku nogą za afekt do panny Kunegundy, gdybyś nie popadł w ręce Inkwizycji, nie zwędrował pieszo Ameryki, nie postradał wszystkich baranów z krainy Eldorado, nie jadłbyś teraz tutaj kandyzowanych cedratów i pistacji.

— Masz słuszność — odparł Kandyd — ale trzeba uprawiać nasz ogródek.

***

Największą mądrością człowieka jest czerpanie mądrości od mądrzejszych od siebie. Potrzebna jest do tego jedynie świadomość własnej małości w obliczu kosmosu wiedzy i ludzkiego doświadczenia oraz potrzeba doskonalenia. Bez tego nikt nigdy niczego nie zaczerpnął.

A ja jestem szczęściarą. Pracuję w zawodzie, w którym na co dzień wykładam mądrości różnych narodów, tłumaczę idee dzieł i przemyślenia podmiotu lirycznego. W tej wielkiej skarbnicy myśli ludzkiej, jaką jest literatura, znajdziemy receptę na każdą przypadłość duszy. Na miłość i zawód, na przygnębienie i melancholię, frustrację, desperację i na gniew bezbrzeżny jak morze. Na bezradność w starciu z głupotą świata, ze złem, z absurdem egzystencji wreszcie. Przepraszam, na to ostatnie nie ma recepty, ale świadomość tego też może być pociechą.

Wrócę. Albo pójdę dalej. Wygram, choćbym przegrała. Bo wierzę, że jest jakiś metafizyczny zbieg losów, bo jest jakaś karma człowieka, która stawia na jego drodze dobrych i złych ludzi, a jego samego na innych drodze. I każdy z tych ludzi jest w ostatecznym rozrachunku ważny, chociaż najważniejsi są ci, którym kiedykolwiek mogliśmy zaufać. I zawsze najważniejszą wartością dla mnie będzie drugi człowiek, jedyny powód istnienia, moja próba, jedyna miara wszechrzeczy. A miarą mojej wartości jest to, ilu mam tych bliskich, i ilu mam tych, którzy zaufali mnie.

I to właśnie od przyjaciół dostałam dobre słowa w ostatnich miesiącach. I także te oto słowa:

Ludzie są nierozsądni, nielogiczni, samolubni;
kochaj ich mimo wszystko.

Jeśli czynisz dobro, ludzie oskarżą cię o ukryte egoistyczne pobudki;
czyń dobro mimo wszystko.

Jeśli osiągniesz sukces, zyskasz fałszywych przyjaciół i prawdziwych wrogów;
osiągaj sukcesy mimo wszystko.

To, co dzisiaj zrobiłeś dobrze, jutro będzie zapomniane;
rób dobrze mimo wszystko.

Uczciwość i szczerość sprawiają, że będziesz słaby;
bądź uczciwy i szczery mimo wszystko.

To, co budujesz latami, może być zniszczone przez jedną noc;
buduj mimo wszystko.

Ludzie naprawdę potrzebują pomocy, ale będą cię atakować, jeśli im pomożesz;
pomagaj mimo wszystko.

Daj światu, co masz najlepszego, a dostaniesz od świata po głowie;
daj światu, co masz najlepszego

mimo wszystko.

***

Bo trzeba uprawiać swój ogródek.

***

Wielbłąd poniedziałek, 31 sierpnia 2009

Zawiadamiam wszystkich Państwa, że jestem wielbłądem. Przynajmniej tak orzeczono w mojej sprawie.

Ja sama w to nie wierzę, o nie, ale skoro tak orzeczono, to zastanawiam się, jakich argumentów poszukać, że jest inaczej. Oglądam się w lustrze i widzę, że ja to ja, a nie wielbłąd.

Wszyscy, patrząc na mnie, zaczynają nawet dostrzegać garby, których jeszcze wczoraj nie było.

Tak sobie myślę, że mogłoby być gorzej. Że można by mnie uznać za osła. Albo za krowę. A wielbłąd - och jakie to egzotyczne zwierzę!

Wikipedia podaje, że: “Ciało wielbłądów osiąga długość do 3 m. Ich głowa jest długa, a uszy małe i zaokrąglone. U samic występuje jedna para sutków.”Muszę zapewne zabawnie wyglądać z tym garbem.

Ucieszyłam się. Chociaż jedna cecha się zgadza. Zaczęłam, paradoksalnie, sama poszukiwać u siebie  podobieństw.To miło z czymś się identyfikować.

“W stanie dzikim wielbłądy występują jedynie w Azji Środkowej (wielbłąd dwugarbny) i w Australii.”

Nie zgadza się. Ja występuję w Europie Środkowej .

Szybko policzyłam swoje kopytka: parzyste! Serce zabiło mi mocniej. Więc może jednak?

“Charakterystyczny garb lub garby na grzbiecie są miejscem odkładania zapasów tłuszczu. Wielbłąd potrafi w nim zgromadzić nawet do 45 kg tłuszczu”.

Nie zgadza się. Ja tłuszcz gromadzę zupełnie gdzie indziej.

“Garby umożliwiają gromadzenie zapasów wody i ułatwiają regulowanie temperatury ciała organizmu, a co za tym idzie – zmniejszają  ilość wody odparowywanej w procesie pocenia się zwierzęcia.”

Nie zgadza się. Ja się prawie w ogóle nie pocę. Na brak wody mam odporność, to prawda. Zwykle nie mam czasu wypić herbaty w szkole.  Z większą przychylnością spojrzałam na swoje “boczki”. Och, moje kochane, to dzięki wam ja tak długo bez wody  wytrzymuję!

W końcu powiedziałam sobie: Nie! W ten sposób do niczego nie dojdę. Będę szukała miliona cech i zastanawiała się: jestem czy nie jestem???

Czy jest się wielbłądem, jeśli ma się jedną, dwie, trzy, czy może wszystkie milion cech wielbłądzich??? Jeden gen czy wszystkie ? Jedną wielbłądzią nogę czy wszystkie cztery?

Nie jestem już nauczycielem polskiego, moi państwo. Podobno nie mam kwalifikacji, bo ktoś kiedyś w przeszłości w z złym roku przystawił jakąś pieczątkę.

Idę nauczyć się wydawania odpowiednich odgłosów paszczą. Jak robi wielbłąd, ktoś wie?

Angielska eskapada środa, 29 lipca 2009

Człowiek, idąc przez życie, obrasta nie tylko tłuszczem. Robi się więc stworzeniem osiadłym, nieruchomym lub nieruchliwym.  Wokół niego, jak rafy koralowe, narastają fobie i uprzedzenia, wzięte z nabywanych przykrych doświadczeń, nad nim piętrzą się, jak piramidy, groźne opoki  stereotypów, których nie potrafi pokonać. Czasami coś siłą wywleka człowieka z okopów. Jak musi, to nawet przez wodę się rzuci. Do Ameryki albo do tej Polski…

Powyższe zdanie jest zaprzeczeniem, zdaje się, podstawowej tezy Augustyna, świętego zresztą, że człowiek to homo viator. O przyrodzonej naturze wędrowca i zdobywcy traktują tysiące rozpraw i eposów. A ja mówię, że człowiek wędruje, jak musi :).  Że chociaż chciałby, i lubiłby bardzo włóczęgę, to  jednak życie decyduje za niego, spowalnia go w wędrówce.

Co ja o tej wędrówce…? Ach, czytam akurat “Biegunów” Olgi Tokarczuk i tak nadmiar refleksji mi się niechcący wymsknął.  A poza tym wróciłam z Anglii. Melduję Państwu uprzejmie, że veni, vidi, vici. Ale po kolei.

Metoda skojarzeń, doskonale moim uczniom znana: Anglia to król Artur, potem w kolejności królowa Elżbieta :), The Beatles,  grzanki na bekonie, ruch lewostronny i w ogóle wyspiarskie dziwactwo. Angielki są brzydkie, dwór niemodny, muzyka najlepsza. Z drugiej strony Polacy emigrują do Anglii, bo  łatwiej niż w Polsce o pracę, cały czas jest to dla nas synonim bogatego Zachodu. I o tym właśnie, i  o samej podróży  chciałam słów kilka…

Veni

Ludzie dzielą się na tych, którzy lubią podróżować i na tych, którzy tego się boją. A co zrobić z tymi, którzy lubią, ale się boją?

Nie ma piękniejszego widoku z podróży, niż ten z okna samolotu na morze białych chmur. Mojej ostatniej podróży do Grecji towarzyszyły tak dramatyczne okoliczności, że przywiozłam do kraju tylko paniczny lęk przed lataniem. Bałam się więc tego wyjazdu do Anglii. Niepotrzebnie, bo miłe towarzystwo i miłe okoliczności stanowią o tym, jak odbieramy wszystko, co się nam zdarza. Choćby to była katastrofa lotnicza z awaryjnym lądowaniem na pustyni :). Tym razem na nowo dałam się uwieść  podniebnym widokom. Lotniskom i ich paneuropejskiemu stylowi życia. Urodzie hotelików podróżnych, z mikroskopijnymi mydełkami i szamponami gościnnymi oraz puszystymi białymi ręcznikami. Cokolwiek niepokojącemu odczuciu że_ja_nic_nie_rozumiem, za to tonę w cudownym bełkocie obcojęzycznym.  Tak, uwielbiam podróże i aurę nowości, i nieznanego, które roztaczają przed podróżnikiem.

Vidi

Anglię obejrzałam w mikroskopie. To znaczy mały wycinek i z bliska :).  Moje doświadczenie Anglii jest więc tak samo nieprawdziwe, jak stwierdzenia pracownika laboratorium, że zna wygląd pacjenta, któremu badał morfologię krwi. Jednak coś tam zobaczyłam.

  • Kolorowy, wielonarodowościowy stan demograficzny.
  • Hinduską restaurację. Dziękuję, dla mnie zbyt ostre. Zdecydowanie wolę smak i aromat przypraw ziołowych  Prowansji i kręgu śródziemnomorskiego, na przykład.
  • Bulwar transwestytów.  W dzień, bez użytkowników:).  Ot, taka sobie uliczka, na którą nigdy bym nie zwróciła specjalnej uwagi, ale to Polacy pokazywali mi ją z szeptanym komentarzem. Podobno wieczorami zaludnia się kolorowym, tęczowym  tłumem.
  • Prawdziwe pole golfowe na terenach starego koledżu, przerobionego na Ogromneeeee!centrum hotelowo-imprezowe (w którym odbywała się nasza uroczystość weselna). Stanęłam przed tym polem z otwartą z zachwytu buzią. Cudne! Malownicze, urokliwe, zaaranżowane z pietyzmem, gigantyczne, jak na standardy przestrzenne Wysp, z cudownym seledynowym trawnikiem, tyle samo świeżym, co gęstym i dorodnym. U nas taki kolor ma tylko dopiero co wschodzący trawiasty “szczypiorek”. A ten trawnik ma 200 lat!
  • Uroczystość ślubną w kościele metodystów. Polski Kościół powinien wysyłać księży na praktykę. Serio. Chociaż rozumiałam zaledwie pojedyncze słowa, to nie mogłam oderwać się od słuchania charyzmatycznego kapłana. W Polsce na kazaniach  albo się nudzę, albo wściekam. Tamten mówca był showmanem, którego odbiorcy słuchali z uwagą, reagowali śmiechem na dowcipne puenty, który trzymał ich w napięciu, nie tracąc przy tym kapłańskiego szacunku. W Polsce byłam na jednym jedynym ślubie, na którym kapłan mówił takie rzeczy, że nie mogłam powstrzymać wzruszenia. (Ach, Artur, gdzie jesteś? Jak Ci się teraz wiedzie?)
  • Manchester. Mogłabym tam mieszkać, bo to miasto musi mieć jakiś łódzki charakter. Albo odwrotnie, (że to Łódź ma manchesterski), co za różnica jednak. Tylko łodzianie zrozumieją urok kamienic z cegły :)
  • Wielkie centrum handlowe, którego nazwy już nie pamiętam, w stylu neokolonialnym, z prawdziwymi  palmami, wysokimi kolumnami, złoceniami i sztucznymi słoniami. Oj, mają swoje kompleksy i resentymenty ci Anglicy, mają! A my - od kiedy mamy Manu - już nie musimy mieć żadnych. :)

Vici

Hmmm… O pokonaniu lęku przed lataniem już pisałam i to jest bardzo ważne. Doskwierał mi ten lęk i blokował nawet marzenia o dalekich podróżach. A teraz - proszę bardzo - mogę marzyć do woli :).  Ważne jednak spostrzeżenia “angielskie” dotyczą raczej naszego postrzegania Zachodu.

Otóż bo każda podróż to spotkanie ze stereotypem miejsca, który nosimy w sobie. No i ten stereotyp angielski okazał się maciupeńki, maciupenieczki, taki ot, domek dla lalek. :)

Proszę państwa, Anglicy to krasnoludki! Mieszkają w domkach dla lalek.

Owszem, istnieją miejsca splendid, ale większość to wersja providente. Prawdziwą zabawę miał mój mąż, swoim fachowym okiem oglądając sposób wykończenia stolarki drzwiowej, okiennej, rynien, dachów, kanalizacji i w ogóle wszelkiego budownictwa. Biedaczysko musiał wchodzić po  schodkach na pięterko bokiem, bo schodki były takie wąskie. Uprzejmość gościa i takt podróżnika nakazywały mu tylko pokiwać głową w zadumie.  Ci, co go znają, wiedzą, że Anglicy mają u niego przechlapane. :)

Królowej angielskiej, na szczęście, nie widziałam. Na szczęście dla niej, oczywiście. Może też okazałaby się mikroskopijna?

Z pozytywnych zaskoczeń - jedno: spotkaliśmy tam  Polaków, którzy chociaż jeszcze do Polski wracać nie chcą, ale do polskości się przyznają,  którzy z polskości są dumni. Młodzi, piękni, zdolni, odważni. Dusze towarzystwa. Czy muszę mówić, że polski stolik na weselu był najmilszym miejscem? Pozdrawiam ich wszystkich serdecznie. Może jeszcze kiedyś się spotkamy?

A Państwu życzę - podróży. Wróciłam znowu bogatsza.

Barwy wojenne poniedziałek, 6 lipca 2009

Lato przyszło dość nieoczekiwanie. Zupełnie jak zima zaskakuje zimą drogowców, tak mnie  zaskoczyły i zdumiały, doprawdy, wakacje. Jak to tak? Że niby spać można do południa, grać w Wiedźmina do czwartej rano, albo i dłużej, nie sprawdzać żadnych zeszytów ani klasówek, ani w ogóle nie musieć nic? Móc wyjechać na wczasy (na które zwykle rezerwuje się pokoje około lutego) z biletem zielonym w ręce? Na wszelki wypadek nie uwierzyłam (bo czy ja wyglądam na naiwną?), okopałam się na pozycjach gotowości do działań bojowych i …  zostało mi to wynagrodzone :). Wakacji albowiem jeszcze na dobre nie zaczęłam. Przyjmuję gości, sprzątam, gotuję, jakieś prace zlecone, teraz błyskawiczny wyjazd do Anglii, jak by to powiedział hobbit: tam i z powrotem zaledwie, a obiecanego duuuuużo wolnego czasu - jakoś nie widać. Ilość zajęć, która spadła mi na głowę, spowodowała niemożność zaczerpnięcia bezpośrednich informacji od maturzystów na temat wrażeń po ogłoszeniu wyników. Nikt z tego powodu nie ucierpiał. Informacje o wynikach  nabyłam zatem z pewnym opóźnieniem. I mam pewne konkluzje na ten temat, potwierdzone przez obserwacje kilkuletnie:

  1. Nowa forma matury spłaszcza wykres wyników procentowych. Wszyscy w klasie, i ci piątkowi, i ci dwójkowi, zdają na porównywalnym poziomie, różniąc się jakoś w granicach 20 % najwyżej.  Co jest absolutnie nieprawdopodobne.
  2. Tracą na tym, niestety, ci piątkowi. A ja nie miałabym nic przeciwko temu, żeby wszyscy zdawali na 90 - 100%.
  3. Dziewczęta zdają maturę zawsze gorzej od chłopców. Mówię o szacunkowym stosunku nakładu pracy do uzyskanych wyników.

I jest mi  z tym od kilku lat bardzo niewygodnie. Pocieszam się myślą, że nie ma błędu w systemie, tylko że tkwi on w ludziach. Że przeszacowałam może niektórych. Że egzaminator też człowiek i omylny…. Krótko rzecz ujmując: że może nie uczę tak beznadziejnie, jak wynika ze statystyk. Bo statystyki uczonych przeze mnie klas mnie nie rozpieszczają. Tak oto udowodniona zostaje teza, że im lepiej, tym gorzej. Im bardziej ja się staram, tym mniej starania wkładają moi uczniowie. Mają poczucie bezpieczeństwa, wiedzą, że nic złego nie może im się przytrafić, więc … uczą się matematyki. Jak ja bym chciała zobaczyć z polskiego wynik 100 %! Ogłaszam publicznie, że ufunduję specjalną nagrodę dla śmiałka, który szarpnie taki wynik w przyszłym roku. Wiem, wiem, dla was ważniejsza jest matma, bo otwiera drogę na studia. Polskim nikt sobie nie zawraca głowy. Tak  tylko spowiadam się wam z frustracji pani od polskiego w “Dwunastce”.

Zamiast marudzenia, wnioski na przyszłość:

  1. Mniej się starać
  2. W ogóle mniej pracować, odbębnić swoje godziny i fajrant. Żadnego sprawdzania zeszytów! Niech  bachory się zlękną, że nie potrafią pisać, niech pójdą na korepetycje.
  3. Żadnych lektur rozwijających! Tylko denerwują niektórych,  a zabierają czas na powtarzanie ćwiczeń podstawowych.  Jak streszczanie, na przykład.
  4. Ścigać dziewczęta. Hardcore w wersji mega. Niech się hartują, a nie tam ulegają potem jakiemuś stresowi. Zafundować im stres permanentny. Co je nie zabije, to je wzmocni!

No. We wrześniu przybiorę odpowiednie barwy wojenne i zobaczymy, jak na tym wyjdzie kolejna klasa “c”.

Piotruś Pan i Dorotka niedziela, 28 czerwca 2009

Od dwóch dni nie mówi się o niczym innym. Fora internetowe, blogi i pierwsze strony wszystkich serwisów, tych bulwarowych i tych poważnych, pełne są poważnych i prostackich debat. Społeczeństwo globalnej wioski poruszone zostało śmiercią  piosenkarza.  Kim On był?  Czy ów medialny hałas jest miarą wielkości człowieka? Dzisiaj - w epoce mediów - chyba tak. Ot, zmiana czasu…

Zastanawiające, jak często przez te dwa lata życia mojego blogu przychodziło mi kogoś żegnać. Jednak robię to tylko wyjątkowo. Wtedy, kiedy muszę. Kiedy muszę odprawić Rytuał Przejścia.

Moje uczucia wypowiedziała Madonna: “Nie mogę przestać płakać.” Może nie tyle płaczę, co odczuwam głęboki smutek. Nie podzielam ekscytacji medialnego świata, tylko, niestety, cierpię swój własny, prosty, ludzki smutek.

Bo Michael był człowiekiem mojego pokolenia, przy tym strasznie nieszczęśliwym. To wystarczy dla mnie, żeby z nim współodczuwać.  Człowiekiem z jakąś pokręconą historią życia, rodziny, z jakimś bólem wewnętrznym, kompleksami i dramatami, skandalami i skandalikami.

Michael Jackson był moją ikoną. Oddajcie mi go! - mogłabym zakrzyknąć.

Całe moje życie śledzę jego karierę. Mimochodem, bez fanatyzmu, a właściwie to zupełnie przypadkiem, ale jednak.  Czekam na kolejne projekty.  Znam wszystkie piosenki (A kto nie zna?). Podziwiam wszystkie koncerty. Dowiaduję się o kolejnych operacjach plastycznych, procesach, skandalach, małżeństwach, zwierzętach w jego domu, spełnianych fantazjach i dziecięcych marzeniach… Uciekam przed wspomnieniami dzieciństwa…. Dostrzegam płytkość show biznesu i blichtr medialnego światka. Sypiam pod namiotem tlenowym. Mimo tego - starzeję się  - jak on, choć tak bardzo tego nie chcę… nie chcemy…Wreszcie - chcę być kimś innym, niż jestem. Zupełnie jak on.

To prawda, że był Królem.  Mówicie: “Królem Popu” zaledwie? Och, nie! On był królem wyobraźni milionów ludzi na całym świecie, artystą przekraczającym granice, rozpoznawanym w najmniejszej wiosce na całym globie. I to jest coś.

Był przede wszystkim tancerzem. Genialnym, rewolucyjnym, który doprowadził do perfekcji panowanie nad swoim ciałem, przekraczając chyba prawa fizyki i fizjologii. Wprowadził do tańca niewyobrażalną ekspresję i nieobliczalną radość tańczenia. Wypracował indywidualny styl, który tylu próbowało naśladować! Był muzykiem - albo może samą muzyką. Komponował i pisał teksty. Tworzył “muzykę środka” - ale bez ckliwej melodramatycznej nuty. Czerpał z soulu i funky, ale też z drapieżnego rocka. Zresztą - nic go nie może jakoś jednoznacznie określić. Pojęcie muzyki  pop - to raczej ukłon w stronę szerokiej publiczności , a nie jakieś wyraziste omówienie stylu. Zrewolucjonizował taniec, ruch sceniczny, wymiar i charakter wideoklipów muzycznych, które - pośrednio - wpłynęły na widowiskowość samego filmu jako sztuki.

Mógłby być wielkim aktorem, ale chyba nie narodził się reżyser, który dorównałby mu geniuszem, wykorzystał odpowiednio jego możliwości  i talent. Zagrał kapitalną rolę Stracha na Wróble w “Czarnoksiężniku z Oz” (”The Wiz” - 1978) - musicalu z Dianą Ross, gdzie tańczył, śpiewał i wędrował, czyli to, co lubił robić.

Ale najbardziej na świecie pragnął zagrać Piotrusia Pana.

Nie zagrał. Zaprzyjaźniony z nim Spielberg zaangażował do tej roli Robina Williamsa. Razem z Michaelem do dziś nie mogę Spielbergowi tego wybaczyć.

Bo Michael urodził się, żeby zagrać tę rolę. Był ucieleśnieniem chłopięcej ucieczki przed dorastaniem, przed dojrzewaniem. Był czystym marzeniem o lepszym świecie, dobrych ludziach i sprawiedliwych prawach. Jak dziecko pragnął, żeby zatriumfowały sprawiedliwość i braterstwo, kochał naturę i dzieci. Bo był wciąż dzieckiem, głęboko tkwiącym w sferze swoich fobii z chorego koszmaru showbiznesowego dzieciństwa.

Więc zrobiono z niego dziwaka, skandalistę i pedofila. Żeby czasem nie odstawał za bardzo od tego pokręconego i brudnego świata.

Chcecie powiedzieć, że wybielam jego historię? Że on też ma swoje grzechy na sumieniu, że jestem naiwna, wierząc w ten medialny wizerunek, sprzedawany na koncertach?

A jakim prawem ktokolwiek miałby mi dyktować, w co ja powinnam wierzyć?

Ja przecież jestem Dorotką, która zgubiła dom.

Powyżej zera poniedziałek, 4 maja 2009

Pamiętam… tak, tak, zacznę sentymentalnie. Pamiętam swoją maturę z polskiego. Pisałam temat dotyczący bohatera romantycznego, no bo cóż by innego :) Trzeba było napisać wszystko, co się na ten temat wiedziało, oraz jeszcze trochę, przez pięć godzin. Siedzenie w jednym miejscu przez pięć godzin to już jest wyzwanie, a tu jeszcze niemały wysiłek intelektualny. Ech, to były czasy! Czegoś wtedy od maturzystów oczekiwano,  matura (choć jestem świadoma, że zawsze istniały mity wyolbrzymiające ją) była jakimś ważnym progiem intelektualnym i emocjonalnym.

A dzisiaj bywa z tym progiem różnie.

Na moich lekcjach wok-u w tegorocznej 1c stwierdziliśmy zgodnie, że świat zmierza do pampersów, ulegając kompletnej infantylizacji. Potwierdzeniem tej tezy jest cyrk okołomaturalny.

Wstęp

Zaaferowana (sztucznie dość) pani redaktor zagaduje wchodzących na salę maturzystów:

- A macie jakieś maskotki? Nie? Proszę państwa! - tu oburzona pani redaktor zwraca się do kamery - Maturzystom nie wolno wnieść na salę ŻADNYCH maskotek! Również nie mogą wnieść ŻADNEJ kanapki ani NIC do picia!

Zanim pani redaktor powoła Polskę przed Trybunał Praw Człowieka i Obywatela ja skromnie zauważę, że matura trwa coś około 3 godzin. Światowa Organizacja Zdrowia nie stwierdziła dotąd ŻADNEGO zgonu z powodu powstrzymania się od jedzenia czy picia w wyżej określonym  czasokresie.  A jeśli chodzi o maskotki… Hmm, tego, ekhm. Pani redaktor zapewne nie jest świadoma, że młodzi ludzie, piszący maturę, posiadają już prawa obywatelskie, mogą wybierać prezydenta, zawierać związki małżeńskie i legalnie kupować alkohol. Że spędzają noce “na mieście” już od pewnego czasu i nikt po nich nie przyjeżdża w środku nocy pod klub czy studio dyskotekowe. Czy oni tam chodzą też z maskotkami? To byłby pewien powód do obaw. O ich zdrowie psychiczne.

Na razie martwię się o własne (podczas sprawdzania), bo najwyraźniej, podobnego zdania o niedorozwoju młodzieży są ci wybierający tematy maturalne.

Rozwinięcie

Na maturze polecono maturzystom scharakteryzować chłopa Bylicę na podstawie załączonego fragmentu. Nie było  co tu myśleć o odwołaniu się do całości dzieła Reymonta Chłopi, bo tenże bohater poczesnego miejsca w nim nie zajmuje. Zatem, kto zadał sobie trud przeczytania obowiązkowego tomu I Jesień, albo - co gorsza- całości - może do siebie odnieść zakończenie Ferdydurke: Koniec i bomba, a kto czytał ten trąba! Czy to zemsta demaskatora głupoty szkolnej - zza grobu?! Na dokładkę do maturalnego poczucia rzeczywistości proponuję przeczytać zaledwie pierwsze zdanie fragmentu. Ktoś długo szukał, żeby znaleźć. A młodzież miała zapewne ubaw, prawda, Maćku? I to nic nie szkodzi, że archaizmy, i że stylizacja - to sama uroda języka. Na szczęście, jak sądzę,  zaledwie może z 5% maturzystów  wybierze ten temat. Reszta rzuci się na…

Drugi temat odnosił się do Pana Tadeusza. Pan Tadeusz to dzieło przeze mnie ukochane, naprawdę. I moim uczniom staram się tę miłość opowiedzieć, objaśnić, przekazać. Nie wiem, z jakim skutkiem działam, ale zawsze lubię pracę nad tym poematem: sentymentalnym, owszem, ale pełnym dowcipu, przymrużenia oka, gry z romantycznymi konwencjami, na których się sam Mickiewicz przecież wychował lub sam je tworzył. Natomiast temat maturalny pomylił chyba poziomy: charakterystyka porównawcza Zosi i Telimeny to sztandarowy przykład klasówki z gimnazjum! Więc po co były te trzy lata? Po co powrót do tego dzieła w drugiej klasie?

Ja wiem, charakteryzowanie postaci to wspaniała umiejętność, bo stanowi klucz do zrozumienia motywacji postaci, jej poglądów, życiowych rozterek i wyborów. Nie o samą charakterystykę mi idzie.

Otóż idzie mi o Zosię i Telimenę. Ja to albowiem będę musiała sprawdzać, moi mili.  Ile ciekawiej wypadłaby analiza romansu Telimeny z Tadeuszem :) . Rywalizacja Hrabiego z Tadeuszem o kobietę. Nawet sam portret psychologiczny Telimeny byłby wyzwaniem.

A tak - to już widzę “głębię” interpretacji: Zosia jako bohaterka narodowa, ofiarna, mężna, romantyczna, potężna siłą ducha i uwielbienia dla ojczyzny.  I Telimena - jako kobieta zła, zepsuta, zmieniająca mężów jak rękawiczki i do tego a fe! - kosmopolitka, nie kochająca ojczyzny swojej, Polski. Może być, że jeszcze nie kochająca Warszawy, stolicy swego kraju umiłowanej.

WRRR!

No ale czego można się spodziewać po maturzystach, mówiących rzeczy następujące:

“Pana Tadeusza nie przeczytałem”

Zakończenie
Zawsze uważałam, że trzeba wam stawiać poprzeczkę wysoko, bo wtedy wyżej sięgacie, więc więcej zdobędziecie.
Niechaj, kogo wiek zamroczy,
Chyląc ku ziemi poradlone czoło,
Takie widzi świata koło,
Jakie tępymi zakreśla oczy
.
Przepraszam, tak mi się jakoś skojarzyło. :) Ale taki minimalizm charakteryzował zawsze starych. A tutaj - proszę, młodzi ludzie stwierdzają:
- 30 % mi wystarczy.
- Nie przeczytałem w życiu żadnej lektury. Poza Karolcią.
Młodzi ludzie mówią to prosto z mostu, z pewnym, że się tak wyrażę, poczuciem dumy z siebie!
Wy, młodzi - chcecie  być orłami czy kurami? Co?
Nie mogę zatem ścierpieć matury, która zmieni się niedługo w egzamin przedgimnazjalny. Przynajmniej, jeśli chodzi o rozumienie literatury. Nawet ta na poziomie podstawowym powinna mieć jakiś poziom. Powyżej zera.
PS:
Między nami mówiąc, uważam, że tegoroczny poziom rozszerzony powinien być poziomem podstawowym. Śliczne teksty: mądre, proste, oczywiste. I każdy z serca i z rozumu coś by tam wysnuł. Jeśli ma serce i rozum. A przecież maturę powinni dostawać właśnie tacy, czyż nie?

Rytuał oczyszczenia niedziela, 12 kwietnia 2009

Post w świętym cyklu czasu rytualnego jest okresem ważnym i z sakralnego,  i z psychologicznego punktu widzenia. Jest oczyszczeniem ciała i umysłu, jest przygotowaniem do przyjęcia  czegoś nowego.

W moim życiu nastał zły czas.

Czas głupoty i rzucania kamieni.
Czas rozdzierania szat i rozpaczy.
Czas zgrzytania zębami i złorzeczenia.
Czas porzucenia i utraty.

A to oznacza dwie rzeczy. Że dawniej było pięknie i dobrze, i że kiedyś jeszcze przyjdzie dobre i piękne. Czy tak? Czy dobrze odczytuję mądrościowy sens Świętej Księgi – ja, agnostyczka, niegodna nawet tego, żeby po nią sięgać? Byłby w takim odczytaniu jakiś znak optymistyczny, bo przecież taki jest charakter tej Księgi.

Coraz rzadziej zaglądam na blog, który był okazją do mądrej wymiany poglądów i do intelektualnej bliskości z  kochanymi ludźmi, spotkanymi kiedyś na mojej nauczycielskiej drodze. Wszystko ma swój kres. Miłość i nienawiść, nadzieja  i rozpacz, ambicja i duma. Czy to koniec tego bloga?  Stał się tyle samo powodem do rozwoju, jak i mechanizmem destrukcji.

Na razie sprzątam. Obsesyjnie, fanatycznie, do utraty tchu. Wyrzucam starocie z szuflad, ścieram patynę ze sreber, myję i piorę. Mam jakąś potrzebę oczyszczenia świata, ale nie towarzyszy temu pragnienie wewnętrznej zmiany. Jeszcze nie. I na tym polega cały mój problem. Na razie  skulona w kącie pod prysznicem polewam głowę zimną wodą w rytualnej ablucji, żeby zmienić myśli,  wyrzucić to, co pesymistyczne, co mnie zabija i zniewala. Muszę się znów wyprostować. Przestać rozpaczać. Muszę  wyjść naprzeciw światu i walczyć, czegoś pragnąć, kogoś kochać. Chociaż boję się…

Oczyszczająco działa płacz. Kąpiel w morzu. Spacer na boso w deszczu. Wpatrywanie  się w płomień jak najdłużej nie zamykając powiek (Trātaka – Wpatrywanie). Potrzebuję więc morza, deszczu i płomienia świecy. Wody i ognia. Dwóch żywiołów oczyszczenia.

walentynki w świecie popkultury sobota, 14 lutego 2009

Dzisiejszy dzień jest dobrą okazją, żeby wrócić na stare śmieci, do blogu, na który ostatnio nie mam czasu.

Pomyślmy przez chwilę, jak spędzilibyśmy Dzień Zakochanych, gdyby to tylko od nas zależało. Komu i po co on jest potrzebny?

  • Czy jest to dzień dla nieśmiałych, którzy właśnie wtedy odważą się odkryć swoje uczucia przed obiektem swoich westchnień?
  • Czy jest to dzień, w którym nagle  wybucha w nas gejzer uczuć do kogoś, z kim od 10 lat jesteśmy w związku? Albo do kolegi z pracy, co siedzi przy biurku obok?
  • A może to dzień, kiedy po prostu odrabiamy zaległości w okazywaniu sobie serdeczności - i - za cenę czerwonej róży - mamy  z “tym” spokój na rok?

No przecież, że nie.  Wszyscy wiedzą, że nie. A jednak się kręci. Nowa świecka tradycja, kurde.

W mediach rozgrywa się karuzela debilizmu. Losujemy wycieczkę do Paryża dla pary, która się pokłóciła i pogodzi  na antenie przez 1 minutę! Trzeba zdążyć w 1 minutę. Jedna minuta na zalepienie ran!

Kitem chyba.

Przy korbce tej karuzeli stoi Pan Redaktor. Nowy świecki święty. Saint Redactor. Reaktor. Resektor.  Wielki Kosiarz Koronny. Od mózgu wycinania.

Żyjemy w epoce  dyktatu “rozumności”, generującego  - paradoksalnie - prostactwo. Następuje  więc wielki upadek ducha,  bo ludzie, w pogoni za kasą i karierą, zapomnieli o uczuciach.  O metafizyce. O imponderabiliach w końcu. Różowa kartka walentynkowa jako Ersatz  miłości.

A w Wielkiej Brytanii po raz pierwszy w dziejach nowożytnej Europy liczba wolnych związków przekroczyła liczbę sakramentalnych małżeństw. Ciekawe, dlaczego. Przecież potrzeba miłości nadal łączy ludzi w stadła. W stadle łatwiej borykać się nie tylko z fiskusem, ale i  z samotnością,  egzystencjalną pustką. Więc dlaczego ludzie uciekają od sakramentu? Dlaczego nowym wzorem obyczajowym staje się “singiel”, dawniej zwany starą panną lub starym kawalerem?  Czy za zmianą pojęć  kryje się zmiana mentalna? Czy zmiana mentalna poprzedza przemiany socjologiczne, wywołane procesami demograficznymi, ekonomicznymi, kulturowymi; czy  też następuje po nich?

I jak to się ma do medialnego Cyrku Walentego?

Jeny, jak słodko w telewizorze. “Budzić się i spać przy tobie do końca swoich dni”. “Nie umiem żyć bez ciebie, teraz dobrze to wiem” .

Idę zjeść kiszonego ogórka może.  A państwu polecam lekturę (czasem ponowną) moich ukochanych “Walentynek” Tadeusza Różewicza.   Tutaj tylko fragment poematu.

(…)cip cip cip dziewczynki
życzymy wszystkiego naj naj naj
wszystkim zakochanym
bo to dzisiaj ich święto
cip cip cip

szaleństwo w wielkich domach
towarowych
Amerykanie kupują Amerykankom
biżuterię bieliznę słodycze
wszystko w kształcie
czerwonego serduszka
epidemia „ejds” sprawiła
że obyczajem stało się
wręczanie zakochanym prezerwatyw
ozdobionych serduszkami
wisiorki w kształcie serduszka
bombonierki
21-letni chłopak (w kształcie serduszka?)
zamordował czteroletniego synka (…)

Nowe czwartek, 1 stycznia 2009

Zanim strzelą korki od prawie szampanów, zanim szaleństwo lambady ogarnie ciała na parkietach, ja trochę pomarudzę. Tradycyjnie.

Wszystkie szanujące się gazety codzienne i niecodzienne publikują podsumowania ubiegłego roku, statystyki i zwycięzców rankingów, Człowieków Roku, Buble i Majstersztyki, Extraklasy i te pe. Spojrzałam wstecz na mijający rok (to coś nowego, zwykle patrzę naprzód ) i ogarnęła mnie zaduma. Zaduma dotyczy oświaty, oczywiście.

Wydarzeniem mijającego roku będzie zapewne nowe rozporządzenie MEN w sprawie nowej podstawy programowej w całym systemie oświaty. Właśnie na święta się ukazało (zamieszczam w Dokumentach). Trąbić będą anieli na wszystkich forach oraz we wszystkich gazetach, albo odwrotnie, że wielka reforma ci nastaje od nowa. Odnowa. I zaczną znowu od sześciolatków. Na podstawę programową nikt nie zwróci uwagi, no bo kto by się na tym specjalistycznym bełkocie wyznawał! (Ja, ja!) Może o lekturach co ambitniejsi dziennikarze podyskutują. Założę się jednak, że nie zauważą, że Fausta wyrzuciła reforma. To, co zaczął Wielki Roman, dokończyła Minister Hall. Koniec z Goethem, koniec ze “zbójeckimi książkami”. Ale to nieważne, ostatecznie. Ważne jest nowe podejście do nauki - nie jako do obowiązku szkolnego, ale jako do najważniejszej funkcji rozwojowej młodego człowieka.

Kiedy wchodziłam w swoje zawodowe życie, rozpoczynała się debata nad nowym kształtem oświaty. Przekonywano, że nacisk należy położyć na kompetencje, nie na wiedzę, odejść od encyklopedyzmu i szczególików historycznoliterackich na rzecz dyskusji, lektur, żywego opiniowania i w ogóle reagowania ucznia na słowo pisane, nie nudzić - lecz aktywizować młodzież w procesie poszukiwania wiedzy. Że należy pozwolić wybierać uczniom przedmioty w cyklu kształcenia, ich zakres i poziom. A potem przyszła proza życia, czyli trudne lata zmian ustrojowych. Reformę i oświatę diabli wzięli. Została tylko pseudoreforma.

Całe swoje zawodowe życie czułam się nauczycielem zreformowanym. Reforma - to było moje myślenie o uczeniu literatury. Kazać wybierać, skłaniać do autorefleksji, podnosić poprzeczkę, określać swoje wybory i gusty… (Czy pamiętacie, jak zawsze denerwowałam się, kiedy zaczynaliście odpowiedź od “Pisarz X urodził się 24 grudnia …”? Albo jak podawałam trzy wersje tematu lekcji?) Minęło kilkanaście ładnych lat i cóż to? Znowu reforma. Ale teraz naprawdę mamy uczyć po nowemu. Czy możemy mieć nadzieję, że tym razem nie zabraknie na tę reformę pieniędzy? Że pobożne życzenia reformatorów sprzed lat nie zostaną pożarte po raz kolejny przez kryzys gospodarczy, który jak czarna chmura zaczyna rozciągać sie nad krajem? Po dwudziestu latach mówienia o reformie zaczynamy ją może wdrażać? Naprawdę? Pozwolimy uczniowi WYBIERAĆ? Zmienimy kanon przedmiotów i świętych lektur?

Przytoczę, żeby lżej na sercu przed Nowym Rokiem się zrobiło, zdania z rozporządzenia, nawiązujące do nazywanych tak kiedyś kompetencji kluczowych. Tego mamy uczyć:

“Do najważniejszych umiejętności zdobywanych przez ucznia w trakcie kształcenia ogólnego na III i IV etapie edukacyjnym należą:

1. czytanie – umiejętność rozumienia, wykorzystywania i refleksyjnego przetwarzania tekstów, w tym tekstów kultury, prowadząca do osiągnięcia własnych celów, rozwoju osobowego oraz aktywnego uczestnictwa w życiu społeczeństwa;

2. myślenie matematyczne – umiejętność wykorzystania narzędzi matematyki w życiu codziennym oraz formułowania sądów opartych na rozumowaniu matematycznym;

3. myślenie naukowe – umiejętność wykorzystania wiedzy o charakterze naukowym do identyfikowania i rozwiązywania problemów, a takŜe formułowania wniosków opartych na obserwacjach empirycznych dotyczących przyrody i społeczeństwa;

4. umiejętność komunikowania się w języku ojczystym i w językach obcych, zarówno w mowie, jak i w piśmie;

5. umiejętność sprawnego posługiwania się nowoczesnymi technologiami informacyjnokomunikacyjnymi;

6. umiejętność wyszukiwania, selekcjonowania i krytycznej analizy informacji;

7. umiejętność rozpoznawania własnych potrzeb edukacyjnych oraz uczenia się;

8. umiejętność pracy zespołowej.”

Przestańmy w końcu koncentrować się na sześciolatkach. Że za małe do szkoły. Że rączka nierozwinięta i możliwości percepcyjne też nie. Apeluję do wszystkich rodziców, teraźniejszych i przyszłych, żeby dali spokój. Wasze dzieciaki chodzą zapewne teraz do przedszkola, a zanim dojdą do szkoły średniej, świat zmieni się tak bardzo, że nie potraficie sobie tego wyobrazić. Jeśli nie zrobimy jakiegoś odważnego kroku w oświacie, to za rok, dwa, zostaną w szkole (starzy) nauczyciele i ławki. Młodzież wyjedzie do Irlandii, Anglii, Hiszpanii lub gdziekolwiek - uczyć się, studiować i pracować. Żeby jakoś żyć. Bo u nas - można się na razie tylko lenić i nudzić. I, ewentualnie, dla dekadenckiej rozrywki - pić.

Ta ostatnia uwaga tak niechcący nie pasuje tematycznie do Nowego Roku. Akurat dzisiaj w nocy wyskokowy kieliszek jest naturalny i dozwolony, bo to czas karnawału, jakże ważny w kulturze. Zamknijmy stare. Uczcijmy. Strąćmy kilka kropli wina dla starych bogów. Zamknijmy stary rozdział bez żalu. I zacznijmy, o bogowie, coś nowego.

Czego Państwu i sobie na Nowy Rok życzę.

PS: Pisałam przed północą. Zegar na blogu kłamie.

Schyłkowa epoka druku niedziela, 14 grudnia 2008

Blog się kurzy… Zajrzałam, a tu pajęczyny po kątach i stronka-chatka szkolnej czarownicy mchem zarosła.
W obliczu wielu szkolnych zawodów skrzydełka mi jakoś ostatnio opadły, pomimo tego, że przecież mówiłam, że nigdy przenigdy nie poddam się.

Trupi jakiś ciąg wieje od północy. Mróz warzy liście drzew i moje serce też zamarza (prawie jak „Kordian”, a jakże). Puste są też serca dzieciaków, brak elementarnej wrażliwości na słowo, na prawdę, na piękno… Boże, co to za archaiczne pojęcia? Skąd ja je wytrzasnęłam?

A przecież zawsze od dzieciaków właśnie brałam życiową energię, optymizm i wolę zmieniania świata. Przeszło mnie czy dzieciakom? Czy to się nazywa wypaleniem zawodowym?

O Matko Przenajświętsza! – Toż to zgroza i choroba jakaś „tfu! na psa urok!”. Ja i wypalenie zawodowe? „Jo mam taki gorąc w sobie”(„Czterej pancerni…”) – proszę! znowu jakiś cytat mi się przyplątał.

Skoro nie ja się zmieniłam, to dzieciaki. „Jeśli nie pan, to ja!” („Rejs”)

No nie! Czy ja już w ogóle nie umiem funkcjonować bez cytatów ze świata kultury? Wszystko jest tekstem (John Barth). Świat jest biblioteką. Ludzie porozumiewają się za pomocą linków. Dzieci stały się pendrive’ami, które wierzą, że w dowolnym momencie napełnią się potrzebną wiedzą. Na przemiał tony woluminów – wpisujemy wiedzę w system cyfrowy. Budujemy bazy danych. Żeby lepiej ściągać? Zapożyczać i cytować. Słowa własnego brak. Koło cywilizacyjne się zamyka - wracamy do jaskiń?

Znajdujemy się w schyłkowej epoce, chociaż na początku tysiąclecia. Schyłkowa epoka druku… (Michael Joyce)

***

Tym bardziej zaskoczyło mnie następujące wydarzenie. Jadę sobie Kopcińskiego, jak zwykle za szybko, a tu nagle jakieś lustro ze znakiem drogowym mówi do mnie słowem objawionym: ZWOLNIJ! Na czerwono mówi! Nie jakieś tam przekreślone kółko czy wyżęty trójkącik, ale SŁOWO!

Z kompletnego zaskoczenia zdjęłam nogę z gazu. I wtedy… Wiecie co się stało? Otóż znak drogowy powiedział do mnie, tym razem na zielono: DZIĘKUJĘ!

No moi państwo! Owszem, byłam zmęczona, wracałam po siedmiu lekcjach nieco nieprzytomna, zdążyłam dopiero co poustawiać na parapecie anioły, a poza tym spałam tylko 3 godziny, co ostatnio zdarza mi się nader często, ale żeby takie zwidy mieć w biały dzień? Następnego dnia pojechałam tą samą trasą, żeby sprawdzić.

Znak drogowy (radar! wpadłam na to za piątym razem) stoi i gada do mnie. A ja – codziennie już tamtędy wracam. Ze wzruszeniem wciskam gaz do dechy na wiadukcie, żeby zwolnić w kluczowym momencie i ujrzeć, jak czerwone Zwolnij! zamienia się na zielone Dziękuję!

Humanizacja ruchu drogowego? Ruch kołowy jako miejsce azylu dla słowa? Albo ostatni przystanek przed szpitalem wariatów – dla pani od polskiego, potrzebnej wszystkim jak piąte koło u wozu (sic!), czekającej na rozwój potrzeb duchowych i miłości do literatury u swoich uczniów.

Zostaje mi zaprzyjaźnić się ze znakiem drogowym.