Rytuał oczyszczenia niedziela, 12 kwietnia 2009
Post w świętym cyklu czasu rytualnego jest okresem ważnym i z sakralnego, i z psychologicznego punktu widzenia. Jest oczyszczeniem ciała i umysłu, jest przygotowaniem do przyjęcia czegoś nowego.
W moim życiu nastał zły czas.
Czas głupoty i rzucania kamieni.
Czas rozdzierania szat i rozpaczy.
Czas zgrzytania zębami i złorzeczenia.
Czas porzucenia i utraty.
A to oznacza dwie rzeczy. Że dawniej było pięknie i dobrze, i że kiedyś jeszcze przyjdzie dobre i piękne. Czy tak? Czy dobrze odczytuję mądrościowy sens Świętej Księgi – ja, agnostyczka, niegodna nawet tego, żeby po nią sięgać? Byłby w takim odczytaniu jakiś znak optymistyczny, bo przecież taki jest charakter tej Księgi.
Coraz rzadziej zaglądam na blog, który był okazją do mądrej wymiany poglądów i do intelektualnej bliskości z kochanymi ludźmi, spotkanymi kiedyś na mojej nauczycielskiej drodze. Wszystko ma swój kres. Miłość i nienawiść, nadzieja i rozpacz, ambicja i duma. Czy to koniec tego bloga? Stał się tyle samo powodem do rozwoju, jak i mechanizmem destrukcji.
Na razie sprzątam. Obsesyjnie, fanatycznie, do utraty tchu. Wyrzucam starocie z szuflad, ścieram patynę ze sreber, myję i piorę. Mam jakąś potrzebę oczyszczenia świata, ale nie towarzyszy temu pragnienie wewnętrznej zmiany. Jeszcze nie. I na tym polega cały mój problem. Na razie skulona w kącie pod prysznicem polewam głowę zimną wodą w rytualnej ablucji, żeby zmienić myśli, wyrzucić to, co pesymistyczne, co mnie zabija i zniewala. Muszę się znów wyprostować. Przestać rozpaczać. Muszę wyjść naprzeciw światu i walczyć, czegoś pragnąć, kogoś kochać. Chociaż boję się…
Oczyszczająco działa płacz. Kąpiel w morzu. Spacer na boso w deszczu. Wpatrywanie się w płomień jak najdłużej nie zamykając powiek (Trātaka – Wpatrywanie). Potrzebuję więc morza, deszczu i płomienia świecy. Wody i ognia. Dwóch żywiołów oczyszczenia.
walentynki w świecie popkultury sobota, 14 lutego 2009
Dzisiejszy dzień jest dobrą okazją, żeby wrócić na stare śmieci, do blogu, na który ostatnio nie mam czasu.
Pomyślmy przez chwilę, jak spędzilibyśmy Dzień Zakochanych, gdyby to tylko od nas zależało. Komu i po co on jest potrzebny?
- Czy jest to dzień dla nieśmiałych, którzy właśnie wtedy odważą się odkryć swoje uczucia przed obiektem swoich westchnień?
- Czy jest to dzień, w którym nagle wybucha w nas gejzer uczuć do kogoś, z kim od 10 lat jesteśmy w związku? Albo do kolegi z pracy, co siedzi przy biurku obok?
- A może to dzień, kiedy po prostu odrabiamy zaległości w okazywaniu sobie serdeczności - i - za cenę czerwonej róży - mamy z “tym” spokój na rok?
No przecież, że nie. Wszyscy wiedzą, że nie. A jednak się kręci. Nowa świecka tradycja, kurde.
W mediach rozgrywa się karuzela debilizmu. Losujemy wycieczkę do Paryża dla pary, która się pokłóciła i pogodzi na antenie przez 1 minutę! Trzeba zdążyć w 1 minutę. Jedna minuta na zalepienie ran!
Kitem chyba.
Przy korbce tej karuzeli stoi Pan Redaktor. Nowy świecki święty. Saint Redactor. Reaktor. Resektor. Wielki Kosiarz Koronny. Od mózgu wycinania.
Żyjemy w epoce dyktatu “rozumności”, generującego - paradoksalnie - prostactwo. Następuje więc wielki upadek ducha, bo ludzie, w pogoni za kasą i karierą, zapomnieli o uczuciach. O metafizyce. O imponderabiliach w końcu. Różowa kartka walentynkowa jako Ersatz miłości.
A w Wielkiej Brytanii po raz pierwszy w dziejach nowożytnej Europy liczba wolnych związków przekroczyła liczbę sakramentalnych małżeństw. Ciekawe, dlaczego. Przecież potrzeba miłości nadal łączy ludzi w stadła. W stadle łatwiej borykać się nie tylko z fiskusem, ale i z samotnością, egzystencjalną pustką. Więc dlaczego ludzie uciekają od sakramentu? Dlaczego nowym wzorem obyczajowym staje się “singiel”, dawniej zwany starą panną lub starym kawalerem? Czy za zmianą pojęć kryje się zmiana mentalna? Czy zmiana mentalna poprzedza przemiany socjologiczne, wywołane procesami demograficznymi, ekonomicznymi, kulturowymi; czy też następuje po nich?
I jak to się ma do medialnego Cyrku Walentego?
Jeny, jak słodko w telewizorze. “Budzić się i spać przy tobie do końca swoich dni”. “Nie umiem żyć bez ciebie, teraz dobrze to wiem” .
Idę zjeść kiszonego ogórka może. A państwu polecam lekturę (czasem ponowną) moich ukochanych “Walentynek” Tadeusza Różewicza. Tutaj tylko fragment poematu.
(…)cip cip cip dziewczynki
życzymy wszystkiego naj naj naj
wszystkim zakochanym
bo to dzisiaj ich święto
cip cip cipszaleństwo w wielkich domach
towarowych
Amerykanie kupują Amerykankom
biżuterię bieliznę słodycze
wszystko w kształcie
czerwonego serduszka
epidemia „ejds” sprawiła
że obyczajem stało się
wręczanie zakochanym prezerwatyw
ozdobionych serduszkami
wisiorki w kształcie serduszka
bombonierki
21-letni chłopak (w kształcie serduszka?)
zamordował czteroletniego synka (…)
Nowe czwartek, 1 stycznia 2009
Zanim strzelą korki od prawie szampanów, zanim szaleństwo lambady ogarnie ciała na parkietach, ja trochę pomarudzę. Tradycyjnie.
Wszystkie szanujące się gazety codzienne i niecodzienne publikują podsumowania ubiegłego roku, statystyki i zwycięzców rankingów, Człowieków Roku, Buble i Majstersztyki, Extraklasy i te pe. Spojrzałam wstecz na mijający rok (to coś nowego, zwykle patrzę naprzód ) i ogarnęła mnie zaduma. Zaduma dotyczy oświaty, oczywiście.
Wydarzeniem mijającego roku będzie zapewne nowe rozporządzenie MEN w sprawie nowej podstawy programowej w całym systemie oświaty. Właśnie na święta się ukazało (zamieszczam w Dokumentach). Trąbić będą anieli na wszystkich forach oraz we wszystkich gazetach, albo odwrotnie, że wielka reforma ci nastaje od nowa. Odnowa. I zaczną znowu od sześciolatków. Na podstawę programową nikt nie zwróci uwagi, no bo kto by się na tym specjalistycznym bełkocie wyznawał! (Ja, ja!) Może o lekturach co ambitniejsi dziennikarze podyskutują. Założę się jednak, że nie zauważą, że Fausta wyrzuciła reforma. To, co zaczął Wielki Roman, dokończyła Minister Hall. Koniec z Goethem, koniec ze “zbójeckimi książkami”. Ale to nieważne, ostatecznie. Ważne jest nowe podejście do nauki - nie jako do obowiązku szkolnego, ale jako do najważniejszej funkcji rozwojowej młodego człowieka.
Kiedy wchodziłam w swoje zawodowe życie, rozpoczynała się debata nad nowym kształtem oświaty. Przekonywano, że nacisk należy położyć na kompetencje, nie na wiedzę, odejść od encyklopedyzmu i szczególików historycznoliterackich na rzecz dyskusji, lektur, żywego opiniowania i w ogóle reagowania ucznia na słowo pisane, nie nudzić - lecz aktywizować młodzież w procesie poszukiwania wiedzy. Że należy pozwolić wybierać uczniom przedmioty w cyklu kształcenia, ich zakres i poziom. A potem przyszła proza życia, czyli trudne lata zmian ustrojowych. Reformę i oświatę diabli wzięli. Została tylko pseudoreforma.
Całe swoje zawodowe życie czułam się nauczycielem zreformowanym. Reforma - to było moje myślenie o uczeniu literatury. Kazać wybierać, skłaniać do autorefleksji, podnosić poprzeczkę, określać swoje wybory i gusty… (Czy pamiętacie, jak zawsze denerwowałam się, kiedy zaczynaliście odpowiedź od “Pisarz X urodził się 24 grudnia …”? Albo jak podawałam trzy wersje tematu lekcji?) Minęło kilkanaście ładnych lat i cóż to? Znowu reforma. Ale teraz naprawdę mamy uczyć po nowemu. Czy możemy mieć nadzieję, że tym razem nie zabraknie na tę reformę pieniędzy? Że pobożne życzenia reformatorów sprzed lat nie zostaną pożarte po raz kolejny przez kryzys gospodarczy, który jak czarna chmura zaczyna rozciągać sie nad krajem? Po dwudziestu latach mówienia o reformie zaczynamy ją może wdrażać? Naprawdę? Pozwolimy uczniowi WYBIERAĆ? Zmienimy kanon przedmiotów i świętych lektur?
Przytoczę, żeby lżej na sercu przed Nowym Rokiem się zrobiło, zdania z rozporządzenia, nawiązujące do nazywanych tak kiedyś kompetencji kluczowych. Tego mamy uczyć:
“Do najważniejszych umiejętności zdobywanych przez ucznia w trakcie kształcenia ogólnego na III i IV etapie edukacyjnym należą:
1. czytanie – umiejętność rozumienia, wykorzystywania i refleksyjnego przetwarzania tekstów, w tym tekstów kultury, prowadząca do osiągnięcia własnych celów, rozwoju osobowego oraz aktywnego uczestnictwa w życiu społeczeństwa;
2. myślenie matematyczne – umiejętność wykorzystania narzędzi matematyki w życiu codziennym oraz formułowania sądów opartych na rozumowaniu matematycznym;
3. myślenie naukowe – umiejętność wykorzystania wiedzy o charakterze naukowym do identyfikowania i rozwiązywania problemów, a takŜe formułowania wniosków opartych na obserwacjach empirycznych dotyczących przyrody i społeczeństwa;
4. umiejętność komunikowania się w języku ojczystym i w językach obcych, zarówno w mowie, jak i w piśmie;
5. umiejętność sprawnego posługiwania się nowoczesnymi technologiami informacyjnokomunikacyjnymi;
6. umiejętność wyszukiwania, selekcjonowania i krytycznej analizy informacji;
7. umiejętność rozpoznawania własnych potrzeb edukacyjnych oraz uczenia się;
8. umiejętność pracy zespołowej.”
Przestańmy w końcu koncentrować się na sześciolatkach. Że za małe do szkoły. Że rączka nierozwinięta i możliwości percepcyjne też nie. Apeluję do wszystkich rodziców, teraźniejszych i przyszłych, żeby dali spokój. Wasze dzieciaki chodzą zapewne teraz do przedszkola, a zanim dojdą do szkoły średniej, świat zmieni się tak bardzo, że nie potraficie sobie tego wyobrazić. Jeśli nie zrobimy jakiegoś odważnego kroku w oświacie, to za rok, dwa, zostaną w szkole (starzy) nauczyciele i ławki. Młodzież wyjedzie do Irlandii, Anglii, Hiszpanii lub gdziekolwiek - uczyć się, studiować i pracować. Żeby jakoś żyć. Bo u nas - można się na razie tylko lenić i nudzić. I, ewentualnie, dla dekadenckiej rozrywki - pić.
Ta ostatnia uwaga tak niechcący nie pasuje tematycznie do Nowego Roku. Akurat dzisiaj w nocy wyskokowy kieliszek jest naturalny i dozwolony, bo to czas karnawału, jakże ważny w kulturze. Zamknijmy stare. Uczcijmy. Strąćmy kilka kropli wina dla starych bogów. Zamknijmy stary rozdział bez żalu. I zacznijmy, o bogowie, coś nowego.
Czego Państwu i sobie na Nowy Rok życzę.
PS: Pisałam przed północą. Zegar na blogu kłamie.
Schyłkowa epoka druku niedziela, 14 grudnia 2008
Blog się kurzy… Zajrzałam, a tu pajęczyny po kątach i stronka-chatka szkolnej czarownicy mchem zarosła.
W obliczu wielu szkolnych zawodów skrzydełka mi jakoś ostatnio opadły, pomimo tego, że przecież mówiłam, że nigdy przenigdy nie poddam się.
Trupi jakiś ciąg wieje od północy. Mróz warzy liście drzew i moje serce też zamarza (prawie jak „Kordian”, a jakże). Puste są też serca dzieciaków, brak elementarnej wrażliwości na słowo, na prawdę, na piękno… Boże, co to za archaiczne pojęcia? Skąd ja je wytrzasnęłam?
A przecież zawsze od dzieciaków właśnie brałam życiową energię, optymizm i wolę zmieniania świata. Przeszło mnie czy dzieciakom? Czy to się nazywa wypaleniem zawodowym?
O Matko Przenajświętsza! – Toż to zgroza i choroba jakaś „tfu! na psa urok!”. Ja i wypalenie zawodowe? „Jo mam taki gorąc w sobie”(„Czterej pancerni…”) – proszę! znowu jakiś cytat mi się przyplątał.
Skoro nie ja się zmieniłam, to dzieciaki. „Jeśli nie pan, to ja!” („Rejs”)
No nie! Czy ja już w ogóle nie umiem funkcjonować bez cytatów ze świata kultury? Wszystko jest tekstem (John Barth). Świat jest biblioteką. Ludzie porozumiewają się za pomocą linków. Dzieci stały się pendrive’ami, które wierzą, że w dowolnym momencie napełnią się potrzebną wiedzą. Na przemiał tony woluminów – wpisujemy wiedzę w system cyfrowy. Budujemy bazy danych. Żeby lepiej ściągać? Zapożyczać i cytować. Słowa własnego brak. Koło cywilizacyjne się zamyka - wracamy do jaskiń?
Znajdujemy się w schyłkowej epoce, chociaż na początku tysiąclecia. Schyłkowa epoka druku… (Michael Joyce)
***
Tym bardziej zaskoczyło mnie następujące wydarzenie. Jadę sobie Kopcińskiego, jak zwykle za szybko, a tu nagle jakieś lustro ze znakiem drogowym mówi do mnie słowem objawionym: ZWOLNIJ! Na czerwono mówi! Nie jakieś tam przekreślone kółko czy wyżęty trójkącik, ale SŁOWO!
Z kompletnego zaskoczenia zdjęłam nogę z gazu. I wtedy… Wiecie co się stało? Otóż znak drogowy powiedział do mnie, tym razem na zielono: DZIĘKUJĘ!
No moi państwo! Owszem, byłam zmęczona, wracałam po siedmiu lekcjach nieco nieprzytomna, zdążyłam dopiero co poustawiać na parapecie anioły, a poza tym spałam tylko 3 godziny, co ostatnio zdarza mi się nader często, ale żeby takie zwidy mieć w biały dzień? Następnego dnia pojechałam tą samą trasą, żeby sprawdzić.
Znak drogowy (radar! wpadłam na to za piątym razem) stoi i gada do mnie. A ja – codziennie już tamtędy wracam. Ze wzruszeniem wciskam gaz do dechy na wiadukcie, żeby zwolnić w kluczowym momencie i ujrzeć, jak czerwone Zwolnij! zamienia się na zielone Dziękuję!
Humanizacja ruchu drogowego? Ruch kołowy jako miejsce azylu dla słowa? Albo ostatni przystanek przed szpitalem wariatów – dla pani od polskiego, potrzebnej wszystkim jak piąte koło u wozu (sic!), czekającej na rozwój potrzeb duchowych i miłości do literatury u swoich uczniów.
Zostaje mi zaprzyjaźnić się ze znakiem drogowym.
Dzień Nauczyciela nam nastał poniedziałek, 13 października 2008
Przed nami Dzień Nauczyciela. To wystarczająco zabawne święto, żeby z tego powodu zamieścić zabawną notkę na blogu. Albo i może nieco mniej zabawną. Ale właściwie skłoniła mnie do tego nie uroczysta okoliczność, ale, jak zwykle, drobiazgi.
Oto otwieram skrzynkę mailową, a tam reklama nowości w Empiku informuje mnie, że Irena Jarocka jest, uwaga, ikoną polskiej muzyki.
(Halo! Wie ktoś, kto to jest Irena Jarocka? No przecież mówię, że ikona!)
Potem próbuję dostać się na próbę do sali widowiskowej, bo młodzież coś tam chce przedstawić w ramach konkursu dla pierwszoklasistów, a tu zakaz wjazdu, zabroniono, bo klasa druga robi przedstawienie. Dla kogo? Dla klas pierwszych, które same robią jakieś scenki, czy dla nauczycieli szanownych? Jutro się dowiem dopiero.
Na koniec: oto przyjeżdżam z wycieczki niezbyt zorientowana i dowiaduję się się, że jutro młodzież nie idzie do szkoły. Dlaczego? No bo Dzień Nauczyciela przecież.
Właściwie powinniśmy wszyscy cieszyć się, hip, hip, hura! Nie ma lekcji, jest wolne.
Zawsze marudziliśmy, bo w Dwunastce 14 października były jakieś zajęcia, młodzież przychodziła jakoś tak odświętnie wystrojona, wychowawca coś truł, jakieś dubeltowe godziny wychowawcze się odbywały, czasem do kina się szło… A tu wreszcie będzie normalnie, tak jak to w innych szkołach dookoła zawsze bywało. Nauczyciele obejrzą samych siebie (no bo oni nie mają dnia wolnego) i co najwyżej - pierwszaków. (Trudno, ktoś musi się dla sprawy poświęcić. I przyjść do tej szkoły). W ten sposób, systemem rotacyjnym, klasy obsłużą kwiatkami nauczycieli raz na trzy lata. Znowu padło na tych pierwszaków. Ostatecznie młodzi są, niech cierpią i do życia w społeczeństwie się przystosowują.
Młodzież starsza wylegnie na Piotrkowską, za zaoszczędzoną na kwiatkach kwotę hucznie świętować dzień uroczysty, święto Komisji Edukacji Narodowej. Zapełnią się puby, kluby i dyskoteki, hej!
Nauczyciele za to, zebrani w szkole, być może na akademii jak za dawnych “dobrych” czasów, popatrzą sobie w oczy z głębokim namysłem: Cóż za uroda w nas! Jakimże pięknym zawodem jesteśmy! Jak bardzo społecznie potrzebnym i nieodzownym. Jakim mądrym i pragmatycznym, wychodzącym naprzeciw potrzebom i oczekiwaniom młodzieży!
Przecież nie ma to jak spełniać oczekiwania społeczne, być na bieżąco. I zgodnie z ogólnym trendem.
PS: Co do tego ma Irena Jarocka? A co za różnica? Może i nic! Po prostu szlag mnie trafił. Z powodu głupoty mediów, z powodu kitu wciskanego kolorowym drukiem. Z powodu absurdów rzeczywistości dookolnej wreszcie. Materializmu i ignorancji dorobkiewiczów. Pychy i megalomanii prostaków. Desperacji dzieciaków, wystawionych na pokusy tego świata wszelakie. Z powodu bezradności własnej, wreszcie. Adaś Miauczyński to ja.
Szlag mnie trafia, ergo sum? Czyżby?
Polska okazjonalna wtorek, 30 września 2008
Już miesiąc mija od rozpoczęcia nowego roku szkolnego, a tu na moim blogu ani otwarcia uroczystego, ani żadnej kąśliwej notki, ani jakiegoś powakacyjnego bilansu. Zaniedbałam się, zaniedbałam obowiązki! Wszyscy czytelnicy i przyjaciele zapewne znudzeni poszli gdzie indziej. Ale słowa Danuty z Bytomia przywołały mnie do porządku (O blogu). Dziś będzie o okazji.
Okazja - “wyjątkowa sytuacja sprzyjająca czemuś” albo “niecodzienne, uroczyste wydarzenie” - tak słowniki języka polskiego objaśniają to słowo. Moim zdaniem jednak należałoby zauważyć, że to rzeczownik z rodzaju tych magicznych, jak abrakadabra albo Sezamie, otwórz się!
Polska jest w ogóle krajem, w którym okazja decyduje o wszystkich elementach życia społecznego, kulturalnego i historycznego.
Przy okazji I wojny światowej odzyskaliśmy niepodległość, chociaż wcześniej dzielnie przelewaliśmy krew w bezskutecznych powstanaich.
Przy okazji zaborów i jarzma niewoli powstały nasze najdumniejsze płótna narodowe: Hołd pruski, Bitwa pod Grunwaldem czy Batory pod Pskowem.
Przy okazji Euro 2012 wybudujemy kilka kilometrów autostrad i cztery stadiony. Wcześniej istniała tylko katowicka hala, ale zapewne była ona efektem okazjonalnej współpracy z obcą cywilizacją, co pozostawiło ślad w nazwie (Katowicki Spodek).
Przy okazji wmurowania kamienia węgielnego pod pomnik w okolicach naszej szkoły - otynkowano i odmalowano fronton sąsiedzkiej kamienicy oraz posadzono bratki. Żółte. We wrześniu.
Przy okazji robienia klombiku zagrabiono liście kasztanowców, a nawet wyzbierano je co do jednego, co z pewnością przyczyni się skutecznie do walki ze szrotówkiem kasztanowcowiaczkiem. Wieloletnie zabiegi klas przyrodniczych naszej szkoły nie pomogły w tym względzie. Zapewne dlatego, że były bez okazji.
Należałoby teraz życzyć sobie, szkole, miastu i krajowi, żeby przy okazji nadejścia wiosny albo rocznicy zjazdu gnieźnieńskiego (albo jakiegokolwiek innego) naród wybrał mądre władze, zakwitły jabłonie oraz obrodziły poziomki. Bo żeby jakaś korzyść z tego zjazdu wynikła dla naszej szkoły - przyjdzie jeszcze, niestety, poczekać. Ani stadionu “Spodek”, ani boiska “orlik”, ani malowania korytarzy, ani nawet remontu toalet w XXI wieku, moi państwo, nie należy oczekiwać. Kasa poszła na klombiki.
Ten wpis też jest przy okazji. Mojego zwolnienia chorobowego. Tak coś ostatnio gorzej się czuję.
Nie pozwalam! czwartek, 28 sierpnia 2008
Dzisiaj nie będzie żartobliwie. Dzisiaj nie będzie felietonowo i lekko. Dziś będzie o filarach.
Filary, jak wiadomo, to takie podpory konstrukcyjne, bez których budowla może się zawalić. Potwierdzą to zapewne absolwenci architekci. W budynkach bywają ściany nośne, filary, wsporniki, belki główne i inne takie ustrojstwa, których istnienie jest gwarancją ładu w mikrokosmosie, zwieńczonym jakimś dachem. Być może nowoczesne technologie pozwalają na wyrzucenie filarów?
Notka nie jest o architekturze. Notka jest o języku. Przynajmniej na pierwsze danie.
W dzisiejszej łódzkiej gazecie codziennej na pierwszej stronie pojawił się tytuł:
Czy Dell odda łódzką firmę chińczykom?
(…) “Sunday Times podał, że Dell rozważa sprzedanie łódzkiej fabryki tajwańskiej firmie Foxconn. (…)
Nie mówcie mi, drodzy moi, że korektor zaspał. Albo że niedouczony. No way. Tu chodzi o dowcip językowy, zamknięty w małej literze. Bo wcale nie o Chińczyków.
Nie dyskutuję tu o tym, czy tajwańska firma, o którą chodzi w notce, ewentualny nabywca fabryki Della, zatrudnia Tajwańczyków czy Chińczyków, bo na samym Tajwanie do dziś kwestia odrębności od Chin nie jest sprawą jasną ani zamkniętą, a ja nie zamierzam politykować. Chodzi tu o to, że na pierwszej stronie poczytnej gazety czyjś poroniony geniusz umieścił neologizm semantyczny. Ten ‘chińczyk’ oznacza bowiem jakiegokolwiek skośnookiego mieszkańca Azji, powiedzmy to wyraźnie: ‘żółtka’ po prostu. Ale przecież wszyscy wiedzą, że ‘żółtek’ to słowo obraźliwe, gdyż nacechowane pogardą. I tego nikt nie odważy się zastosować, w obawie przed skandalem międzynarodowym. A ‘chińczyk’ - jakże niewinnie to brzmi! Natomiast w gruncie rzeczy chodzi o to samo: o pogardę.
Nie ma świata bez szacunku do drugiego człowieka, tak jak nie ma domu bez dachu, wspartego na jakichś podporach. Bez tego szacunku są za to wojny, eksterminacje i szowinizmy, czystki etniczne i doktrynerskie ideologie rasy panów.
Więc: protestuję! Krzyczę głośno w obronie poszanowania drugiego człowieka, jakiejkolwiek nie byłby rasy, narodowości czy wyznania. W imię poszanowania jakiejkolwiek odmienności. Przeciwko chamstwu, narodowej pysze, tchnącej nacjonalnym kretynizmem, zaflancowanej na ksenofobii. I przeciw wykorzystywaniu językowych gierek wobec ludzi, którzy ich, być może, nie rozumieją tak oczywiście, tak od razu, jak ja (pani od polskiego).
Proszę Was, którzy tu zaglądacie, o podpisywanie się pod moim protestem lub w ogóle o wypowiadanie w tej sprawie. Mam zamiar wysłać jak najszybciej ten list/wpis do odpowiedniej gazety. Wierzę, że nie jestem sama w tym oburzeniu. Nie musimy godzić się na prymitywizm rzeczywistości. Nie wolno nam nic nie robić. Może protest to nie jest wielka rzecz, ale zawsze coś. I zawsze zależy od skali.
PS: To był “Dziennik Łódzki“.
Faceci w czerni środa, 20 sierpnia 2008
Uwaga, proszę państwa! Nadchodzą faceci w czerni.
Ministerstwo Edukacji Narodowej pracuje intensywnie nad zmianą podstawy programowej kształcenia ogólnego od 2009 roku (szczęśliwie 20 lat mojej pracy zawodowej przypada na reformę oświaty w sensie constans). Oczywiście reforma ma jeden cel główny i kilka pomocniczych. Głównym celem jest zamordowanie polskiej oświaty przez zagłodzenie polskich nauczycieli, ewentualnie wysłanie ich do rzeźni, jak konia Boxera z Folwarku Zwierzęcego Orwella. Celami pomocniczymi jest wysłanie do szkół pięciolatków oraz wprowadzenie do kanonu lektur narodowych światłej prozy dewocyjnej typu: “Wspomnienia o objawieniach w grocie”.
Reformę tę upowszechniać, nagłaśniać, propagować w terenie będą specjalne oddziały przeszkolonych fachowców, zwanych promotorami oświaty.
W konkursie ogłoszonym przez MEN czytamy: “Zadaniem wojewódzkich promotorów będzie profesjonalne przekazanie wszystkim dyrektorom szkół w Polsce wyczerpujących informacji dotyczących założeń podstawy programowej, w celu wsparcia samorządów oraz nauczycieli w przygotowaniach do przeprowadzenia zmiany.”
Ach, więc wszystko jasne. Te specjalne brygady zostają powołane dla zorientowania dyrektorów szkół, którzy w dobie piorunujących przemian w oświacie są zagubieni jak dzieci we mgle.
No, chyba że tak. Bo przecież mnie (nauczyciela) nikt nie musi orientować jakoś specjalnie. Dostanę listę lektur, standardy egzaminacyjne i informację o ilości godzin, w jakich mam się zmieścić. Więcej MEN raczej nie zapewnia, bo przecież nawet kredę i tablice kupujemy z funduszy Rady Rodziców, a za pensję to ja sobie mogę kupić najwyżej waciki chyba.
“Profesjonalne przekazanie. ” Oj, jak ja bym chciała to usłyszeć!
Więc MEN wyszkoli tych promotorów (podobno za jakieś 300 000 zł), ci przyjdą do okręgów, gmin i powiatów, spotkają się z wójtami, burmistrzami i dyrektorami - i będą nieść słowo na chwałę reformy.
Ale to już kiedyś chyba było! Nazywali się tacy komisarzami politycznymi i lekutko się skompromitowali. A może nawet nie tylko oni, ale i idea.
Polska swojska środa, 13 sierpnia 2008
Pojechałam na wakacje i wróciłam, niestety. Ale co odpoczęłam, to moje. Zwiedzałam gdańskie katedry i muzea, obejrzałam Szekspira po angielsku, słuchałam koncertów poezji śpiewanej. Najlepsze gofry zjadłam w Dąbkach, najlepsze kremówki papieskie w maleńkiej kawiarence “Wiedeńskiej” w Sopocie. A naleśniki z owocami - pycha - w Mielnie. Nigdzie nie ma tylu budek z goframi, co w Mielnie. To tyle tytułem sprawozdania z wakacji. Ale do tego - kilka wniosków z podróży.
- W zdumienie wprawić mogą nazwy mijanych miejscowości. Bobolice, Rypin, Rypałki, Zamarte…Moja wiedza (albo wyobraźnia) jest zbyt uboga, żeby rozpoznać ich etymologię. Ale i tak wygrywa Przechlewo
- Polska jest krajem do bólu przewidywalnym. Na przykład nazwy wsi tworzy się głównie przez zdrobnienia. Jak jest Bolumin, to będzie i Boluminek, jak Zakrzewo, to i Zakrzewko w pobliżu. W każdej dziurze główna ulica to aleja Kościuszki, główny plac to plac Wolności, a jedyny w tej dziurze, jednogwiazdkowy hotel musi się nazywać Europejski. Już Wojciech Młynarski o tym śpiewał
- Najpiękniejsze plaże, w Mielnie czy w Sopocie, są jednocześnie najbrudniejszym plażami. Wszyscy wczasowicze uważają, że pozbywać się śmieci należy przez przysypanie ich piaskiem. Płytkie. Oczywiście, nikt tych plaż nie sprząta, przy okazji.
- W owych kurortach wszyscy tubylcy stosują się do zasady wyrażonej przez moją przyjaciółkę i towarzyszkę podróży: “Masz frajera, to go duś”. Dotyczy to przede wszystkim cen. Czegokolwiek. A kurorty przypominają po prostu Górniak. Albo Bałucki.
- Zamiast kojącego szumu morza plaże oferują: skoki na bungee, loty w przestworzach, podskoki na batucie, fikołki w figloraju, wesołe miasteczka i kolejki górskie. Do zawrotu głowy. Trąbki, dzwonki i pierdzionki. Przepraszam, nie mogłam się od tej dosadności językowej powstrzymać.
- Moda plażowa to występy w przypadkowej bieliźnie. Dotyczy to nawet młodych dziewcząt w snobistycznym kurorcie, niestety.
- Polacy nie wiedzą, co to są kremy z filtrem ochronnym. Po plażach spacerują tabuny czerwonoskórych Polaków. Za moich czasów był taki przedmiot w liceum: Higiena. Różnych rzeczy tam się uczyliśmy, na przykład o witaminach i hormonach, o gruczołach i prawidłowej diecie. Proponuję powrócić do przedmiotu i dodać zasady zachowania na słońcu.
- I na koniec: zgadnijcie, jakie napisy zdobią wiatę przystanku autobusowego w Mielnie? Ależ oczywiście: ŁKS Pany i Widzew.
A jakże. Nas tu byli.
Emerytowana torpeda piątek, 18 lipca 2008
Skoro się złożyło publiczne zobowiązania, to trzeba je realizować. Mija powoli pierwszy miesiąc wakacji, więc wybrałam się na jeden z łódzkich basenów, żeby zrewitalizować kondycję. Z przyjaciółką Anką.
Przygotowania do wyjścia zajęły mi dwa dni. No bo co ja na siebie włożę?
Kostium - da się przeżyć, jeszcze wchodzę. Klapki - udało się pożyczyć od córki, bo moje gdzieś wcięło. Czepek - rozszedł mi się w rękach, ale jako stara wyga, z przeszłością pływaczą, mam zawsze w domu rezerwowy. Tak jak rezerwowe dwa kilo makaronu i żelazny zapas konserw. Na wypadek wojny. Okularki też znalazłam, więc w drogę.
Basen przeżywał oblężenie Hunów, bo w mieście spędzają wakacje dzieciaki z półkolonii. Na szczęście dzieciarnia zajęła brodziki, tory pływackie były więc względnie puste. Bardziej tak względnie.
Spędziłam urocze dwie godziny w chlorowanej (ach, jak pięknie pachnie!) wodzie.
- Zachłyśnięć tąże wodą - raz;
- kilometrów przepłyniętych - dwa;
- kuksańców w bok, w plecy i wszędzie - dwadzieścia pięć;
- upomnień od ratownika - jedno. Ale za to bezcenne. No bo jakże wejść do wody, jeśli nie zakazanym skokiem ze słupka startowego? Żeby 25 metrów popisowym motylkiem?
…
Może ostatnie zdanie nie jest zbyt pedagogiczne, bo regulaminów, tak jak prawa, należy przestrzegać, ale cóż, przyznaję się: ten jeden zakaz łamię na publicznych basenach regularnie.
Trzeba albowiem skoczyć, ażeby móc nadać sobie rozpędu i poczuć dawną moc. I pruć fale jak torpeda. Trochę tylko emerytowana.