Dzień Nauczyciela nam nastał poniedziałek, 13 października 2008

Przed nami Dzień Nauczyciela. To wystarczająco zabawne święto, żeby z tego powodu zamieścić zabawną notkę na blogu. Albo i może nieco mniej zabawną. Ale właściwie skłoniła mnie do tego nie uroczysta okoliczność, ale, jak zwykle, drobiazgi.

Oto otwieram skrzynkę mailową, a tam reklama nowości w Empiku informuje mnie, że Irena Jarocka jest, uwaga, ikoną polskiej muzyki.
(Halo! Wie ktoś, kto to jest Irena Jarocka? No przecież mówię, że ikona!)

Potem próbuję dostać się na próbę do sali widowiskowej, bo młodzież coś tam chce przedstawić w ramach konkursu dla pierwszoklasistów, a tu zakaz wjazdu, zabroniono, bo klasa druga robi przedstawienie. Dla kogo? Dla klas pierwszych, które same robią jakieś scenki, czy dla nauczycieli szanownych? Jutro się dowiem dopiero.

Na koniec: oto przyjeżdżam z wycieczki niezbyt zorientowana i dowiaduję się się, że jutro młodzież nie idzie do szkoły. Dlaczego? No bo Dzień Nauczyciela przecież.

Właściwie powinniśmy wszyscy cieszyć się, hip, hip, hura! Nie ma lekcji, jest wolne.

Zawsze marudziliśmy, bo w Dwunastce 14 października były jakieś zajęcia, młodzież przychodziła jakoś tak odświętnie wystrojona, wychowawca coś truł, jakieś dubeltowe godziny wychowawcze się odbywały, czasem do kina się szło… A tu wreszcie będzie normalnie, tak jak to w innych szkołach dookoła zawsze bywało. Nauczyciele obejrzą samych siebie (no bo oni nie mają dnia wolnego) i co najwyżej - pierwszaków. (Trudno, ktoś musi się dla sprawy poświęcić. I przyjść do tej szkoły). W ten sposób, systemem rotacyjnym, klasy obsłużą kwiatkami nauczycieli raz na trzy lata. Znowu padło na tych pierwszaków. Ostatecznie młodzi są, niech cierpią i do życia w społeczeństwie się przystosowują.

Młodzież starsza wylegnie na Piotrkowską, za zaoszczędzoną na kwiatkach kwotę hucznie świętować dzień uroczysty, święto Komisji Edukacji Narodowej. Zapełnią się puby, kluby i dyskoteki, hej!

Nauczyciele za to, zebrani w szkole, być może na akademii jak za dawnych “dobrych” czasów, popatrzą sobie w oczy z głębokim namysłem: Cóż za uroda w nas! Jakimże pięknym zawodem jesteśmy! Jak bardzo społecznie potrzebnym i nieodzownym. Jakim mądrym i pragmatycznym, wychodzącym naprzeciw potrzebom i oczekiwaniom młodzieży!

Przecież nie ma to jak spełniać oczekiwania społeczne, być na bieżąco. I zgodnie z ogólnym trendem.

PS: Co do tego ma Irena Jarocka? A co za różnica? Może i nic! Po prostu szlag mnie trafił. Z powodu głupoty mediów, z powodu kitu wciskanego kolorowym drukiem. Z powodu absurdów rzeczywistości dookolnej wreszcie. Materializmu i ignorancji dorobkiewiczów. Pychy i megalomanii prostaków. Desperacji dzieciaków, wystawionych na pokusy tego świata wszelakie. Z powodu bezradności własnej, wreszcie. Adaś Miauczyński to ja.

Szlag mnie trafia, ergo sum?  Czyżby?

Polska okazjonalna wtorek, 30 września 2008

Już miesiąc mija od rozpoczęcia nowego roku szkolnego, a tu na moim blogu ani otwarcia uroczystego, ani żadnej kąśliwej notki, ani jakiegoś powakacyjnego bilansu. Zaniedbałam się, zaniedbałam obowiązki! Wszyscy czytelnicy i przyjaciele zapewne znudzeni poszli gdzie indziej. Ale słowa Danuty z Bytomia przywołały mnie do porządku (O blogu). Dziś będzie o okazji.

Okazja - “wyjątkowa sytuacja sprzyjająca czemuś” albo “niecodzienne, uroczyste wydarzenie” - tak słowniki języka polskiego objaśniają to słowo. Moim zdaniem jednak należałoby zauważyć, że to rzeczownik z rodzaju tych magicznych, jak abrakadabra albo Sezamie, otwórz się!

Polska jest w ogóle krajem, w którym okazja decyduje o wszystkich elementach życia społecznego, kulturalnego i historycznego.

Przy okazji I wojny światowej odzyskaliśmy niepodległość, chociaż wcześniej dzielnie przelewaliśmy krew w bezskutecznych powstanaich.
Przy okazji zaborów i jarzma niewoli powstały nasze najdumniejsze płótna narodowe: Hołd pruski, Bitwa pod Grunwaldem czy Batory pod Pskowem.
Przy okazji Euro 2012 wybudujemy kilka kilometrów autostrad i cztery stadiony. Wcześniej istniała tylko katowicka hala, ale zapewne była ona efektem okazjonalnej współpracy z obcą cywilizacją, co pozostawiło ślad w nazwie (Katowicki Spodek).
Przy okazji wmurowania kamienia węgielnego pod pomnik w okolicach naszej szkoły - otynkowano i odmalowano fronton sąsiedzkiej kamienicy oraz posadzono bratki. Żółte. We wrześniu.
Przy okazji robienia klombiku zagrabiono liście kasztanowców, a nawet wyzbierano je co do jednego, co z pewnością przyczyni się skutecznie do walki ze szrotówkiem kasztanowcowiaczkiem. Wieloletnie zabiegi klas przyrodniczych naszej szkoły nie pomogły w tym względzie. Zapewne dlatego, że były bez okazji.

Należałoby teraz życzyć sobie, szkole, miastu i krajowi, żeby przy okazji nadejścia wiosny albo rocznicy zjazdu gnieźnieńskiego (albo jakiegokolwiek innego) naród wybrał mądre władze, zakwitły jabłonie oraz obrodziły poziomki. Bo żeby jakaś korzyść z tego zjazdu wynikła dla naszej szkoły - przyjdzie jeszcze, niestety, poczekać. Ani stadionu “Spodek”, ani boiska “orlik”, ani malowania korytarzy, ani nawet remontu toalet w XXI wieku, moi państwo, nie należy oczekiwać. Kasa poszła na klombiki.

Ten wpis też jest przy okazji. Mojego zwolnienia chorobowego. Tak coś ostatnio gorzej się czuję.

Nie pozwalam! czwartek, 28 sierpnia 2008

Dzisiaj nie będzie żartobliwie. Dzisiaj nie będzie felietonowo i lekko. Dziś będzie o filarach.

Filary, jak wiadomo, to takie podpory konstrukcyjne, bez których budowla może się zawalić. Potwierdzą to zapewne absolwenci architekci. W budynkach bywają ściany nośne, filary, wsporniki, belki główne i inne takie ustrojstwa, których istnienie jest gwarancją ładu w mikrokosmosie, zwieńczonym jakimś dachem. Być może nowoczesne technologie pozwalają na wyrzucenie filarów?

Notka nie jest o architekturze. Notka jest o języku. Przynajmniej na pierwsze danie.

W dzisiejszej łódzkiej gazecie codziennej na pierwszej stronie pojawił się tytuł:

Czy Dell odda łódzką firmę chińczykom?

(…) “Sunday Times podał, że Dell rozważa sprzedanie łódzkiej fabryki tajwańskiej firmie Foxconn. (…)

Nie mówcie mi, drodzy moi, że korektor zaspał. Albo że niedouczony. No way. Tu chodzi o dowcip językowy, zamknięty w małej literze. Bo wcale nie o Chińczyków.

Nie dyskutuję tu o tym, czy tajwańska firma, o którą chodzi w notce, ewentualny nabywca fabryki Della, zatrudnia Tajwańczyków czy Chińczyków, bo na samym Tajwanie do dziś kwestia odrębności od Chin nie jest sprawą jasną ani zamkniętą, a ja nie zamierzam politykować. Chodzi tu o to, że na pierwszej stronie poczytnej gazety czyjś poroniony geniusz umieścił neologizm semantyczny. Ten ‘chińczyk’ oznacza bowiem jakiegokolwiek skośnookiego mieszkańca Azji, powiedzmy to wyraźnie: ‘żółtka’ po prostu. Ale przecież wszyscy wiedzą, że ‘żółtek’ to słowo obraźliwe, gdyż nacechowane pogardą. I tego nikt nie odważy się zastosować, w obawie przed skandalem międzynarodowym. A ‘chińczyk’ - jakże niewinnie to brzmi! Natomiast w gruncie rzeczy chodzi o to samo: o pogardę.

Nie ma świata bez szacunku do drugiego człowieka, tak jak nie ma domu bez dachu, wspartego na jakichś podporach. Bez tego szacunku są za to wojny, eksterminacje i szowinizmy, czystki etniczne i doktrynerskie ideologie rasy panów.

Więc: protestuję! Krzyczę głośno w obronie poszanowania drugiego człowieka, jakiejkolwiek nie byłby rasy, narodowości czy wyznania. W imię poszanowania jakiejkolwiek odmienności. Przeciwko chamstwu, narodowej pysze, tchnącej nacjonalnym kretynizmem, zaflancowanej na ksenofobii. I przeciw wykorzystywaniu językowych gierek wobec ludzi, którzy ich, być może, nie rozumieją tak oczywiście, tak od razu, jak ja (pani od polskiego).

Proszę Was, którzy tu zaglądacie, o podpisywanie się pod moim protestem lub w ogóle o wypowiadanie w tej sprawie. Mam zamiar wysłać jak najszybciej ten list/wpis do odpowiedniej gazety. Wierzę, że nie jestem sama w tym oburzeniu. Nie musimy godzić się na prymitywizm rzeczywistości. Nie wolno nam nic nie robić. Może protest to nie jest wielka rzecz, ale zawsze coś. I zawsze zależy od skali.

PS: To był “Dziennik Łódzki“.

Faceci w czerni środa, 20 sierpnia 2008

Uwaga, proszę państwa! Nadchodzą faceci w czerni.

Ministerstwo Edukacji Narodowej pracuje intensywnie nad zmianą podstawy programowej kształcenia ogólnego od 2009 roku (szczęśliwie 20 lat mojej pracy zawodowej przypada na reformę oświaty w sensie constans). Oczywiście reforma ma jeden cel główny i kilka pomocniczych. Głównym celem jest zamordowanie polskiej oświaty przez zagłodzenie polskich nauczycieli, ewentualnie wysłanie ich do rzeźni, jak konia Boxera z Folwarku Zwierzęcego Orwella. Celami pomocniczymi jest wysłanie do szkół pięciolatków oraz wprowadzenie do kanonu lektur narodowych światłej prozy dewocyjnej typu: “Wspomnienia o objawieniach w grocie”.

Reformę tę upowszechniać, nagłaśniać, propagować w terenie będą specjalne oddziały przeszkolonych fachowców, zwanych promotorami oświaty.

W konkursie ogłoszonym przez MEN czytamy: “Zadaniem wojewódzkich promotorów będzie profesjonalne przekazanie wszystkim dyrektorom szkół w Polsce wyczerpujących informacji dotyczących założeń podstawy programowej, w celu wsparcia samorządów oraz nauczycieli w przygotowaniach do przeprowadzenia zmiany.”

Ach, więc wszystko jasne. Te specjalne brygady zostają powołane dla zorientowania dyrektorów szkół, którzy w dobie piorunujących przemian w oświacie są zagubieni jak dzieci we mgle.

No, chyba że tak. Bo przecież mnie (nauczyciela) nikt nie musi orientować jakoś specjalnie. Dostanę listę lektur, standardy egzaminacyjne i informację o ilości godzin, w jakich mam się zmieścić. Więcej MEN raczej nie zapewnia, bo przecież nawet kredę i tablice kupujemy z funduszy Rady Rodziców, a za pensję to ja sobie mogę kupić najwyżej waciki chyba.

“Profesjonalne przekazanie. ” Oj, jak ja bym chciała to usłyszeć!

Więc MEN wyszkoli tych promotorów (podobno za jakieś 300 000 zł), ci przyjdą do okręgów, gmin i powiatów, spotkają się z wójtami, burmistrzami i dyrektorami - i będą nieść słowo na chwałę reformy.

Ale to już kiedyś chyba było! Nazywali się tacy komisarzami politycznymi i lekutko się skompromitowali. A może nawet nie tylko oni, ale i idea.

Polska swojska środa, 13 sierpnia 2008

Pojechałam na wakacje i wróciłam, niestety. Ale co odpoczęłam, to moje. Zwiedzałam gdańskie katedry i muzea, obejrzałam Szekspira po angielsku, słuchałam koncertów poezji śpiewanej. Najlepsze gofry zjadłam w Dąbkach, najlepsze kremówki papieskie w maleńkiej kawiarence “Wiedeńskiej” w Sopocie. A naleśniki z owocami - pycha - w Mielnie. Nigdzie nie ma tylu budek z goframi, co w Mielnie. To tyle tytułem sprawozdania z wakacji. Ale do tego - kilka wniosków z podróży.

  • W zdumienie wprawić mogą nazwy mijanych miejscowości. Bobolice, Rypin, Rypałki, Zamarte…Moja wiedza (albo wyobraźnia) jest zbyt uboga, żeby rozpoznać ich etymologię. Ale i tak wygrywa Przechlewo :)
  • Polska jest krajem do bólu przewidywalnym. Na przykład nazwy wsi tworzy się głównie przez zdrobnienia. Jak jest Bolumin, to będzie i Boluminek, jak Zakrzewo, to i Zakrzewko w pobliżu. W każdej dziurze główna ulica to aleja Kościuszki, główny plac to plac Wolności, a jedyny w tej dziurze, jednogwiazdkowy hotel musi się nazywać Europejski. Już Wojciech Młynarski o tym śpiewał :)
  • Najpiękniejsze plaże, w Mielnie czy w Sopocie, są jednocześnie najbrudniejszym plażami. Wszyscy wczasowicze uważają, że pozbywać się śmieci należy przez przysypanie ich piaskiem. Płytkie. Oczywiście, nikt tych plaż nie sprząta, przy okazji.
  • W owych kurortach wszyscy tubylcy stosują się do zasady wyrażonej przez moją przyjaciółkę i towarzyszkę podróży: “Masz frajera, to go duś”. Dotyczy to przede wszystkim cen. Czegokolwiek. A kurorty przypominają po prostu Górniak. Albo Bałucki.
  • Zamiast kojącego szumu morza plaże oferują: skoki na bungee, loty w przestworzach, podskoki na batucie, fikołki w figloraju, wesołe miasteczka i kolejki górskie. Do zawrotu głowy. Trąbki, dzwonki i pierdzionki. Przepraszam, nie mogłam się od tej dosadności językowej powstrzymać.
  • Moda plażowa to występy w przypadkowej bieliźnie. Dotyczy to nawet młodych dziewcząt w snobistycznym kurorcie, niestety.
  • Polacy nie wiedzą, co to są kremy z filtrem ochronnym. Po plażach spacerują tabuny czerwonoskórych Polaków. Za moich czasów był taki przedmiot w liceum: Higiena. Różnych rzeczy tam się uczyliśmy, na przykład o witaminach i hormonach, o gruczołach i prawidłowej diecie. Proponuję powrócić do przedmiotu i dodać zasady zachowania na słońcu.
  • I na koniec: zgadnijcie, jakie napisy zdobią wiatę przystanku autobusowego w Mielnie? Ależ oczywiście: ŁKS Pany i Widzew.

A jakże. Nas tu byli.

Emerytowana torpeda piątek, 18 lipca 2008

Skoro się złożyło publiczne zobowiązania, to trzeba je realizować. Mija powoli pierwszy miesiąc wakacji, więc wybrałam się na jeden z łódzkich basenów, żeby zrewitalizować kondycję. Z przyjaciółką Anką.

Przygotowania do wyjścia zajęły mi dwa dni. No bo co ja na siebie włożę?

Kostium - da się przeżyć, jeszcze wchodzę. Klapki - udało się pożyczyć od córki, bo moje gdzieś wcięło. Czepek - rozszedł mi się w rękach, ale jako stara wyga, z przeszłością pływaczą, mam zawsze w domu rezerwowy. Tak jak rezerwowe dwa kilo makaronu i żelazny zapas konserw. Na wypadek wojny. Okularki też znalazłam, więc w drogę.

Basen przeżywał oblężenie Hunów, bo w mieście spędzają wakacje dzieciaki z półkolonii. Na szczęście dzieciarnia zajęła brodziki, tory pływackie były więc względnie puste. Bardziej tak względnie.

Spędziłam urocze dwie godziny w chlorowanej (ach, jak pięknie pachnie!) wodzie.

  • Zachłyśnięć tąże wodą - raz;
  • kilometrów przepłyniętych - dwa;
  • kuksańców w bok, w plecy i wszędzie - dwadzieścia pięć;
  • upomnień od ratownika - jedno. Ale za to bezcenne. No bo jakże wejść do wody, jeśli nie zakazanym skokiem ze słupka startowego? Żeby 25 metrów popisowym motylkiem? :)

Może ostatnie zdanie nie jest zbyt pedagogiczne, bo regulaminów, tak jak prawa, należy przestrzegać, ale cóż, przyznaję się: ten jeden zakaz łamię na publicznych basenach regularnie.

Trzeba albowiem skoczyć, ażeby móc nadać sobie rozpędu i poczuć dawną moc. I pruć fale jak torpeda. Trochę tylko emerytowana.

Strzelam urodzinowo wtorek, 8 lipca 2008

Notka urodzinowa powinna być uroczysta, odświętna albo wesoła, pogodna. Pod warunkiem, że nie jest to moja własna notka urodzinowa. Żeby przybliżyć stan mojego ducha zamieszczam to:

Ciekawe, dlaczego obiektem agresji tych pięknych pań na filmie są zawsze mężczyźni… Czyżby jakaś insynuacja? Kobieta to przecież taka słodka, delikatna, łagodna istota.

Mnie nie odpowiadają jednak te maleńkie pistoleciki. Ja mam potrzebę rusznicy, jak w filmie chyba z Sylwestrem Stallone, ale już nie pamiętam. Chyba Człowiek Demolka? Poza tym może być napalm.

Żeby siła ognia była odpowiednia.

PS. Rok temu było słodko, częstowałam tortem urodzinowym. Może się jakiś kawałek i w tym roku znajdzie, jak mi przejdzie. Na razie tylko przypominam sama sobie, żeby serdecznie pozdrowić wszystkich lipcowych i sierpniowych jubilatów, którzy w sezonie urlopowym siedzą sami przed zapakowanym własnoręcznie prezentem dla samego siebie. Ech, gdzie są ci wszyscy starzy przyjaciele…

Postanowienia wakacyjne piątek, 27 czerwca 2008

Cały świat i wszyscy ludzie robią postanowienia noworoczne. Ja nigdy dotąd w ogóle żadnych postanowień nie czyniłam, uważając planowanie za element życia żywy i elastyczny. “Sie zrobi, jak będzie trzeba…” Co oznaczało, że plany miewałam zawsze, nie tylko na rok nowy, ale też nigdy sama siebie nie rozliczałam z ich realizacji, uznając, że to i tak wielki sukces, że dzień nowy nam nastał. Co innego kwestia bilansów. W tych jestem starszą specjalistką i robię je sobie z różnych okazji.

Więc tym razem postanowiłam postanowić coś na wakacje. Żeby mądrze jakoś te dwa miesiące (kolejne wakacje w Łodzi) spędzić.

Postanawiam, co następuje:

  1. wyjechać gdzieś, choćby na wycieczkę do Koziej Wólki. Gdzie jest Kozia Wólka, ktoś wie?
  2. chodzić codziennie na spacery poza obręb działki mej przydomowej, na wybiegi, ewentualnie spotkania towarzyskie na Pietrynę
  3. schudnąć kolejne 2 kg :)
  4. nie dać się namówić na jakieś sprawdzanie poprawkowych matur w sierpniu
  5. oddać auto do lakiernika
  6. raz w tygodniu co najmniej meldować się na basenie
  7. skończyć Ulissesa. Znaczy czytać skończyć.
  8. zrealizować kolejne piętnaście pomysłów na stronce polskiego
  9. założyć szkła kontaktowe
  10. rozejrzeć się za nowym życiem

Wystarczy. Nie dlatego, że dziesięć planów to dużo, tylko że ten ostatni jakiś taki przełomowy chyba.

Czy istnieje świat poza szkołą? Do niedawna w ogóle w to nie wierzyłam. Niemniej obliczenia astralne wykazują pewne anomalie w ruchach planet, co sugerowałoby istnienie jakiegoś dość dużego świata w niedużej odległości. Muszę powtórzyć badania i obserwacje. W razie czego poświęcę się dla nauki i wyruszę w pionierską wyprawę odkrywczą. Może istnieją gdzieś nowe lądy, bez dzwonków na przerwę, bez planów wynikowych i bez sprawdzianów końcoworocznych?

Era szkoły się kończy. Czas na obczajenie jakiegoś nowego pola eksperymentu dla istot żywych. Młodych żywych.

Że co, że jakoś bez sensu gadam? Że nie wiadomo, o co chodzi? Ba! O to chodzi!

Na dobry początek wakacji: mój ukochany fragment z ukochanego filmu.

Pytania konkursowe brzmią:

  • Jaki to film?
  • Kto jest jego reżyserem i kiedy został nakręcony?
  • Dlaczego to jest mój ulubiony film?
  • Jaki ma związek z tą notką?

Kindersztuba piątek, 20 czerwca 2008

Dziś jest najpiękniejszy dzień w roku. Dziś jest dzień Wolności. Dziś niczego nie muszę, a wszystko mogę. Wspaniały smak pierwszego dnia wakacji psuje mi, niestety, wspomnienie ostatniej w tym roku “uroczystości”.

Oto reportaż belfra z dwudziestoletnim stażem.

Najpierw przez dwa tygodnie marudziłam, że nie mam co na siebie włożyć tego dnia. Więc wyasygnowano w rodzinie kwotę, żeby matkę spacyfikować. Zakupiłam zgrabne wdzianko, wdziałam i tak wystrojona, radosna jak letni poranek, zatrzymałam swoją limuzynę w wersji sport (znaczy: lżejszą od standardu, czyli pordzewiałą) przed sławetnym liceum nr XII.

Przed sławetnym liceum stał tłum młodzieży, wdziany na biało - czarno. Ponieważ rok szkolny właśnie się skończył - nikt mnie nie rozpoznał, nawet pies z kulawą nogą. Nie niepokojona przez kogokolwiek, kto powiedziałaby mi “Dzień dobry”, przedarłam się przez ówże tłum młodzieży i stanęłam przed schodami, którymi zlewała się z piętra fala innej młodzieży, schodzącej do auli. Ktoś z fali mnie rozpoznał. Ktoś bąknął nieśmiałe powitanie, mimo że to przecież obciach. Niestety, we mnie obudził się belfer i gromkim głosem poleciłam powciągać koszule w spodnie, bo najwidoczniej młodzi ludzie nie dokończyli ubierania się. Garnitury, marynary, krawaty - i koszule wyłażące na wierzch trybem jakiejś mody modern! Nie zauważyłam specjalnego przejęcia się moimi uwagami, młodzi ludzie po prostu odwrócili się ode mnie, zakrywając koszule połami marynarek.

Powędrowałam smętnie do pokoju nauczycielskiego, w którym grono innych belfrów oczekiwało niecierpliwie godziny “0″, czyli rozpoczęcia zakończenia. (Lubimy rozpoczęcie zakończenia, nie znosimy zakończenia rozpoczęcia. Ale to za dwa miesiące. )

Po kwadransie stało się oczywiste, że nikt z młodzieży nie przyjdzie zaprosić grona pedagogicznego do auli. Poszliśmy więc sami, zapraszając się po drodze nawzajem. No bo jak to tak - bez zaproszenia…

Nastąpiło przemówienie pana dyrektora, który stwierdził, że nie ma za co dziękować nauczycielom, bo przecież młodzież podziękuje. Za to skupił się na wychwalaniu młodzieży, jej cnót i zalet oraz poziomu. Dodał, że nie wiadomo, czy to dla nas dobrze czy źle, bo musimy (?), z powodu tego poziomu, więcej pracować.

Zachęcona takim protokołem zasług młodzież też przemówiła, zresztą ciepło i zgrabnie. Do młodzieży, oczywiście. Że przyjaciół zostawia się na wakacje, że dobrze tu w szkole i w ogóle będą tęsknić i wrócą niedługo. A teraz pożegnamy naszych kochanych nauczycieli.

Proszę państwa, co ja wam będę mówić.

Wytrzymałam niegrzeczność młodzieży i brak oznak radości na mój widok na wstępie, no bo może za ciepło było.

Przetrzymałam koszulowe fraki. Ostatecznie do wytwornej elegancji trzeba dojrzeć.

Przetrzymałam jak zwykle beznadziejne przemówienia, bo sztuka retoryczna, ta chluba Sarmatów, jest już trupem, a trup gnije od czasów PRL-u co najmniej.

Ale jak przyszło do wręczania kwiatów, kiedy te smętne róże wciskano nad moją głową siedzącemu obok mnie mężczyźnie, kiedy ten biedny mężczyzna, w poczuciu niezręczności sytuacji upewniał się: To dla mnie?, kiedy wciśnięto mu siłą tę różę i wyciągnięto doń szlachetną rękę szanownego ucznia - nie wytrzymałam. Uciekłam stamtąd, proszę państwa, nie czekając na przydziałową różę.

Czyżby w sławetnym XII LO nastała era barbarzyństwa?

Gol a sprawa polska piątek, 13 czerwca 2008

Proszę państwa. Polska racja stanu jest zagrożona. Piłkarze zremisowali mecz i grozi to konfliktem międzynarodowym. Och, nie polsko-niemieckim! Również nie będzie to wojna polsko-ruska. Wywołamy konflikt, który historia nazwie później trzecią wojną światową, gdyż w sprawę uwikłany jest przekupny naród angielski oraz - zupełnie bez honoru - naród austriacki. Zawezwiemy Amerykanów, żeby wywiązali się z sojuszniczych zobowiązań i zbombardowali Wiedeń. Na razie atakujemy wywiadami wszystkich postronnych europejskich dziennikarzy, obcokrajowców mieszkających w naszym kraju, polityków i przechodniów, aby ustalić, kto powinien zapłacić za ten, jakże niesprawiedliwy dla nas, wynik historii…

Poseł Kurski wiedział od początku, że gol z karnego będzie lewy, czyli ustawiony, że w ogóle wszyscy dybią na polski dream-team, który właściwie powinien zdobyć mistrzostwo świata wszech czasów za samo wbiegnięcie na boisko.

Jakiś dziennikarz, z litości nie wspomnę jego nazwiska, pyta ambasadora wrażego narodu austriackiego:

- Czy będzie konflikt polsko- austriacki?

Konsul czy tam ambasador próbuje zrozumieć, prosi o powtórzenie pytania, wreszcie dyplomatycznie stara się łamaną polszczyzną oddzielić sferę polityki od sfery sportu. Dziennikarz jest wyraźnie niezadowolony.

Histeria przedmeczowa przypomina zbrojenia do wojny. Okładki brukowców prześcigają się w “mocnych” zdjęciach i jadą po bandzie. Reklamy internetowe nachalnie każą głosować na “naszych”, jakby to miało jakiekolwiek przełożenie na wynik meczu.  No bo przecież to mecz o wszystko, mecz o honor, mecz o Polskę. Wszyscy powołują się na uczucia patriotyczne. Histeria pomeczowa przekracza granice dobrego smaku.

Za to sprzedaż gadżetów rośnie. Między innymi kijów bejsbolowych.

Git jest, interes się kręci.